W świecie współczesnego żużla wszystko dzieje się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Biegi trwają ledwie minutę, emocje eksplodują natychmiast, a opinie – zwłaszcza te najmocniejsze – pojawiają się często jeszcze zanim zawodnicy zdążą wrócić do parku maszyn. Kilka sekund na torze wystarcza dziś, by jednego dnia uczynić z zawodnika bohatera, a następnego bezlitośnie zepchnąć go do roli winowajcy. Coraz częściej jednak można odnieść wrażenie, że współczesny kibic ogląda nie tyle sam sport, ile jego starannie wyreżyserowaną medialną wersję.

Czy naprawdę wiemy o żużlu coraz więcej? A może przeciwnie – wiemy tylko tyle, ile ktoś chce nam pokazać?

Za ekranowymi analizami, telewizyjnymi powtórkami i lawiną komentarzy w mediach społecznościowych coraz trudniej dostrzec to, czym ten sport był od zawsze: pasję, lokalność, ciężką pracę i ogrom niewidzialnych przygotowań, które decydują o tym, co później oglądamy przez kilkadziesiąt sekund na torze. W pogoni za natychmiastową oceną wielu kibiców zapomina, że żużel to znacznie więcej niż wynik wyświetlany na tablicy.

Na ten problem – z niezwykłą szczerością, ale i trafnością – zwraca uwagę Wojciech Reslerowski w swoim felietonie opublikowanym na portalu kibic-zuzla.pl. Autor zabiera czytelnika w podróż przez własne doświadczenia kibica, pokazując, jak łatwo wpaść w „bańkę żużlowej nieświadomości” i jak trudno później dostrzec, że to, co widzimy, bywa jedynie wierzchołkiem znacznie większej góry lodowej.

To nie jest tylko tekst o komentarzach w internecie. To refleksja nad tym, jak media, telewizja i cały żużlowy mainstream kształtują nasze emocje, nasze opinie i nasze przekonanie o własnej eksperckości.

Poniżej publikujemy felieton Wojciecha Reslerowskiego ze strony kibic-zuzla.pl – ważny głos w dyskusji o tym, czym dziś naprawdę jest kibicowanie żużlowi.

Bańka żużlowej nieświadomości

Dzisiaj tekst bardziej okołożużlowy, dotyczący tematu, o który co jakiś czas zahaczam w swojej „twórczości”. Chodzi mi o poziom nieświadomości kibiców, komentujących negatywnie mecze na różnego rodzaju portalach społecznościowych.

Żużel zmaga się z niezbyt dobrą opinią, dotyczącą poziomu ludzi, którzy interesują się tym cyrkiem, bo przecież wielu uważa, że to nie jest sport. Zmaga się z pojęciem sportu prowincjonalnego, więc mainstream stara się go pokazać jako świetnie zorganizowane wydarzenie medialne na nowoczesnych stadionach. Tymczasem właśnie ta prowincjonalność jest jednym z największych atutów speedwaya. Pięknie położone kameralne obiekty, lokalne społeczności dbające o stadiony i pracujące w ramach oddolnych inicjatyw dla potrzymania miejscowej tradycji. I podziwianie ludzi mających odwagą wsiąść na najszybciej przyspieszający motocykl, do tego nie posiadający hamulców, żeby móc pościgać się z podobnymi zapaleńcami. Tak wygląda żużel i to jest piękne, choć także szalenie niebezpieczne

Żyję żużlem od kiedy pamiętam, bo rodzice wozili mnie na stadion jeszcze w wózku. Przez większość tego czasu żyłem w bańce, w której speedway był absolutną odskocznią od szarej rzeczywistości, do której dziś nie lubię wracać. Jak kibic znałem wtedy oczywiście jeden tor, zawody oglądałem z jednego miejsca. Nawet nie wiedziałem, że można marzyć o jakimś wyjeździe, choćby na jakiś najbliższy obiekt. 100 km wydawało się innym światem, czymś nieosiągalnym bez pomocy zewnętrznego organizatora. Ale udało się. Zajęło to wiele, wiele lat, ale w końcu zacząłem jeździć, obserwować, poznawać, zyskałem inną perspektywę. Zrezygnowałem z żużla ligowego na rzecz lokalnych imprez, zawodów juniorskich, z rzadka przeplatając je imprezą z tzw. wyższej półki. Czy wiem wszystko? Oczywiście, że nie. Czasem wydaje mi się, że nic nie wiem, ale o tym później. Coraz bardziej dociera do mnie, o ilu kwestiach nigdy nie słyszałem, w ilu powinienem się dokształcić. Muszę wybierać, bo wszystkiego nie da się ogarnąć, choć przecież chodzi tylko o niszowy dziś sport, jakim jest żużel.

To był mój wstęp. Sam wiem, że żyjąc w bańce, człowiekowi wydaje się, że świat jest na tyle prosty i oczywisty, że pojąć nie można, iż inni tego nie widzą. Takie podejście wymaga jednego: paliwa, którym jest znalezienie winnego za… I tutaj można sobie dopisać milion różnych kwestii.

Skąd bierze się tyle jadu w komentarzach? Na ten temat można napisać pewnie całą pracę doktorską, więc skupię się tylko na jednym małym wycinku problemu. Chodzi mi o poziom największych portali informacyjnych, zajmujących się żużlem. Wystarczy wejść na którykolwiek i od razu rzucą się w oczy dziesiątki reklam atakujących czytelnika. Kiedy uporam się z reklamami, to już widzę kolejny problem: clickbaitowe tytuły, mające skusić użytkownika do wejścia na kolejna stronę, na której znów zostanie zaatakowany milionem kolejnych reklam. Co rzuca się dalej w oczy? Treść pisana w taki sposób, że trzeba przejść do końca artykułu, żeby dowiedzieć się, że dałem się kolejny nabrać na tekst o niczym, składający się wielu słów, opisujących „nic”. Co dalej? Komentarze, w których nierzadko domorośli eksperci przelewają na ekran swoje przemyślenia, a część znawców wie kto jest winny. Wystarczy troszkę podsycić „żar”, dodać prowokacyjny komentarz (byłbym zaskoczony, gdyby tzw. redakcja nie maczała palców w niektórych szczególnie głupich komentarzach) i mamy właściwie przepis na „sukces”.

Tylko, że ten sukces trzeba podtrzymywać. Trzeba przyciągnąć użytkownika do kolejnego artykułu, zmusić wręcz, żeby wrócił w kolejny dzień i znów klikał i klikał i klikał i komentował, generując kolejne wyświetlane reklamy.

A telewizja? Pokazywanie zawodników po wyścigu, szczególnie tym nieudanym, wchodzenie w szczegóły techniczne, o których często sami prowadzący mają blade pojęcie, opowiadanie jakichś ploteczek z parkingu, oficjalne podsłuchiwanie spotkań drużyn, nakazane przecież przez Ekstraligę. Miliony powtórek jednego zdarzenia, ze szczególnym uwzględnieniem mikroruchów na starcie. Cały przemysł telewizyjny ma dać poczucie kibicom, że wiedzą wszystko i są ekspertami. A tak naprawdę czy wiedzą cokolwiek? Czy ich „wiedza” jest większa od osoby oglądającej telenowelę, w której scenarzysta może w każdej chwili wywrócić wszystko do góry nogami?

Jeden z profesorów na studiach narysował kredą na tablicy punkt. Po chwili powiedział, że ten punkt to nasza obecna wiedza. Dodał, że reszta tablicy jest naszą niewiedzą. Myślałem, że chce z nas zakpić, ale on po chwili dodał, że podczas studiowania nasza wiedza będzie się powiększać i narysował kilka okręgów – każdy kolejny był trochę większy od przedniego. Powiedział, że wszystko co znajduje się wewnątrz okręgu jest naszą wiedzą, natomiast sam okrąg jest… I to było najciekawsze z tej krótkiej nauki. Sam okrąg, czyli linia, jest kontaktem z niewiedzą. Trzeba coś wiedzieć, żeby być świadomym ilu rzeczy się nie wie. Im więcej wiemy, tym większy jest nasz kontakt z niewiedzą. Bardzo lubię to porównanie, bo ono świetnie pokazuje skąd bierze się przeświadczenie o wszechwiedzy. Bierze się ono z… niewiedzy.

Spróbuję napisać, to o co mi chodzi w jak najkrótszym tekście.

Po co mediom i ogólnie mainstreamowemu speedewayowi potrzebni są kibice? Podobnie, jak dla innych środowisk okołosportowych żyjących ze sprzedaży praw telewizyjnych lub z reklam, kibice są potrzebni, żeby na nich zarobić. Nie w tym nic złego – dobry produkt musi kosztować. Niestety, często po to, żeby łatwiej było zarobić, trzeba ich ściągnąć do siebie i nie wypuścić. A żeby ich nie wypuścić, trzeba im dać to, czego potrzebują – przeświadczenia o świetnej znajomości tematu i rozwoju wydarzeń zgodnie z przewidywaniami. A że ta „wiedza” jest bardzo precyzyjnie dozowana i często dotyczy kwestii w zasadzie nieistotnych? Właśnie o to chodzi.

Niedawno zaczęło do mnie docierać, dlaczego to wszystko jest tak absurdalnie drogie. Paradoksalnie cały zmyślnie stworzony plan może zacząć rozwalać jeden człowiek, który będzie powoli, ale systematycznie uświadamiał ludzi, że to co widzą nie jest jedyną możliwą opcją. Że cały ten żużlowy świat (tego dotyczy artykuł) nie tylko może wyglądać inaczej, ale on tak naprawdę wygląda inaczej. Że kibice w Polsce żyją w czymś na kształt Truman Show. Jedni są tego świadomi i świadomie uczestniczą w takiej konwencji, a inni nie są tego świadomi. I mam wrażenie, że właśnie ludzie z tej bańki medialnej, to właśnie ci, którzy w sposób radykalny, zero-jedynkowy traktują wiele kwestii, przelewając potem swoje frustracje w komentarzach, szukając winnych, dając się prowadzić na smyczy mediów, które na nich zarabiają.

Czy idę w dobrą stronę z moimi przypuszczeniami? Nie wiem. Wymyśliłem sobie mój profil i moją stroną bez reklam, z informacjami lub przemyśleniami o jak najmniejszym ładunku negatywnym. Cieszę się, gdy po postami są komentarze, cieszę się, że są pozytywne. Z wielu komentarzy mogę się dowiedzieć wartościowych rzeczy i odkrywać nieznane dla mnie obszary. Jest to dla mnie dowód, że ludzie szukają wartościowych treści (mam nadzieję, że takie im dostarczam).

Starajmy się zmusić media do wysiłku, do wejścia na poziom, na którym kibic nie będzie już tylko pożytecznym idiotą i narzędziem, ale stanie się klientem płacącym i wymagającym dobrej treści. Ja wiem, że na chwilę obecną jest to utopia, ale kropla dąży skałę i ważna w tym działaniu jest systematyczność i cierpliwość.

Każdy wie czym jest wierzchołek góry lodowej, choć najczęściej nie jesteśmy świadomi jak niewielką częścią całości ów wierzchołek jest.

Co jest wierzchołkiem góry lodowej w żużlu? Wg mnie jest nim dokładnie to, co mogą zobaczyć kibice, czyli występ na torze i wynik. I to jest w ogromnej większości przypadków obiektem ataków, memów i innych złośliwości „ekspertów”, którzy zapewne sami niczego w życiu nie osiągnęli, więc skupiają się na krytykanctwie tego, co zrobili inni.

Ogrom pracy jaki trzeba wykonać, żeby przygotować się do występu na torze i poddać krytyce ludzi, którym nawet nie chce się poprawnie zdania sklecić, jest właśnie tym ogromem góry lodowej, którego nie widać. To nie tylko przygotowanie sprzętu, to tysiące szczegółów, o które trzeba zadbać, okraszone na końcu odrobiną szczęścia, żeby móc wygrywać. Miesiące przygotowań w okresie zimowym, żeby pokazać ten wierzchołek, czyli to, co „ekspert” będzie mógł skrytykować.

Dla przeciętnego „eksperta” nie istnieje nic poza ligą i może czasem SGP, dlatego mainstream właściwie nie wychodzi poza te tematy. Odechciewa się czytać komentarzy pod postami o przegranych meczach, które aż zioną hejtem, nienawiścią i prostackimi rozwiązaniami trudnych problemów. Bo taki przykładowy „ekspert” nawet nie pomyśli, że meczu nie wygrywa się na torze. Mecz wygrywa się w parkingu, w warsztacie. Dokładnie w tym miejscu, którego kibic nie ma możliwości zobaczyć.

Zdarzyło mi się ostatnio opublikować post, który – nie wiadomo dlaczego – jest popularniejszy od innych. Publikując cokolwiek zawsze trzeba liczyć się z krytyką i fajnie, gdy jest ona konstruktywna, bo wspiera rozwój. Duża oglądalność (jak na moją działalność) jest nagrodą, bo więcej ludzi dowiaduje się, że istnieje taki profil. Wraz z pozytywną większością trafiają się także użytkownicy, którzy swoje mądrości mogliby zostawiać pod tysiącami innych postów, ale pech chciał, że trafili do mnie. Nie mają nawet zamiaru dowiedzieć się gdzie trafili, ale zostawiają swój ślad mniej lub bardziej głupkowatym komentarzem, oczywiście jednozdaniowym. Publikuję zdjęcia pięknego, kameralnego obiektu i dostaję komentarze, że nie ma trybun. Ręce opadają. Skały za drugim łukiem zamiast piękna niektórym skojarzyły się z niebezpieczeństwem. Niektórzy wszystko odnoszą do tego niewielkiego skrawka świata wokół własnego komina, który znają. Do bańki informacyjnej skutecznie podawanej przez media.

O co mam najwięcej pretensji do Ekstraligi, do telewizji i do portali informacyjnych? O to, że właśnie ci hamulcowi rozwoju są punktem odniesienia całego tego systemu. A potem po nieudanym wyścigu żużlowiec dostaje pytanie o przełożenie i ma odpowiedzieć w dwóch zdaniach ludziom, którzy nie rozumieją tego, co oglądają, nie mówiąc już o kwestiach technicznych. Taki „ekspert” nie potrafi nawet spojrzeć na pracę polewaczki i ciągników w przerwie, ale wie kto jest winny.

Żałosne jest dla mnie to, że niemała część kibiców, czyli pewnie właśnie ci „eksperci”, naprawdę uwierzyła nie tylko w to, że ekstraliga bez nich nie istnieje (co jest akurat prawdą), ale że żużel bez nich nie istnieje. Kibice są ważniejsi od zawodników. Opakowanie stało się ważniejsze od treści. Paradoksalnie najbardziej cierpi na tym jakość oferowanego produktu, czyli tracą właśnie kibice, którzy za niego płacą.

Źródło i zdjęcie: kibic-zuzla.pl