Jason Doyle po raz kolejny udowadnia, że w sporcie żużlowym metryka nie musi być ograniczeniem. Australijczyk, mistrz świata z 2017 roku, jasno deklaruje, że jego ambicje sięgają najwyższego stopnia podium – nawet jeśli miałby po niego sięgnąć jako 41-latek. Po trudnym sezonie 2025, naznaczonym poważną kontuzją biodra, Doyle nie tylko wrócił do rywalizacji, ale także zapewnił sobie stałe miejsce w cyklu Speedway Grand Prix, kończąc zmagania na 10. miejscu w klasyfikacji generalnej i otrzymując „dziką kartę” od Komisji SGP.

Australijska ikona speedwaya nie zamierza jednak zadowalać się samą obecnością w stawce. Jego celem jest powtórzenie sukcesu sprzed lat i ponowna walka o tytuł indywidualnego mistrza świata. Jak sam podkreśla, wciąż czuje w sobie głód zwycięstw.

– „Mam 40 lat i wciąż patrzę na to, jak Greg zdobył tytuł mistrza świata w wieku 46 lat. Wiem, że przed nami jeszcze wiele lat. Muszę tylko upewnić się, że mam wokół siebie odpowiedni zespół. Wprowadziłem kilka dużych zmian i mam kilku nowych mechaników. Nie mogę się doczekać przyszłego roku.”

Doyle doskonale pamięta przykład Grega Hancocka, który aż trzy ze swoich czterech mistrzowskich tytułów zdobył po ukończeniu 40. roku życia. Dla Australijczyka to dowód, że doświadczenie i odpowiednie przygotowanie mogą z powodzeniem konkurować z młodością.

– „To będzie trudny sezon GP. Ale wszyscy są tam, aby zdobyć tytuł mistrza świata. Żaden zawodnik nie jest niepokonany, co widzieliśmy w zeszłym roku. Wiem, że będzie ciężko; tak właśnie jest w wyścigach GP. To 16 najlepszych zawodników na świecie i mam nadzieję, że uda mi się być na samej górze.”

Sezon 2025 był dla Doyle’a jednym z najtrudniejszych w karierze. Podczas zawodów w Warszawie doznał zwichnięcia biodra, które praktycznie wykluczyło go z rywalizacji na wiele tygodni. Niedługo później ponownie upadł w meczu polskiej PGE Ekstraligi, co zmusiło go do wycofania się z rundy SGP w Pradze. Kontuzja dała o sobie znać także podczas podwójnej rundy w Manchesterze, gdzie nie był w stanie prezentować pełni swoich możliwości.

Mimo to w drugiej połowie sezonu Australijczyk odzyskał rytm i stopniowo wracał do formy, co ostatecznie pozwoliło mu zakończyć cykl na 10. pozycji.

– „Jak wszyscy wiedzą, wypadek w Warszawie wykluczył mnie z rywalizacji na wiele miesięcy. Próbowałem wrócić zbyt szybko. Kiedy pojechałem do Belle Vue na zawody GP, nie byłem gotowy do startu. Nie mogłem nawet ustawić nogi w pozycji umożliwiającej jazdę. W sumie opuściłem trzy GP, plus zawody w Warszawie, gdzie wystartowałem tylko trzy razy, a mógłbym awansować do półfinału i zdobyć więcej punktów.”

Pomimo tych problemów Doyle nie ukrywa, że końcowy rezultat przerósł jego oczekiwania.

– „Szczerze mówiąc, zakończenie sezonu na 10. miejscu nie było takie złe. Byłem bardzo zaskoczony, gdy otrzymałem dziką kartę od Phila (Morrisa) i mam nadzieję, że uda mi się udowodnić sceptykom, że się mylą, pozostać na motocyklu w tym roku i walczyć o tytuł mistrza świata”.

Australijczyk podkreśla również, że fizycznie czuje się dziś lepiej niż dekadę temu, mimo licznych urazów, które napotkał na swojej drodze.

– „Może mam teraz 40 lat, ale prawdopodobnie jestem w lepszej formie niż w wieku 30 lat. Miałem kilka poważnych wypadków, ale zawsze wracałem do gry. Dla mnie liczy się tylko zwycięstwo. Chcę walczyć i czuć smak zwycięstwa w Grand Prix. To jak narkotyk, po który nieustannie sięgamy”.

Jason Doyle już raz sięgnął po mistrzostwo świata – w 2017 roku. W 2024 triumfował również w rundzie FIM Speedway Grand Prix w Warszawie, pokazując, że wciąż potrafi wygrywać na największych arenach. Teraz jego celem jest coś więcej niż pojedyncze sukcesy. Australijczyk chce przejść do historii jako kolejny zawodnik, który udowodnił, że w żużlu wiek nie definiuje możliwości – a złoto smakuje równie intensywnie, niezależnie od metryki.

Zdjęcie: publiczny FN FIM Speedway Grand Prix