W minioną niedzielę na holenderskim, długim na 600 m (szerokość na prostych 16m, na zakrętach 20m) torze ziemnym znajdującym się niedaleko miejscowości Roden w pobliżu Groningen rozegrana została ostatnia runda indywidualnych mistrzostwa świata na żużlowym długim torze.

Zawody obserwowało około 4 tys. widzów w tym co najmniej ośmiu polskich kibiców z czterema biało-czerwonymi flagami! Turniej był bardzo emocjonujący i obfitował w wiele niespodziewanych i dramatycznych wydarzeń. Poprzedziły go nocne i poranne intensywne opady deszczu, które jak się początkowo wydawało uczyniły tor niezdatnym do użytku przez żużlowców.

Jednak zaprawieni w rozwiązywaniu tego typu problemów organizatorzy dysponujący ciężkim sprzętem drogowym i wieloma miejscowymi wolontariuszami stanęli na wysokości zadania i przygotowali całkiem niezły w tych warunkach tor do ścigania. Choć początek zawodów musiał być przez to przesunięty o 30 min. a trening wystartował z ponad trzy godzinnym opóźnieniem i dodatkowo został okrojony o 3/5 regulaminowych prób.

Same zawody, zwłaszcza po rozegraniu pierwszej pełnej serii stały na bardzo wysokim poziomie sportowym, pełne były emocjonujących wyścigów, nieraz z dramatycznym zakończeniem.

Jak wiadomo na skutek kontuzji i niedyspozycji kilku stałych uczestników cyklu okazję na zaprezentowanie się miało kolejny raz kilku rezerwowych jednak w żaden sposób nie obniżyło to rangi zawodów ani jej sportowego poziomu. Wystartowało w sumie znakomitych pięciu zawodników holenderskich (plus dwóch rezerwowych którzy na szczęcie nie wystartowali, czytaj – brak wykluczeń, upadków i urazów skutkujących wycofaniem się któregoś z 15 podstawowych uczestników turnieju).

Wszyscy oni doskonale znają tor w Roden z corocznych wyścigów o mistrzostwo Holandii a także z innych towarzyskich i mistrzowskich turniejów oraz treningów. Dodam jeszcze, że w stawce na tydzień przed startem na liście startowej pojawił się nieoczekiwanie – wracający po kontuzji – Keneth Kruse Hansen, który jak się później okazało był jednym z lepszych tego dnia zawodników. W turnieju jak wiemy startował także nasz jedyny reprezentant – Stanisław Burza, który zapowiadał walkę o utrzymanie 7 miejsca w końcowej klasyfikacji generalnej, choć zdawał on sobie sprawę z trudności tego wyzwania.

Już pierwszy wyścig dnia – od razu z udziałem Staszka Burzy zapowiadał wielkie emocje i dawał wyobrażenie jak trudne zadanie czeka Staszka. Jego rywalami było trzech – byłych lub obecnych – mistrzów świata oraz solidny reprezentant Francji Julien Care. Staszek nieźle wystartował ale na drugiej prostej został wypchnięty na zewnątrz i spadł na ostatnie miejsce. Przez trzy okrążenia ambitnie gonił rywali i w połowie ostatniego „kółka” wyprzedził na dystansie walczącego o srebrny medal Lukasa Fienhage! Akcją tą i zdobytym punktem Staszek wywołał niemały aplauz na trybunach! I to nie tylko wśród polskich widzów!

Kolejne wyścigi obfitowały w mijanki – wyprzedzenia i dostarczały niemałych emocji oraz przynosiły kolejne niespodzianki i dramaty. Po dwóch seriach Chris Harris, który także walczył o srebrny medal miał na koncie zero punktów i wydawało się, że znowu (i chyba już nigdy) nie wywalczy indywidualnego medalu w seniorskiej obsadzie międzynarodowych mistrzostw.

Podobnie słabo jechał też wówczas Fienhage, który w dwóch wyścigach przywiózł jeden punkt na osiem możliwych do zdobycia. A ponieważ świetnie jeździli Mathieu Tresarrieu, Kennet Kruse Hansen, Rommano Hummel i Zach Wajtknecht, który pewnie zmierzał po srebrny medal atakując z czwartego miejsca w przejściowej klasyfikacji. Wydawało się nawet, że ani Harris ani Fienhage nie zdobędą brązu lecz właśnie i ku uciesze miejscowych kibiców pochodzący z Groningen uczyni to Romano Hummel, który jak się wcześniej wydawało miał tylko teoretyczne szanse na podium!

Zapowiadały się wielkie emocje mimo, że tytuł mistrza świata powędrował już po poprzednim turnieju w Vechcie do Mathieu Tresarrieu. Wcześniej jednak odbył się czwarty wyścig, w którym znowu jechał Stanisław Burza. Po świetnym starcie przez jedno okrążenie Staszek był na czele pędzącej całą szerokością toru pięcioosobowej stawki mając za plecami m. in. Zacha Wajtknechta i Lukasa Fienhage! Ah, co to był za szał na trybunach i eksplozja radości! Dość licznie zgromadzeni na trybunach kibice z Wielkiej Brytanii przecierali oczy ze zdumienia. Kibice holenderscy i niemieccy, zwłaszcza ci z fanclubu Lukasa nie dowierzali…

Niestety w tym momencie pech i dramat „dopadł” także i naszego reprezentanta! Początkowo nic nie zapowiadało tragedii, gdyż Staszek został wyprzedzony przez dobrze jeżdżącego tego dnia Hynka Stichauera ale przez kolejne okrążenie jechali oni obaj ‘łeb w łeb’ na początku stawki. Dało się przy tym zauważyć gwałtownie i nienaturalnie zwalniający motocykl w biało-czerwonych barwach. Staszek usiłujący zapanować na motocyklem ratując się przed upadkiem spadał szybko na koniec stawki. Rywale gwałtownie mu odjeżdżali. Ostatecznie Staszek osiągnął metę pchając zdefektowany motocykl… Zaraz za metą zdjął kask i nawet z trybun nie dało się nie zauważyć grymasu bólu na jego twarzy, zmęczenia i rozczarowania. Okazało się, że w tylnym zawieszeniu pękł amortyzator oraz urwał się przewód paliwowy a szarpiący uszkodzony motocykl spowodował z kolei odnowienie się u Staszka starej kontuzji pleców.

Napiszę od razu, że w trzeciej serii startujący na rezerwowym, niezbyt dopasowanym i piekielnie mocnym motocyklu Stasiu wystartował bardzo dobrze. Zaraz po podniesieniu taśmy jadący na jednym kole Staszek miał kilka metrów przewagi jednak jego narowisty motocykl zaczął „tańczyć” i konieczne było spowolnienie co dało mu trzecie – czwarte miejsce na pierwszym łuku. Niestety już na drugiej prostej Staszek spadł na ostatnie miejsce i wyraźnie z tyłu bezskutecznie gonił rywali.

Pozostałe dwa wyścigi z jego udziałem wyglądały podobnie i nie poprawiły zdobyczy punktowej. Staszek ostatecznie zajął 15. miejsce z jednym wywalczonym punktem. W opisanych okolicznościach ambitna jazda Staszka zmagającego się z problemami sprzętowymi i dodatkowo z silnym bólem nie wystarczyła na wymagający, mocno przyczepny tor i silnych rywali. Pocieszeniem może być jedynie chyba to, że uniknął on podczas kolejnych startów poważniejszej kontuzji i sportowo dojeżdżał w każdym wyścigu do mety ani razu nie markując defektu.

W tym czasie walka o medale oraz o zwycięstwo w ostatnim turnieju trwała w najlepsze. Harris i Fienhage w końcu zaczęli wygrywać i ich walka z Wajtknechtem o medal srebrny i brązowy nagrała jeszcze większych rumieńców. Gdy do finałowego wyścigu awansowali bezpośrednio Tresarrieu, Hansen oraz Wajtknecht oraz po barażu Fienhage i Hummel wydawało się, że Harris, który w wyścigu tym przyjechał znowu ostatni bezpowrotnie stracił szansę na medal.

Potrafił się on jednak jeszcze po raz ostatni zmobilizować i wygrywając mały finał czekał w niepewności na wynik wielkiego finału. Poza zwycięstwem w tym turnieju do zdobycia było jeszcze drugie i trzecie miejsce w klasyfikacji końcowej oraz miejsce siódme, które mógł wywalczyć Hansen i zapewnić sobie udział w przyszłorocznym cyklu. Tak na marginesie ostatecznie awans taki wywalczył ale trzeba zaznaczyć, że startował on tylko w trzech z pięciu rozegranych turniejów!

Wyścig finałowy był wielkim wydarzeniem stojącym na bardzo wysokim poziomie sportowym. Można go śmiało nazwać wyścigiem nr 1 całego tegorocznego cyklu. Było w nim wiele wyprzedzania, zwrotów akcji i dramaturgii. Ostatecznie Fienhage, który przez trzy i pół okrążenia był wicemistrzem świata spadając z okrążenia na okrążenia z pierwszego na czwarte miejsce pozostał bez medalu i zajął na koniec czwarte miejsce!

Rozczarowanie licznie zgromadzonych na stadionie niemieckich kibiców było wielkie a z drugiej strony radość kibiców angielskich ogromna – do Wajtknechta powędrował medal srebrny (przed turniejem w Roden miał on 7 pkt. straty do drugiego Harrisa) zaś do Harrisa brązowy! Złoto jak już wiedzieliśmy do dwóch tygodni „zaklepane” było dla Matheiu Tresarrieu, któremu na stadionie dopingowało wielu kibiców i najbliższa rodzina.

Uwiecznieniem dekoracji była zaśpiewana przez nich na koniec Marsylianka oraz wspólne grupowe zdjęcie na podium. Miły to był akcent.

Mathieu Tresarrieu absolutnie zasłużenie zdobył mistrzostwo świata. Jeździł najrówniej, bardzo widowiskowo i skutecznie. Odczuwalna była jego siła, energia, mobilizacja i profesjonalizm. Srebrny medal powędrował do Zacha Wajtknechta. O ile ominą go kontuzje to z aktualną formą zostanie bez wątpienia mistrzem świata w przyszłorocznym cyklu! Jego znakomite występy, waleczność i styl jazdy w Herxheim, w Schessel, w Morizes, w Vechcie i w Roden mówią same za siebie. Gdyby w pierwszym dwóch turniejach pojechał lepiej i a co ważniejsze lepiej zapunktował to z z pewnością byłby do końca rywalem M. Tresarrieu w walce o tytuł MŚ. Trzecie miejsce należało się Chrisowi Harrisowi. Zarówno za postawę i punkty w tegorocznym cyklu jak i za całokształt. Wreszcie się doczekał i bardzo się z tego cieszył!

Zdjęcia: autor tekstu