Tytuł tego felietonu jest celowy. Nawiązuje do wydarzeń z dwóch największych międzynarodowych imprez żużlowych rozegranych w Polsce w odstępie niespełna roku. W 2025 roku we Wrocławiu stawką były zmagania o tytuł indywidualnego mistrza świata. W Zielonej Górze – rywalizacja o mistrzostwo Europy. W obu przypadkach na torze walczyli Polacy z zagranicznymi zawodnikami. W obu przypadkach ogromna część kibiców wyraźnie wspierała żużlowców reprezentujących ich klub – klub gospodarza. Tylko że reakcja opinii publicznej była zupełnie inna.

I właśnie o tym warto dziś porozmawiać.

Zielona Góra. Owacje dla Madsena

Pierwsza runda Speedway Euro Championship w Zielonej Górze miała wszystko, czego można oczekiwać od wielkiego widowiska. Mocną obsadę, świetne ściganie i finał z udziałem obrońcy tytułu Patryka Dudka.

W decydującym biegu spotkali się Leon Madsen, Mikkel Michelsen, Michael Jepsen Jensen oraz właśnie wychowanek Falubazu – Polak Patryk Dudek, który obecnie reprezentuje Pres Toruń.

Start wygrał Dudek. Madsen przez moment jechał za Polakiem, ale jeszcze na pierwszym okrążeniu przeprowadził skuteczny atak i objął prowadzenie. W tym momencie z trybun było wyraźnie słychać głośną reakcję publiczności, która żywiołowo zareagowała na manewr Duńczyka, który wyprzedził Polaka. Kiedy Madsen jako pierwszy przeciął linię mety, aplauz był jeszcze większy. Większość z niemal 9 tysięcznej widowni zgromadzonej przy W69 nie kryła ogromnej radości.

Nie jest tajemnicą dlaczego.

Kilka godzin wcześniej Falubaz Zielona Góra poinformował o przedłużeniu kontraktu z Leonem Madsenem do końca sezonu 2027. Duńczyk od początku sezonu nie zawsze spełniał oczekiwania jako lider drużyny, jednak dla wielu kibiców pozostaje jednym z symboli obecnego zespołu.

Na torze zrobił dokładnie to, z czego słynie od lat. Nie dominował od pierwszego biegu. W fazie zasadniczej wygrał trzy wyścigi, dwukrotnie był trzeci i z dorobkiem 11 punktów pewnie awansował do barażu. Tam zwyciężył, a następnie wygrał także finał.

Sportowo – bezdyskusyjnie zasłużenie.

Nikt nie mówił o zdradzie

Po zawodach nie pojawiła się jednak ogólnopolska dyskusja o patriotyzmie kibiców.

Nie było nagłówków o tym, że polscy kibice wspierali Duńczyka zamiast Polaka.

Nie było komentarzy o „wstydzie”.

Nie było internetowej lawiny oskarżeń pod adresem kibiców Falubazu.

Nie pojawiły się również teksty sugerujące, że Zielona Góra „nie kibicuje Polsce”.

A przecież w finale mistrzostw Europy triumfował Duńczyk, pokonując aktualnego mistrza Europy – Polaka Patryka Dudka.

Wrocław 2025. Burza po Grand Prix

Wystarczy jednak cofnąć się o kilkanaście miesięcy.

30 sierpnia 2025 roku Stadion Olimpijski we Wrocławiu gościł przedostatnią rundę cyklu Speedway Grand Prix.

O zwycięstwo walczyli Brady Kurtz i Bartosz Zmarzlik.

Australijczyk reprezentował Betard Spartę Wrocław.

Polak ścigał się jako zawodnik Orlen Oil Motoru Lublin.

Na trybunach znajdowało się kilkanaście tysięcy kibiców, z których wielu przyszło przede wszystkim wspierać zawodników swojego klubu. Głośny doping otrzymywali Brady Kurtz i Dan Bewley – dwaj liderzy Sparty.

Po zawodach rozpętała się jednak prawdziwa medialna burza.

W internecie pojawiły się wpisy:

  • „Zdrajcy”.
  • „Miasto zdrajców”.
  • „Breslau do Niemiec”.
  • „Żeby Polak nie kibicował Polakowi, to trzeba mieć zryty łeb”.
  • „Wszyscy Polacy wstydzą się za Wrocław”.

To tylko część komentarzy publikowanych w mediach społecznościowych i pod artykułami.

Niektórzy publicyści również nie kryli oburzenia.

Jeden z dziennikarzy na łamach Sportowych Faktów wówczas pisał między innymi:

„Z patriotycznego punktu widzenia nie jestem w stanie zrozumieć sytuacji, w której Polak w walce o tytuł mistrza świata kibicuje Australijczykowi. Można mieć swoje sympatie i antypatie. W wewnętrznej walce dwóch polskich zawodników wybierać X nad Y, ale gdy rywalizuje reprezentant Polski z przedstawicielem innej nacji? Tu wybór powinien być prosty, ale najwidoczniej nie jest.”

Doprawdy trudno zrozumieć co przyświecało piszącej te słowa osobie… Czasy, gdy w Polsce wszyscy musieli myśleć tak samo, a każdy przejaw odmiennych poglądów był surowo karany – dawno już minęły. To jest nienaruszalne prawo każdego kibica. Fan za własne, ciężko zarobione pieniądze kupuje bilet – i ma prawo kibicować komu się jemu podoba – jeśli robi to w sposób nie obrażający przeciwników. Koniec. Kropka.

Głos z Wrocławia

Na falę krytyki odpowiedział wówczas prywatnym komentarzem Adrian Skubis, doradca zarządu ds. komunikacji WTS Sparty Wrocław.

Napisał do postu krytykującego kibiców z Wrocławia jaki ukazał się na profilu FB TuWrocław.com:

„Kto był na tym wydarzeniu, ten wie jak było. Piękny doping zarówno dla Polaków jak i dla Spartan. Oklaski dostawali też inni za swój kunszt i piękną walkę torową. Normalna sprawa. Sam Bartosz przyznał po SGP, że atmosfera na trybunach była genialna, dziękował kibicom. Nie rozumiem tej sztucznie wytwarzanej atmosfery i szukania problemu. Tym bardziej przez dziennikarzy, którzy prawdopodobnie nawet nie byli na tym spektaklu. Zadam zatem pytanie – jeśli w F1 Włosi przez lata kibicowali Michaelowi Schumacherowi, który ścigał się w barwach Ferrari, to byli słabymi patriotami? Dodam coś jeszcze. Od kilku tygodni przed SGP we Wrocławiu w klubowym sklepie WTS największe wzięcie miały koszulki, szaliki i gadżety w barwach narodowych. Tak to tu zostawię. Na stadionie mieliśmy gości z kilkunastu państw, czuli się komfortowo. Kibicowali zgodnie ze swoimi preferencjami. Nic dziwnego nie jest też w tym, że we Wrocławiu – na domowym obiekcie Betard Sparty – byli tacy, którzy mocno wspierali miejscowych riderów. Do zobaczenia na Olimpijskim!”

Ta wypowiedź do dziś pozostaje jednym z najmocniejszych głosów w całej dyskusji.

Historia zna podobne przypadki

To zresztą nie pierwszy raz, gdy klubowe emocje okazują się silniejsze od narodowych.

22 lipca 2018 roku podczas drugiego turnieju finałowego (z trzech) Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów w Lesznie wygrał Maksym Drabik, reprezentujący wówczas Spartę Wrocław.

Lokalni kibice liczyli na triumf zawodników Fogo Unii Leszno – Bartosza Smektały lub Dominika Kubery.

Po kontrowersyjnym wykluczeniu Kubery w biegu finałowym tych zawodów, zwyciężył Drabik.

Podczas ceremonii dekoracji i odgrywania Mazurka Dąbrowskiego z trybun słychać było gwizdy.

Również wtedy -jak widać- emocje klubowe okazały się silniejsze niż narodowe.

Kibic ma prawo wybierać

Sport od zawsze budował się na emocjach.

Kibic Bayernu będzie wspierał Harry’ego Kane’a.

Fan Barcelony cieszył się z goli strzelanych do końca tego sezonu przez Roberta Lewandowskiego.

Włoski sympatyk Ferrari przez lata świętował sukcesy Michaela Schumachera, mimo że ten jest przecież Niemcem.

A wspomniane wyżej dyscypliny należą (w przeciwieństwie do żużla) do sportów globalnych, znanych i obecnych na całym świecie z wielomilionową widownią przed ekranami telewizorów.

Dlaczego więc kibic Sparty nie miałby wspierać Brady’ego Kurtza?

Dlaczego kibic Falubazu nie miałby cieszyć się z wygranej Leona Madsena?

To pytania, które warto zadawać bez emocji.

Bo jeżeli uznajemy, że klubowa tożsamość jest naturalnym elementem sportu, to powinna obowiązywać wszystkich.

Bez względu na to, czy mówimy o Wrocławiu, Zielonej Górze, Lesznie czy jakimkolwiek innym stadionie.

Podwójne standardy?

Nie chodzi o ocenianie kibiców Falubazu.

Nie chodzi również o bronienie kibiców Sparty za wszelką cenę.

Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy identyczne zachowania oceniane są zupełnie inaczej – w zależności od miasta, którego dotyczą.

Jeżeli uznajemy, że kibic ma prawo wspierać zawodnika swojego klubu, niezależnie od jego paszportu, to zasada ta powinna obowiązywać wszędzie.

Jeżeli natomiast uznajemy, że w zawodach rangi mistrzostw świata czy Europy zawsze należy kibicować reprezentantowi Polski, to taka sama miara powinna obowiązywać zarówno we Wrocławiu, jak i w Zielonej Górze, Lesznie czy na każdym innym stadionie w Polsce.

Inaczej trudno oprzeć się wrażeniu, że problemem nigdy nie było samo kibicowanie.

Problemem było po prostu… miejsce, w którym do niego doszło. A wówczas mamy do czynienia z sytuacją, jak w doskonale znanym powiedzeniu: „Kali ukraść krowę – to dobrze. Ale jak Kalemu ukraść krowę – to już bardzo źle”…

Zdjęcie: Marek Niewiedzioł