Niedawno sytuacja w Krono-Plast Włókniarzu Częstochowa była trudna, ale teraz – po ujawnieniu przez Jakuba Miśkowiaka szczegółów dotyczących zaległości finansowych – jest już fatalna. Na jaw wyszły problemy z wypłacalnością i sprzeczne tłumaczenia prezesa klubu Michała Świącika.
650 tysięcy złotych i niespełniona ugoda
Jakub Miśkowiak w rozmowie z WP SportoweFakty ujawnił, że klub wciąż nie przelał mu ani złotówki z zaległego wynagrodzenia za sezon 2023. Chodzi o gigantyczną sumę – 650 tysięcy złotych zapisanych w kontrakcie zawodnika ze stowarzyszeniem Włókniarz.
W marcu tego roku podpisano ugodę zakładającą spłatę w transzach, jednak – jak twierdzi zawodnik – nie jest ona realizowana.
– Wystawiłem faktury, więc liczę, że prezes dotrzyma słowa i zapłaci wszystkie zaległości. Mamy podpisaną ugodę, a na jej podstawie całe zaległości miały być zapłacone do końca sierpnia, czy września. Liczę, że do tego czasu wszystko będzie uregulowane – powiedział zniecierpliwiony Miśkowiak.
Nie pierwsza głośna sprawa finansowa
Informacja o tak dużych zaległościach szybko rozeszła się w całym środowisku żużlowym. Jeszcze niedawno media donosiły o skardze Jasona Doyle’a do PGE Ekstraligi na nieterminowe wypłacanie pieniędzy przez częstochowski klub. Władze ligi ostatecznie oddaliły skargę, uznając, że opóźnienia obejmujące cztery mecze nie stanowią podstawy do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego.
Niemniej, sama świadomość problemów finansowych stawia klub w bardzo trudnym położeniu – szczególnie w kontekście rozmów transferowych.
Prezes zaprzeczał istnieniu długu
W marcu tego roku prezes Michał Świącik stanowczo zaprzeczał informacjom o zaległościach wobec Miśkowiaka:
– W odpowiedzi na pytania pragniemy podkreślić, że nie ma żadnych zaległości stowarzyszenia CKM Włókniarz Częstochowa wobec Jakuba Miśkowiaka. Sprawa została zamknięta już kilka miesięcy temu, a wszystkie zobowiązania zostały uregulowane zgodnie z ustaleniami – mówił Świącik.
Dziś te słowa stoją w sprzeczności z relacją samego zawodnika i treścią ujawnionej ugody.
Efekt na rynku transferowym – brak wiarygodności
Problemy z terminowymi wypłatami oraz sprzeczne komunikaty prezesa sprawiają, że Włókniarz staje się coraz mniej atrakcyjnym miejscem dla żużlowców. Już wcześniej klub nie był traktowany jako priorytet przez czołowych zawodników, a teraz – jak mówią osoby z branży – wielu nawet nie rozważa propozycji z Częstochowy.
Jeśli klub będzie chciał pozyskać solidnych zawodników, prawdopodobnie będzie musiał przepłacać kontrakty albo sięgać po tych, którzy nie mają innych ofert z PGE Ekstraligi. Obie opcje nie wróżą dobrze na przyszłość.
Kadra na przyszły sezon – coraz węższe pole manewru
Na dziś Włókniarz może być pewny jedynie kontraktu z Jaimonem Lidsey’em oraz możliwości jazdy w klubie Madsa Hansena.
Na rynku nie pozostało wielu liderów – jedyną realną opcją wydaje się Jason Doyle – a przede wszystkim brakuje wartościowych polskich zawodników, których pozyskanie byłoby kluczowe w walce o utrzymanie w lidze.
W przypadku pozostania w PGE Ekstralidze, przy obecnym stanie kadry i atmosferze wokół klubu, Włókniarz Częstochowa może być w 2026 roku głównym kandydatem do spadku.
Zdjęcie: Marek Niewiedzioł






