Od wielkiej nadziei Sparty do przedwczesnego końca kariery
Patryk Malitowski urodził się 30 października 1993 roku w Dzierżoniowie. W wieku zaledwie 16 lat, w 2009 roku, zdobył licencję żużlową jako zawodnik Sparty Wrocław. Dwa lata później, 23 kwietnia 2011 roku, zadebiutował w PGE Ekstralidze w meczu przeciwko Unibaxowi Toruń.
W tamtym czasie był uważany za jeden z największych talentów młodego pokolenia wrocławskiego żużla. W sezonach 2011–2014 reprezentował barwy Sparty Wrocław, startując również jako gość w KMŻ Lublin (2011) oraz RKM Rybnik (2013). W ostatnich latach kariery ścigał się odpowiednio w Lublinie w 2015 roku (3 poziom rozgrywek w Polsce) oraz w KSM Krosno (2 poziom rozgrywek), w którym zakończył przygodę z żużlem w 2016 roku.
Osiągnięcia i obiecujący start
Malitowski osiągał dobre wyniki w kategoriach młodzieżowych. W 2011 roku zajął czwarte miejsce w finale Brązowego Kasku oraz ósme w finale Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski. Dwa lata później, w 2013 roku, zdobył srebrny medal Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski, wygrał Memoriał im. Łukasza Romanka oraz zajął czwarte miejsce w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski Par Klubowych.
W 2014 roku był zwycięzcą finału Indywidualnych Mistrzostw Ligi Juniorów, a także zajął piąte miejsce w finale Srebrnego Kasku i dwunaste w MIMP.
Wydawało się, że kariera Patryka Malitowskiego nabiera rozpędu, jednak życie szybko zweryfikowało te nadzieje.
„To był cyrograf”. Sześcioletni kontrakt zahamował karierę zawodniaka
Po zdaniu licencji w 2009 roku Malitowski podpisał sześcioletni kontrakt ze Spartą Wrocław, który – jak sam wspomina – okazał się dla niego pułapką bez wyjścia.
W wywiadzie dla Radia Freee w audycji „Pięć Jeden” powiedział otwarcie o kulisach tej decyzji:
– W wieku 15 lat, wtedy podpisując ten kontrakt, nikt w rodzinie nie miał doświadczenia w żużlu. Mieliśmy gdzieś tam podpowiedzi, żeby nie podpisywać tego kontraktu, na tyle lat na ile oni dawali, czyli na 6, do końca wieku juniora. Nie było jakiejkolwiek dyskusji. Jakiekolwiek pieniądze nie wchodziły w grę, bo ja nawet nie wiedziałem, czy się zarabia, ani ile się zarabia, jeżdżąc na żużlu. Dla mnie liczyła się tylko jazda.
– Mówili nam różni ludzie ze środowiska, żeby nie podpisywać tego kontraktu, ale wiadomo, że doświadczone wygi w negocjacjach zrobiły tak, że ten kontrakt jednak podpisaliśmy. Nie wiedzieliśmy, że później to będzie taka umowa, której nie dało się zerwać. Uważam to za największy błąd, jaki popełniłem, ale to z niewiedzy i to mnie kosztowało to, że musiałem później zakończyć karierę.
Malitowski przyznał, że jego szansą na rozwój była oferta z Rzeszowa w 2012 roku, gdzie trenerem był wówczas Dariusz Śledź. Klub gwarantował mu lepsze warunki i realną możliwość rozwoju, jednak obowiązująca umowa uniemożliwiła transfer.
– Uważam, że największym moim błędem było podpisanie kontraktu na 6 lat. Ja to nazywam dzisiaj cyrograf. Tak naprawdę miałem jedną niepowtarzalną możliwość przejścia do klubu, który gwarantował mi rozwój w 2012 roku, był to Rzeszów. Wtedy tam był Darek Śledź i to się nie udało.
Brak pieniędzy i sprzętu – koniec marzeń o wielkiej karierze
W rozmowie z dziennikarzami Malitowski nie ukrywał, że główną przyczyną zakończenia kariery był brak pieniędzy i sprzętu.
– Szczerze powiem, że moim zdaniem zabrakło po prostu pieniędzy. Często przyjeżdżałem na zawody czy to młodzieżowe czy ekstraligowe i odstawałem już przed startami od innych kolegów pod kątem sprzętowym. Tak naprawdę miałem za mało silników. Całą karierę tak naprawdę jeździłem na dwóch, trzech silnikach. Każdy oczekiwał ode mnie lepszych występów, ale bez dobrego sprzętu w tym sporcie świata zawojować się nie da. Wynik nie przychodzi sam. Potrzebny jest do tego sprzęt. Kolokwialnie mówiąc, z gówna bata się nie ukręci.
Przykład wygranego – w wieku dwudziestu lat – Memoriału Łukasza Romanka z 2013 roku pokazał jego potencjał – wówczas pokonał takich zawodników jak Tai Woffinden czy Nicki Pedersen, jadąc na starym silniku kupionym przez ojca.
„Myślę, że Wrocław”. Wielki żal żużlowca wobec Sparty
Były żużlowiec nie kryje żalu wobec swojego macierzystego klubu. Od razu wskazuje winnych swojej nieudanej kariery żużlowej:
– Myślę, że Wrocław. Ja tam byłem od początku, później trafiłem do Lublina i do Krosna. Do tych klubów tak naprawdę przychodziłem z niczym, też nie dostając za wiele. Wiadomo, w 2. Lidze nie można było wymagać, żeby za podpis wziąć pieniądze i się przygotować solidnie do sezonu. Ja te dwa lata, które przejeździłem po odejściu z Wrocławia, to było takie, jeździłem, bo jeździłem. Uważam, że to we Wrocławiu tak naprawdę moja kariera skończyła się, zanim się zaczęła.
– Mam żal. Nie ma co ukrywać, że to wydarzyło się tylko i wyłącznie przez pieniądze. Sport żużlowy jest bardzo drogi, wcześniej też był. Ja zaczynając, nie miałem nikogo w rodzinie, kto był żużlowcem, kto zajmował się żużlem, kto był blisko żużla, więc wszystkiego uczyłem się z tatem na własnej skórze.
Od żużla do kabiny ciężarówki i mikrofonu w Canal+
Po zakończeniu kariery w 2016 roku Malitowski sprzedał cały swój sprzęt, by spłacić długi i „wyjść na zero”. W 2019 roku mówił w jednym z wywiadów:
– Pracuję zawodowo jak każdy normalny człowiek. Obecnie jestem kierowcą ciężarówki i po prostu jeżdżę z różnymi ładunkami. Jeździłem (na żużlu – dop. red.), byłem też w jakiś sposób rozpoznawalny, udzielało się wywiadów itd. Człowiek z biegiem lat przyzwyczaja się do takiego sposobu życia i nie jest łatwo z dnia na dzień zacząć żyć jak każdy inny człowiek. To przestawienie się ze sportowego trybu na normalność łatwe nie jest, ale dałem radę.
Dziś Malitowski jest komentatorem Canal+, gdzie analizuje i komentuje mecze PGE Ekstraligi. Zyskał opinię surowego, ale szczerego eksperta, który często krytycznie wypowiada się o swojej byłej drużynie – Sparcie Wrocław. Jego gorzkie spojrzenie na klub którego jest wychowankiem najpewniej wynika z osobistych doświadczeń i niespełnionych marzeń, które – jak sam przyznaje – zniszczył „cyrograf” podpisany w wieku 15 lat.






