Na stronie www.redbull.com ukazał się wywiad Tomasza Dryły z Maciejem Janowskim, który w tym sezonie po raz pierwszy zdobył medal indywidualnych mistrzostw świata. Prezentujemy fragmenty tej ciekawej rozmowy.

Pierwszy przyszedł z gratulacjami Paweł Zmarzlik, brat Bartka. Potem trener reprezentacji Polski, Rafał Dobrucki i Patryk Dudek. Oni nie mogli się mylić (śmiech), więc dotarło do mnie, że dałem radę. Tak, wiedziałem, że moim bezpośrednim rywalom szło gorzej, ale nie miałem pojęcia o punktach w klasyfikacji generalnej i tych wszystkich zależnościach. Chciałem walczyć i byłem na tę walkę gotowy. I gdzieś w międzyczasie zorientowałem się, że zadanie zostało wykonane. Tak Maciej Janowski opisuje moment, w którym dowiedział się, że jest medalistą IMŚ.

Wiesz, ostatnio rozmawiałem o tym z moją menedżerką. Zapytała, co czułem na podium.? A ja na to, że nawet ciężko mi to nazwać. Stałem na tym pudle, medal wisi na szyi, rozglądam się dookoła, biorę go do ręki i pytam sam siebie: to już, tyle, to jest to, po co my to wszystko robimy? Te nerwy, emocjonalne huśtawki, ryzyko, poświęcenie życia prywatnego, pół roku w busie i na promie, ciągła gonitwa, rozkminki sprzętowe, niekończące się narady i treningi… wszystko po to, by dostać ten kawałek metalu? Oczywiście mówiłem to żartobliwie. Sam krążek to jedynie symbol, który oddaje pewne wartości.
Uczciwość? Wiem, że dałem z siebie maksimum, że zrobiłem wszystko, by znaleźć się w tym miejscu. Długo to trwało, ale ostatecznie bardzo ciężka praca, upór i determinacja okazały się dobrą inwestycją.
– ciągnął Magic.

O fakcie zdobycia upragnionego medalu Janowski powiedział:
Na pewno ważny, tu nie ma się co czarować. Ale nie chodziło mi o moją satysfakcję, prestiż, czy budowanie ego. Chciałem to zrobić dla swojego teamu i dla ludzi, z którymi pracuję i którzy mnie wspierają. Wiem, ile serca w to wkładają i jak cholernie im zależało. Mam wrażenie, że nawet bardziej, niż mi. Czułem, że byłem im winien maksymalne poświęcenie. Mega cieszę się ich radością, widząc dopiero teraz, jak to było dla nich ważne. To wspaniałe uczucie, jeśli możesz komuś sprawić tak dużą satysfakcję.
Parę lat temu to stało się dużym i, jak sądziliśmy, realnym celem. Pracowaliśmy naprawdę uczciwie, ale zawsze czegoś brakowało i wiele razy kończyłem sezon SGP na 4. miejscu. Z czasem to przypominanie, że trzeba w końcu zdobyć medal, stało się… Nie powiem, że irytujące, bo sam doskonale wiedziałem do czego dążę, ale czułem coraz większą presję. A mnie nie trzeba dodatkowo motywować, mam swoje ambicje i zawsze dążę do realizacji planów sportowych. Teraz dopiąłem swego. Ale świat nadal jest taki sam. Ja też. Na pewno jestem mega zadowolony, ale nie obrastam w piórka, nie zacznę nagle zadzierać nosa. Pozostaję sobą.

A tak Janowski powiedział o tym, że w ostatnim turnieju SGP w Toruniu musi znaleźć się w finale:
To „muszę” traktowałem raczej jako cel i ambicję, a nie faktyczną konieczność. Od dawna słyszałem te wszystkie głosy i komentarze w stylu „Maciek, teraz już musisz, musi być medal, zrób to w końcu” itp. Przed wyjazdem na ostatni turniej w sezonie wybrałem się na rowerową przejażdżkę. Sporo myślałem, analizowałem, rysowałem w głowie różne scenariusze. I nagle poczułem, że przyjmę z pokorą każdy wynik. To było dla mnie bardzo ważne, dało dużo spokoju. Byłem gotowy na wszystko: na medal, utrzymanie i wypadnięcie z cyklu. I przestałem się przejmować, poczułem ulgę. Może właśnie to, że zaakceptowałem każde rozstrzygnięcie, dało mi luz, który pomógł zrealizować cel.

Niedzielę po turnieju finałowym Magic spędził (dla wielu osób) dość nietypowo:
Wstałem dość wcześnie i było trochę nerwowo, bo… nie mogłem znaleźć swoich getrów piłkarskich. Zawsze w niedzielę rano, niezależnie od pogody i pory roku, gramy w piłę. Mamy swoją ekipę, dla której te spotkania stały się swoistym rytuałem i właściwie żadne usprawiedliwienie nie zwalania z obowiązku stawienia się na boisku (śmiech). Nieważne, czy dzień wcześniej miałem zawody we Wrocławiu, czy daleki wyjazd, z którego wróciłem nad ranem, nieważne, jak mi poszło, nieważne, czy dałem ciała, czy zdobyłem medal mistrzostw świata – na „orliku” muszę być w niedzielę rano, koniec kropka. Zatem w sobotę wieczorem osiągnąłem życiowy sukces na żużlu, a dwanaście godzin później walczyłem o kolejny w ultraprestiżowych rozgrywkach piłkarskich (śmiech). Jestem tym samym ziomkiem, mam te same priorytety, cieszą mnie te same rzeczy. I nie zmieni tego to, że zdobyłem medal.

Magic zadedykował zdobyty medal swojej rodzinie:
Wszystkie swoje sukcesy dedykuję rodzinie. Bardzo żałuję, że w tym szczególnym momencie nie mogło być z nami mamy. Choć… ja myślę, że tak naprawdę była. Mama odeszła w tym roku. Była dla mnie szalenie ważną osobą, której wiele zawdzięczam. I ona nadal ze mną jest. Tak to czuję. Czuję jej obecność i wsparcie w trudnych chwilach, wiem, że czuwa nade mną. Wydaje mi się, że udało mi się tę stratę dobrze przepracować. Szkoda, że mamy fizycznie nie mogło być z nami, bo na pewno chichrałaby się i szczerze cieszyła, jak po każdym moim sukcesie. Uwielbiałem patrzeć na nią, kiedy była ze mnie dumna. Wiem, że jest gdzieś blisko i mam nadzieję, że się cieszy. Tak, zdecydowanie ten medal dedykuję w pierwszej kolejności moim rodzicom.