No i stało się. Mamy kolejny skandal związany z ostatnim meczem o brązowe medale drużynowych mistrzostw Polski. Pierwszym było to, iż w związku z imprezą która odbywała się wokół Stadionu Olimpijskiego 27 września, nie mnożna było tego dnia rozegrać rewanżowego meczu o trzecie miejsce we Wrocławiu Napiszmy wyraźnie – tego dnia. W bieżącym sezonie trzy z czterech spotkań zasadniczej części sezonu Spartanie rozgrywali w piątek. Jaki był więc problem, żeby meczu o brąz rozegrać w inny dzień niż w sobotę 27 września? Ale władze PGE Ekstraligi pokazały kto tu rządzi i publiczności, która w najwyższej liczbie zapełnia swój domowy stadion (100% zapełnienia trybun) zaserwowała brak możliwości świętowania na Olimpijskim zdobycia przez Betard Spartę brązowego krążka. Prawda, że doskonała nagroda dla najbardziej lojalnych wobec swojej drużyny fanów. Ale stało się. Rewanżowy mecz odbył się 27 września w Grudziądzu. Kibice, zarówno jednej jak i drugiej drużyny chcieli – uwzględniając wagę meczu (przypomnijmy walka o brązowy medal) na swój sposób (w granicach przepisów) uczcić to widowisko. Niestety – jak w czasach panującej w Polsce komuny – w ruch poszły pałki i gaz łzawiący. Ale nie było to efektem działań policji. Na wniosek organizatora na stadionie w drastyczny sposób interweniowała ochrona, co potwierdza rzecznik policji. Dziś przedstawiamy wpis ze strony kibiców GKM-u Grudziadz z ich mediów społecznościowych. Tekst prezentujemy w całości.
Wczorajszy (sobota 27 września – dop. redakcji) mecz miał przejść do historii jako efekt ciężkiej pracy działaczy, zawodników oraz trenerów. My na trybunach również ciągle rozwijamy się w kibicowskim rzemiośle. Historyczny mecz dla całego środowiska chcieliśmy odpowiednio uświetnić. Przygotowaliśmy trzy oprawy, perfekcyjnie zgrane z przerwami w meczu, by nie zakłócać spotkania. Wszystko to zostało docenione nawet przez komentatorów TV, którzy w czasie relacji docenili oprawy.
Podkreślmy to raz jeszcze – oprawy prezentowaliśmy w przerwach. Nikt z trybun z tego powodu nie cierpiał.
Ten mecz – mimo, że bez medalu – miał być świętem nas wszystkich. Natomiast praca nie tylko kibiców, ale i zawodników czy każdego z działaczy została zniweczona przez pracowników ochrony Wena. Każdy z tych ludzi, którzy się wczoraj znaleźli na trybunie jest odpowiedzialny za to co się wydarzyło.
Pracownicy działali na polecenie właściciela firmy ochroniarskiej Wena –
Mariusza Marciniaka
Swój udział mieli także pracownicy grupy M.C. Pająk. dumnie prezentujący naszywki „grupy uderzeniowej”.
Czy odpalając pirotechnikę ktoś ucierpiał? Nie. Czy pirotechnika trafiła na tor? Nie. Czy z powodu pirotechniki mecz został przerwany? Nie.
Mimo to prymitywni troglodyci z ochrony, na polecenie swojego szefa – Mariusza Marciniaka, zaczęli rozpylać gaz zupełnie na oślep, przed siebie, na boki, tam gdzie nieskalane głębszymi przemyśleniami głowy widziały zagrożenie. Zagrożenie, które wczoraj nie wystąpiło ani przez chwilę do czasu pojawienia się degeneratów pod przywództwem Mariusza Marciniaka.
Wbrew przekłamanej i ograniczonej opinii prymitywów z agencji ochrony Wena i M.C. Pająk, na sektorach A i B przebywają dzieci, dopingują również kobiety, czy chłopak na wózku inwalidzkim. I również oni zostali potraktowani gazem, oni nie mieli gdzie się przed gazem skryć, bo pracownicy ochrony postanowili rozpylać gaz wszędzie dookoła. To doprowadziło do tego, że ludzie przebiegali po sobie i tratowali, bo stojąc w bezruchu jedyne na co można było liczyć to gaz w twarz i pałka na plecy. Bo to ochroniarze z Weny i M.C. Pająk krzyczeli do siebie „każdego pałą”.
Przypomnijmy, że teraz, na końcu trybuny dopingującej znajduje się płot i każdy kto chciał się wydostać z sektora był tam gazowany. Podkreślmy to – KAŻDY. Z tego miejsca z sektora wyjścia nie ma – z jednej strony jest płot, a z drugiej pracownicy Mariusza Marciniaka – którzy rozpylali gaz wszędzie! Czego dowodem były ucieczki z kolejnych sektorów, czy przerwane studio telewizyjne znajdujące się na platformie nad trybunami.
Tuż po tej „bohaterskiej” interwencji, bramy stadionu zamknięto, tak aby już upewnić się, że absolutnie nikt nie wyjdzie ze stadionu bez szwanku.
W jaki sposób pracownicy Wena (właściciel – Mariusz Marciniak) i M.C. Pająk funkcjonują na codzień w społeczeństwie nie wiemy. Przykre muszą być żywoty tych istot, skoro jedyne co mają do zaoferowania to bezpodstawna agresja wobec przypadkowych osób.
Trzeba wspomnieć, że swoje „popisy” ci ludzie rozpoczęli już na początku spotkania, kiedy kibice Sparty Wrocław zostali zaatakowani gazem ponieważ… jeden z nich usiadł na płocie by prowadzić doping.
Czy my, aktywni kibice, jesteśmy święci? Oczywiście, że nie. Naginamy regulamin stadionu, by uatrakcyjnić spotkanie, tak by i wszyscy kibice podziwiali nie tylko rywalizację na torze ale i oprawy meczowe, które niejednokrotnie pojawiają się w relacjach i nagraniach z meczów, fanów z całego stadionu.
To jednak nie tłumaczy zupełnie nieadekwatnej interwencji i wczorajszych zachowań Weny i M.C. Pająk. To pracownicy tych firm i właściciel Mariusz Marciniak są winni przerwania meczu, to oni narazili klub na kary finansowe ze strony Ekstraligi i to za ich sprawą w przestrzeni medialnej nie mówi się o niczym innym jak o rozpylaniu gazu na stadionie i pałowaniu kogo popadnie.
Podobno żużel to sport rodzinny. Podobno jest bezpieczniej niż na meczach ligowych w piłce nożnej. Podobno mamy najlepszą żużlową ligę świata. Ale to wszystko podobno. Pacyfikacja ochraniarzy sektora na którym – fakt odpalono race – była niewspółmierna do czynu kibiców, którzy chcieli świętować mecz o brązowy medal – po raz pierwszy w historii klubu z Grudziądza. Na sektorze tym były rodziny z dziećmi i osoby niepełnosprawne. Dodajmy, iż ochraniarze muszą być z siebie zadowoleni. W wyniki interwencji na trybunach jedna osobę odwieziono do szpitala.
Żużel dla kibiców? Czy tak jak pokazały to władze PGE Ekstraligi – iż kibice są ogniwem z którym nikt się nie liczy. Fani mają płacić za oglądanie meczów – (nierzadko słono – przykład cen biletów na meczu o złoty medal na Motoarenie) i siedzieć cicho, bo przecież i tak nikt z kibicami się nie liczy…
Gdzie te czasy kiedy podczas pandemii żużlowcy narzekali, że bez publiczności to nie są to te same mecze…






