Historia Maksyma Drabika i jego mediacji z Włókniarzem Częstochowa mogłaby być scenariuszem komedii, który w środowisku żużlowym, jak nikt ma prawdziwy talent do zaskakiwania. Tym razem nie chodziło o kolejne rekordy na torze, lecz o dwa… podrzucone silniki. Na jednym ze spotkań mediacyjnych pomiędzy klubem spod Jasnej Góry a Drabikiem, kiedy klub zażądał zwrotu dwóch silników Briana Kargera oraz części pieniędzy, żużlowiec zrobił wielkie oczy i wyjaśnił: „Ale ja te silniki dostałem… no, właściwie to nie dostałem. Ktoś mi je podrzucił do boksu!”

Podrzucone silniki – Drabik zaskakuje

  • Masz nasze silniki, oddaj je – usłyszał Drabik od przedstawicieli Krono-Plast Włókniarza. Na reakcję zawodnika nie trzeba było długo czekać. Zawodnik szybko wyjaśnił, że te dwa egzemplarze cudownie pojawiły się w jego boksie. Jednak, gdy padło pytanie, czy na nich jeździł, nie kręcił – „No tak, korzystałem z nich.” Mediatorzy w tym momencie nie wytrzymali i wybuchnęli śmiechem.

Jeden z uczestników mediacji dodał z przymrużeniem oka, że byłoby świetnie, gdyby ktoś podrzucił mu pod dom mercedesa – też by go użytkował, nie pytając o szczegóły.

Klub i pieniądze na przygotowanie

Włókniarz początkowo zażądał od Drabika zwrotu 630 tysięcy złotych. Klub tłumaczył, że pieniądze miały być przeznaczone na przygotowanie do sezonu, jednak zdaniem działaczy zawodnik nie wydał ich zgodnie z przeznaczeniem. Drabik jednak pokazał faktury opiewające na około 430 tysięcy złotych, które uznano za bezsporne. Pozostałe wydatki – między innymi remont garażu – wzbudziły wątpliwości. Ostatecznie ustalono, że Drabik zwróci 50 tysięcy złotych.

Karger sprawdzi silniki

Nie tylko finanse stały się kością niezgody. Klub domagał się również zwrotu dwóch silników Briana Kargera. Drabik zapewnił, że je odda, ale na tym historia się nie kończy. Teraz tuner ma dokładnie sprawdzić, czy silniki nie były rozbierane ani modyfikowane. Jak wiadomo, mechanicy bardzo cenią swoje autorskie rozwiązania i nie tolerują ingerencji osób trzecich.

Zakończenie mediacji – co dalej?

16 stycznia doszło do ostatniego spotkania mediacyjnego, podczas którego ustalono, że Drabik zwróci dwa silniki i 50 tysięcy złotych. Jednak sam zawodnik wydaje się być psychicznie wyczerpany całą sytuacją. Znajomi proponowali mu wyjazd na narty, by odpoczął od stresu, ale odmówił. Drabik ma czas do końca stycznia, by podjąć decyzję, czy zgadza się na ustalenia. Jeśli powie „nie”, sprawa trafi przed Trybunał PZM.

Czy to ostatnia taka sprawa?

Cała sytuacja pokazuje, jak niejasne są obecne przepisy dotyczące finansów w żużlu. Włókniarz argumentował, że pieniądze przeznaczone na przygotowanie były wydawane także na starty w innych ligach. Wkrótce jednak przepisy mają się zmienić – środki kontraktowe będą traktowane jako wynagrodzenie za podpis, a kluby nie będą mogły kontrolować ich wydatkowania.

Czy Drabik zgodzi się na ustalenia mediacji? Czy odda „podrzucone” silniki i wpłaci pieniądze na konto klubu? Na odpowiedź musimy poczekać, ale jedno jest pewne – żużlowy świat jeszcze długo będzie mówił o tej sprawie.

Zdjęcie: Grzegorz Misiak