To nie jest początek sezonu, do jakiego przyzwyczaił kibiców Bartosz Zmarzlik. Oczywiście – mówimy o turniejach przedsezonowych, o testach sprzętu, o „pierwszych kotach za płoty”. Ale nawet w takim kontekście miniony weekend (27-29 marca br.) musi dawać do myślenia.

Trzy dni, trzy prestiżowe turnieje, światowa czołówka na starcie – i ani jednego zwycięstwa mistrza świata. To fakt, którego nie da się zignorować.


Jedno zwycięstwo… ale tydzień wcześniej

Bilans turniejowych zwycięstw Bartosza Zmarzlika na starcie sezonu 2026 nie jest oczywiście zerowy. 22 marca br. wygrał Memoriał Bronisława Idzikowskiego i Marka Czernego w Częstochowie.

Problem w tym, że w kolejnym weekendzie w trzech znacznie mocniej obsadzonych turniejach – już nie powtórzył wygranej.


Piątek: Gorzów i półfinałowa ściana

W piątkowym (27 marca) Memoriale Edwarda Jancarza w Gorzowie wszystko zaczęło się zgodnie z planem. Zmarzlik był szybki, pewny, wygrał cztery biegi i wyglądał jak kandydat do zwycięstwa.

Ale kluczowy moment przyszedł w półfinale.

Tam przegrał z Mathiasem Pollestadem i Oskarem Paluchem – i nie awansował do finału. Ostatecznie zakończył zawody na 5. miejscu, tuż przed Brady Kurtzem.

To był pierwszy sygnał, że coś nie do końca funkcjonuje tak, jak powinno.


Sobota: Łódź i brak kontroli

Dzień później Bartosz Zmarzlik rywalizował w Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostwach Ekstraligi w Łodzi. Turniej z bardzo mocną obsadą i o dużym prestiżu.

Zmarzlik znów miał swoje momenty:

  • potrafił wygrywać biegi,
  • znajdował prędkość,
  • walczył na dystansie.

Ale brakowało jednego – kontroli nad zawodami.

To nie był zawodnik, który narzuca tempo całemu turniejowi. Zamiast dominacji – była walka, zamiast pewności – szukanie rozwiązań. Efekt? Ponownie brak awansu do finału.

W tym samym czasie Brady Kurtz wykorzystał swoją szansę i wygrał zawody, wyraźnie zaznaczając swoją obecność w ścisłej czołówce.


Niedziela: Ostrow i podium „tylko na papierze”

Najlepszy wynik minionego weekendu przyszedł w Ostrowie, podczas Speed Masters – Memoriału Rifa Saitgariejewa.

Bartosz Zmarzlik stanął na podium – zajął trzecie miejsce. Tyle że ten wynik wygląda lepiej w statystykach niż na torze.

Znów było solidnie:

  • punkty,
  • dobra jazda,
  • obecność w czołówce.

Ale znów zabrakło tego, co przez lata definiowało jego jazdę – pełnej kontroli od startu do mety.

Zawody wygrał Robert Lambert, a drugi był Brady Kurtz, który ponownie (po sobotnim IMME) ukończył turniej przed Zmarzlikiem.


Kurtz wygrywa bezpośredni pojedynek

Weekend przyniósł też ciekawy, nieoficjalny „pojedynek” gigantów (mistrza i wicemistrza świata z 2025 roku):

  • Piątek (Gorzów): Zmarzlik 5., Kurtz 6.
  • Sobota (Łódź): Kurtz 1., Zmarzlik poza finałem
  • Niedziela (Ostrów): Kurtz 2., Zmarzlik 3.

Bilans? 2:1 dla Kurtza.

Australijczyk był konkretny, skuteczny i – co najważniejsze – potrafił wygrywać w kluczowych momentach. Zmarzlik natomiast był gdzieś „pomiędzy” – szybki, ale nie decydujący.


Solidnie, ale bez dominacji

Największy problem nie leży w wynikach, ale w obrazie jazdy.

Przez ostatnie lata Bartosz Zmarzlik wygrywał, bo:

  • kontrolował start,
  • kontrolował pierwszy łuk,
  • kontrolował cały wyścig.

Teraz tego brakuje.

Zamiast dominacji:

  • więcej walki,
  • więcej improwizacji,
  • więcej reakcji na rywali.

To subtelna różnica – ale na tym poziomie kluczowa.


Spokojnie… ale nie do końca

Nie ma sensu wpadać w panikę. To wciąż:

  • początek sezonu,
  • testy sprzętu,
  • szukanie optymalnych ustawień.

Ale jednocześnie:

  • obsada turniejów była bardzo mocna („światowa”),
  • rywale jechali na serio,
  • wyniki już coś pokazują.

Bo jeśli Bartosz Zmarzlik nie wygrywa i nie dominuje – pojawia się pytanie, którego wcześniej nikt nie zadawał:

czy to tylko etap przygotowań, czy pierwszy sygnał, że coś trzeba jeszcze poszukać i przed startem sezonu ligowego jeszcze pozmieniać?

Na razie na powyższe pytania nie znamy odpowiedzi.
Ale jedno jest pewne – to nie był weekend, jakiego oczekiwano od sześciokrotnego mistrza świata.

Zdjęcie: Maciej Trubisz