Stałe dzikie karty do Grand Prix 2025, po dwóch tegorocznych rundach kompletnie się nie bronią. Beneficjenci decyzji promotorów cyklu są tylko statystami. Na pewno nie wnosi to nic do rywalizacji o tytuł IMS, a dodatkowo zaniża poziom całej rywalizacji.
Jeszcze zanim rozpoczął się tegoroczny cykl Speedway Grand Prix, wielu ekspertów i kibiców żużla nie kryło oburzenia decyzjami FIM i Warner Bros. Discovery Sports dotyczącymi przyznania stałych dzikich kart. Pominięcie reprezentantów Polski – kraju będącego bezdyskusyjnym liderem światowego żużla – odebrano jako gest nie tylko niezrozumiały, ale wręcz polityczny. Dziś, po dwóch rundach, wszystko wskazuje na to, że ci, którzy krytykowali decyzje promotora, mieli pełną rację. Dzikie karty? To był żart, który właśnie przestaje kogokolwiek śmieszyć.
Przestroga ignorowana – a skutki są opłakane
Już jesienią zeszłego roku pojawiały się głosy, że wybór stałych dzikich kart na sezon 2025 był decyzją skrajnie nietrafioną. Zamiast postawić na klasowych zawodników – choćby Patryka Dudka, Przemysława Pawlickiego czy nawet rosnącego w siłę Bartłomieja Kowalskiego – promotorzy wybrali drogę… no właśnie, jaką? Dyplomacji? Geopolityki? Uśrednionych rankingów?
Wśród wybranych na cały cykl znaleźli się: Kai Huckenbeck, Jan Kvěch, Mikkel Michelsen oraz Jason Doyle. Żaden z nich – z wyjątkiem pechowego Doyle’a – nie dał choćby cienia nadziei, że będzie w stanie rywalizować na poziomie światowej czołówki. Po dwóch turniejach w Landshut i Warszawie można mówić tylko o jednym: kompromitacji decydentów.
Huckenbeck – statysta wśród mistrzów
Niemiec Kai Huckenbeck to symbol błędnych decyzji. Z dziesięciu odjechanych biegów aż w siedmiu przyjeżdżał ostatni, ani razu nie przekraczając 2 punktów w turnieju. Na tym etapie można zapytać: czy to jeszcze Grand Prix, czy już zawody towarzyskie? Obecność Huckenbecka deprecjonuje wartość cyklu – i to nie jego wina. To wina tych, którzy na niego postawili.
Doyle – jedyny pechowiec
Jason Doyle, mistrz świata z 2017 roku, jako jedyny z dzikich kart miał prawo coś udowodnić. W Warszawie pojechał świetne pierwsze biegi, ale kontuzja po kolizji z Maxem Fricke wyeliminowała go z dalszej rywalizacji. Zwichnięte biodro to poważny uraz, ale i tak więcej pokazał niż pozostali nominaci razem wzięci. Nie zmienia to jednak faktu, że jego obecność w cyklu to decyzja głównie sentymentalna – sportowo nie miał podstaw, by znaleźć się w tym gronie.
Michelsen i Kvěch – europejskie rozczarowanie
Wielu sądziło, że Mikkel Michelsen, trzykrotny mistrz Europy, może wreszcie wskoczyć na wyższy poziom. Tymczasem Duńczyk w dwóch turniejach nie wszedł do TOP 10, a jego jazda była pozbawiona iskry, jaką jeszcze rok temu prezentował choćby w Landshut.
Jeszcze gorzej wypada Jan Kvěch. Czech zasłynął tylko w kwalifikacjach GP Warszawy, pokonując Bartosza Zmarzlika i wygrywając sprint. Tyle że te błyski niczego nie znaczą, jeśli potem nie ma wyniku. W samych zawodach Czech zawiódł – i to podwójnie, bo jego obecność miała być ukłonem w stronę przyszłości i „rozwoju rynku żużlowego w Europie Środkowej”.
A Dudek? Gdyby nie jechał jako rezerwowy…
Na tle tego blamażu wyróżnia się Patryk Dudek, który wystąpił z dziką kartą jednorazową w Warszawie. Polak pojechał jak z nut – awansował do finału i stanął na podium. Gdyby nie fakt, że jechał „z łaski” jako gospodarz, nie byłoby go w cyklu. Absurd? Skandal? Raczej jedno i drugie.
Kto za to odpowiada?
W środowisku coraz głośniej mówi się o próbach wywierania nacisków przez polską stronę, która była wściekła na brak swoich reprezentantów wśród stałych uczestników. Padają sugestie, że działacze z Polski chcą doprowadzić do odsunięcia Armando Castagny, szefa komisji torowej FIM, który ich zdaniem firmował tę kompromitację. Czy to tylko plotki? Być może. Ale atmosfera wokół GP robi się coraz bardziej toksyczna, a zarzuty – coraz bardziej konkretne.
Ranking mówi sam za siebie
Po dwóch rundach klasyfikacja generalna nie pozostawia złudzeń:
Ostatnie cztery miejsca – z wyłączeniem pechowego Vaculika – należą do stałych dzikich kart. Huckenbeck, Doyle, Michelsen, Kvěch – wszyscy poniżej poziomu, wszyscy deklasowani przez etatowych uczestników i nawet rezerwowego Dudka.
Gdzie sens, gdzie logika?
Speedway Grand Prix to elita światowego żużla. Nie ma miejsca na eksperymenty, polityczne kalkulacje ani wymuszoną „równowagę geograficzną”. A jednak dokładnie to zrobiono. I dokładnie to dziś pogrąża prestiż cyklu.
Polacy ostrzegali – i mieli rację. Nominacje stałych dzikich kart były decyzją polityczną, nie sportową. I dziś widzimy tego efekty. Zawody tracą na jakości, emocje są tylko wśród tych, którzy rzeczywiście jeżdżą na światowym poziomie. A tło? Służy jedynie do zapełniania biegów.
Co dalej?
Jeśli promotorzy nie zaczną wyciągać wniosków i nie przestaną traktować Grand Prix jak narzędzia do eksperymentów, może się okazać, że nawet najwierniejsi kibice zaczną odwracać się od cyklu. Dla wielu to już nie walka najlepszych z najlepszymi – to pokaz uprzywilejowanych wyborów.
Pozostaje pytanie: czy ktoś jeszcze ma odwagę przyznać, że się pomylił?
Zdjęcie: publiczny FB Jana Kvecha






