System wynagradzania żużlowców w PGE Ekstralidze od lat budzi ogromne emocje, ale miniony sezon pokazał wyraźnie, że kluby coraz chętniej odchodzą od klasycznej „punktówki”. Coraz powszechniejszy staje się ryczałt za mecz, który pozwala przewidywać koszty, ograniczać finansowe ryzyko i lepiej zarządzać budżetem drużyny.

Jeszcze niedawno dominował model oparty niemal wyłącznie na stawkach za zdobywany punkt. Dziś coraz więcej liderów najlepszej ligi świata ma zagwarantowaną stałą kwotę za występ, niezależnie od liczby zdobytych punktów – choć oczywiście pod pewnymi warunkami.

Ryczałt zamiast punktówki

W minionym sezonie nie tylko Emil Sajfutdinow był opłacany ryczałtowo. Jak się okazuje, podobny system obowiązywał również w kontrakcie Artioma Łaguty. To wyraźny sygnał, że kluby – szczególnie te z czołówki – coraz częściej stawiają na przewidywalność i stabilność finansową.

W przypadku Sajfutdinowa model ten funkcjonuje w PGE Ekstralidze od lat. Nie jest tajemnicą, że po przekroczeniu 12 punktów w meczu Rosjanin bardzo często rezygnuje z ostatniego biegu, oddając miejsce młodszym kolegom. Tak było nie tylko w Toruniu, ale również wcześniej w Lesznie.

Nie jest to przypadek. Obecnie 12 punktów to próg, od którego zawodnik może liczyć na najwyższą stawkę ryczałtową, wynoszącą:

  • około 120 tysięcy złotych za mecz domowy,
  • nawet 140 tysięcy złotych za mecz wyjazdowy.

Więcej w jednym spotkaniu Sajfutdinow – niezależnie od liczby startów – zarobić już nie może.

Artiom Łaguta także na ryczałcie

Do grona zawodników rozliczanych w ten sposób dołączył również Artiom Łaguta. W jego przypadku stawka ryczałtowa wynosiła około 100 tysięcy złotych za mecz. Należy jednak zaznaczyć, że do tej kwoty dochodziły dodatkowe wpływy sponsorskie, co realnie podnosiło jego całkowite wynagrodzenie.

Co istotne, takie stawki wcale nie należały w sezonie do najwyższych w lidze. Paradoksalnie więcej mogli zarobić zawodnicy jeżdżący w klubach walczących o niższe cele.

Punktówka wciąż kusi w słabszych drużynach

Kluby z dolnej i środkowej części tabeli, mając mniej argumentów sportowych, nadal muszą rywalizować o nazwiska wysokimi stawkami za punkt. To właśnie tam obowiązywały najwyższe „punktówki” w całej lidze.

W sezonie 2025:

  • Jason Doyle mógł liczyć na 12 tysięcy złotych za punkt,
  • Anders Thomsen i Martin Vaculik inkasowali około 11 tysięcy złotych za punkt,
  • w przypadku Leona Madsena mówiło się nawet o 14 tysiącach złotych za każdy zdobyty punkt.

Najlepszym przykładem ryzyka, jakie niesie taki model, były dwa mecze Jasona Doyle’a. Australijczyk, mimo przeciętnego sezonu, wystawił po nich faktury na 240 i 270 tysięcy złotych. O ile drugi mecz – ze Stalą Gorzów – miał kluczowe znaczenie dla utrzymania Włókniarza, o tyle pierwszy był indywidualnym popisem we Wrocławiu i nie wpłynął na losy drużyny.

W obu przypadkach Doyle zarobił niemal dwukrotnie więcej niż standardowo inkasują gwiazdy ligi rozliczane ryczałtowo.

Dlaczego ryczałt się opłaca?

Z perspektywy klubów system ryczałtowy ma wiele zalet:

  • pozwala precyzyjnie zaplanować budżet meczowy,
  • eliminuje ryzyko wypłat gigantycznych kwot za mecze bez znaczenia sportowego,
  • ułatwia rotację składem i dawanie szans juniorom,
  • zmniejsza presję na liderów w już rozstrzygniętych spotkaniach.

Z kolei zawodnicy zyskują:

  • gwarancję wypłaty niezależnie od przebiegu meczu,
  • szybkie rozliczenia po spotkaniach,
  • większy spokój i stabilność,
  • możliwość walki o najwyższe cele sportowe w mocnych zespołach.

Trend, który będzie się pogłębiał

Choć ryczałt nie jest rozwiązaniem idealnym dla wszystkich, wszystko wskazuje na to, że w kolejnych latach będzie on coraz powszechniejszy – szczególnie w klubach walczących o medale. Punktówka pozostanie domeną drużyn szukających przewagi finansowej w walce o nazwiska, ale w czołówce ligi coraz wyraźniej wygrywa model stabilny i przewidywalny.

PGE Ekstraliga wchodzi tym samym w nową fazę nie tylko sportowo, ale i ekonomicznie. Obecnie, jeśli zawodnik może zarobić duże pieniądze (na podstawie podpisanego kontraktu) – to wykorzystuje to do maksimum. I to często w zaledwie cztery minuty jazdy.

Zdjęcie: Maciej Trubisz