Rynek transferowy w PGE Ekstralidze eksplodował. Żużel, dyscyplina od lat uznawana za niszową i raczej zwijającą się niż rozwijającą, notuje dziś rekordowe stawki za kontrakty. A wszystko to w kraju, który stanowi wyspę żużlowego dobrobytu na mapie świata. Polskie kluby płacą zawodnikom takie pieniądze, o jakich nie śni się ich kolegom z Anglii, Szwecji, czy Danii. Na transferowej giełdzie trwa bezpardonowa licytacja – i to nie zawsze z głową.

Polska żużlowa bańka: coraz mniej zawodów, coraz więcej pieniędzy

Podczas gdy liczba imprez żużlowych na świecie spada, a w wielu krajach mówi się o kryzysie dyscypliny, w Polsce mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – przynajmniej jeśli chodzi o finanse. PGE Ekstraliga to nie tylko najmocniejsza liga świata, ale również najbardziej absurdalnie przepłacana. Gdyby spojrzeć wyłącznie na zarobki, można by pomyśleć, że mamy do czynienia z piłką nożną, a nie sportem motorowym dla garstki fanów.

Zawodnicy o ugruntowanej pozycji żądają dziś 1,2 miliona złotych za sam podpis pod kontraktem oraz 12 tysięcy złotych za każdy zdobyty punkt. To kwoty, których nie chce już płacić nawet Stanisław Bieńkowski – miliarder i właściciel Grupy Boryszew, stojący za potęgą Stelmet Falubazu Zielona Góra. Mimo że zdołał on przekonać do przeprowadzki Dominika Kuberę, wciąż nie doszło do przedłużenia umowy z Przemysławem Pawlickim, którego wymagania uznano za przesadzone.

Pawliccy i Thomsen przeciągają linę

W centrum zainteresowania pozostaje trójka zawodników: bracia Piotr i Przemysław Pawliccy oraz Anders Thomsen. O ile forma Polaków w sezonie 2025 jest bardzo dobra, o tyle postawa Duńczyka budzi kontrowersje. Niemniej jednak – wszyscy trzej oczekują identycznych stawek. W praktyce oznacza to, że każdy z nich może kosztować klub blisko 3 miliony złotych za sezon.

Oni się nie spieszą. Czekają, aż ktoś pęknie pod presją czasu – mówi jeden z działaczy klubu Ekstraligi. – Problem polega na tym, że my już przekroczyliśmy zdrowe granice. A oni jeszcze dokładają nowe żądania.

Kluby podzielone: niektóre gotowe, inne wciąż w budowie

Najwięcej komfortu mają obecnie czołowe ośrodki. W Lublinie, Wrocławiu i Toruniu kadry na sezon 2026 są niemal zamknięte. Podobnie sytuacja wygląda w Zielonej Górze – Stelmet Falubaz potrzebuje już tylko jednego seniora, by domknąć układ sił wokół Madsena, Kubery, Hampela i najpewniej Keynana Rew.

Zupełnie inaczej wygląda to w Częstochowie, Rybniku i Gorzowie Wielkopolskim. Tam kadry są w rozsypce, a czas ucieka. W takich warunkach zawodnicy pokroju Pawlickich czują się jak rekiny w basenie z płotkami. Liczą na to, że działacze zdesperowani brakiem klasowych liderów ulegną ich żądaniom – nawet jeśli miałoby to oznaczać rozbicie klubowego budżetu.

Polska liga oderwana od realiów

Zarobki zawodników w PGE Ekstralidze są dziś nieporównywalne z żadnym innym rynkiem. W Szwecji czy Wielkiej Brytanii najlepsi żużlowcy nie zbliżają się nawet do jednej trzeciej polskich stawek. W Danii zawodnik klasy Pawlickiego mógłby liczyć co najwyżej na około 300–400 tysięcy złotych za sezon. Tymczasem w Polsce negocjacje zaczynają się od miliona za podpis i kończą dopiero przy siedmiocyfrowych sumach plus wysokie stawki za punkt.

Eksperci od dawna ostrzegają, że rynek zwariował. A przecież to nie rynek telewizyjnych miliardów – jak w piłce nożnej – tylko sport niszowy, w którym jedyne poważne pieniądze krążą właśnie w Polsce. Mimo to, niektóre kluby nie potrafią zachować rozsądku.

Wiele klubów żyje ponad stan, bo za wszelką cenę chcą zdobyć wynik tu i teraz. To krótkowzroczne myślenie – ostrzega jeden z byłych menedżerów Ekstraligi. – Pytanie nie brzmi „czy” ta bańka pęknie, ale „kiedy”.

Co dalej?

Transferowa giełda wchodzi w kluczową fazę. Decyzje podjęte w najbliższych tygodniach mogą wyznaczyć układ sił na cały sezon 2026. Zawodnicy zwlekają, licząc na eskalację ofert. Działacze kalkulują, gdzie jeszcze można dokleić zero do przelewu, a gdzie trzeba będzie odpuścić.

Czy któryś z klubów zdecyduje się rzucić wszystko na stół, by pozyskać gwiazdę za wszelką cenę? A może nastąpi zwrot w kierunku mniej oczywistych nazwisk i mądrzejszego zarządzania budżetem?

Jedno jest pewne – żużlowy rynek transferowy w Polsce bardziej przypomina dziś Wall Street niż tor żużlowy. A emocje dopiero się zaczynają.