To miało być złoto. Motoarena w Toruniu, polska publiczność, najlepsza kadra na świecie — wszystko układało się w narrację o triumfie, który miał potwierdzić naszą żużlową dominację. Tymczasem sobotni finał (4.10.br.) Speedway of Nations 2025 przyniósł coś zupełnie innego: rozczarowanie i niedosyt, które trudno zamaskować nawet błyszczącym srebrem.

Polacy zajęli drugie miejsce, przegrywając w decydującym wyścigu z Australijczykami 2:7 — dokładnie takim samym wynikiem, jakim wcześniej pokonali ich w fazie zasadniczej. Na toruńskim podium było więc trochę ciszej, trochę bardziej gorzko niż zwykle.


„Nigdy nie wypadliśmy lepiej w SoN, ale celowaliśmy w złoto”

Menadżer reprezentacji Polski, Rafał Dobrucki, nie próbował ukrywać emocji. W rozmowie z WP SportoweFakty mówił szczerze, bez wymówek i uników, że nasza reprezentacja walczyła o złoty medal:

„To prawda. Taki właśnie był nasz cel. Robiliśmy wszystko, żeby dopiąć swego. Musimy natomiast pamiętać, że o końcowym rozstrzygnięciu decyduje jeden wyścig, w którym może wydarzyć się wszystko. Z drugiej strony, nigdy nie wypadliśmy lepiej w SoN. Na pewno pozostał niedosyt. Myślę, że wykonaliśmy cel minimum, ale miarkowaliśmy w złote krążki i szkoda, że nie udało się ich wywalczyć.”

Zawody w Toruniu przebiegały po myśli Polaków aż do końcówki rundy zasadniczej. W półfinale pokonali Duńczyków 5:4 — przy czym kluczowy okazał się błąd i wykluczenie Leona Madsena. W finale jednak to Australijczycy znaleźli idealne ustawienia, a Polacy – jak mówi Dobrucki – „męczyli się” i nie potrafili odzyskać rytmu.


„Coś nam zaczęło uciekać dużo wcześniej niż w finale”

Trener kadry nie zrzuca winy na pojedynczy moment, a raczej na ciąg drobnych problemów, które pojawiły się wcześniej.

„Trudno ocenić to na gorąco. Coś nam zaczęło uciekać dużo wcześniej niż w finale. Przyjdzie czas, żeby wszystko w spokoju przeanalizować. Australijczycy znaleźli złoty środek dużo wcześniej. W finale jeszcze go wzmocnili. Męczyliśmy się jeszcze pod koniec rundy zasadniczej. Myślę, że to był nasz główny problem.”

To szczere i trafne podsumowanie. Bo choć toruńska Motoarena była dla nas „domowym” obiektem, zmienne warunki — deszcz, wilgoć, zmieniające się przyczepności — sprawiły, że to rywale lepiej reagowali na każdy kolejny bieg.


„Zawody toczyły się przy padającym deszczu i zaczęły nam uciekać”

Australijczycy zaczęli turniej słabo, ale z każdym biegiem nabierali prędkości. Dobrucki doskonale widział, jak różne ustawienia i taktyka wpływały na dynamikę rywalizacji:

„To jedno. Bardzo zmieniały się warunki, które wymuszały korekty zarówno u nas, jak i rywali. Nie dało się całych zawodów przejechać na jednym ustawieniu.”

W pewnym momencie – przyznaje trener – myślał o rotacjach w składzie.

„Oczywiście, że tak. Niemniej jechaliśmy zawody, które mogły się skończyć w każdej chwili. Regulamin przewidywał potencjalne zakończenie turnieju nawet po czternastym wyścigu. Wszystko, czego dokonalibyśmy dalej, wracałoby do wspomnianej czternastej odsłony. Wygrywaliśmy, więc dalej poszukiwaliśmy prędkości i poprawy startów. Zawody toczyły się przy padającym deszczu i zaczęły nam uciekać.”


Madsen wykluczony, emocje do końca

W półfinale Polacy pokonali Danię po dramatycznym biegu, zakończonym wykluczeniem Leona Madsena. Dobrucki nie miał wątpliwości co do decyzji sędziego, na temat tego czy wykluczenie Duńczyka było słuszne:

„Tak.”

Jedno krótkie słowo, ale mówiące wszystko. W tamtej chwili wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze po złoto. Niestety – jak to często bywa w żużlu – jeden wyścig potrafi przewrócić wszystko do góry nogami.


„To nadal medal, ale każdy czuje niedosyt”

Rafał Dobrucki nie szukał pocieszenia w statystykach. Choć srebro w SoN to najlepszy wynik Polaków po dwóch latach medalowej posuchy, to dla niego — i dla całej reprezentacji — drugie miejsce to wciąż porażka.

„Liczyliśmy na więcej. Nigdy nie wypadliśmy lepiej w tych zawodach. Czy można to uznać za pocieszenie? Nie sądzę. Każdy sportowiec w danej chwili odczuwałby niedosyt. Z drugiej strony należy cieszyć się z tego, gdzie jesteśmy. Mamy medal. Co prawda srebrny, ale to nadal medal.”

To słowa, które pokazują balans między sportową ambicją a świadomością realiów. Bo choć srebro nie świeci jak złoto, to nadal jest dowodem na to, że Polska wciąż należy do ścisłej światowej czołówki.


„SoN to nie jest dobre rozwiązanie”

Dobrucki nie ukrywa też swojego sceptycyzmu wobec samej formuły Speedway of Nations. Turniej miał ożywić żużel i wciągnąć do rywalizacji więcej krajów, ale – jak sam mówi – nie przyniósł oczekiwanych efektów.

„Wszyscy czuliśmy od początku, że SoN to nie jest dobre rozwiązanie. Miało to wywołać trochę szumu na świecie i sprawić, że więcej nacji zaangażuje się w uprawianie dyscypliny. Czy to się udało? Nie wiem, trudno powiedzieć. Frekwencja mnie zaskoczyła. Nie możemy powiedzieć, że zainteresowanie było duże.”

I trudno się z nim nie zgodzić. Motoarena świeciła pustkami – bilety były drogie, a pogoda fatalna. Kibice, którzy jednak przyszli, nie zobaczyli triumfu, na który tak bardzo liczyli.


„Mam ważną umowę z Polskim Związkiem Motorowym”

Na koniec trener odniósł się do swojej przyszłości. Krótko, rzeczowo, bez sensacji:

„Mam ważną umowę z Polskim Związkiem Motorowym. Tyle mogę powiedzieć.”

To sygnał, że Rafał Dobrucki pozostaje na stanowisku i nie zamierza uciekać od odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – chce analizować, poprawiać i wrócić w przyszłym sezonie silniejszy.


Srebro, które nie cieszy – ale może budować

To była bolesna lekcja, ale też ważny sprawdzian. Polska reprezentacja żużlowa wciąż ma potencjał, by sięgnąć po najwyższe cele, jednak finał w Toruniu pokazał, że w Speedway of Nations o wszystkim decydują detale – a czasem po prostu odrobina szczęścia.

Dobrucki i jego drużyna nie przegrali z braku ambicji. Przegrali z okolicznościami, które tego dnia bardziej sprzyjały Australijczykom. Ale z takich porażek rodzi się głód – a ten może być najlepszym napędem przed przyszłorocznym Drużynowym Pucharem Świata na PGE Narodowym.