Zapraszamy na kolejny felieton Przemysława Sierakowskiego ( https://www.facebook.com/photo/?fbid=122168738150263907&set=pcb.122168737658263907 )
Żużel bankrutuje. Ściśle – rodzima szlaka stoi na finansowej krawędzi. Praktycznie każdy dzień przynosi nowe, dramatyczne, wręcz Hiobowe wieści z kolejnych ośrodków. Rzecz dotyczy w największym kwotowo wymiarze możnych, ale też w zdecydowanie mniej „medialnej” wysokości, acz jednakowo doskwierającej, tych maluczkich z KLŻ. Nie wierzę, że nagle Gorzów nazbierał 4,5 miliona. Nie nazbierał lecz pożyczył. Tarnów czy Gniezno takoż pochwaliły się spłatą długów w ostatnim momencie. Czyżby? A może to tylko kwestia podpisanych porozumień i przesunięcia terminów? W to akurat skłonny jestem bardziej uwierzyć. Tylko co potem? Co za rok, dwa? Wówczas nie zasypiesz dziury przyszłymi przychodami albo też odroczeniem egzekucji. Dojdziesz zwyczajnie do ściany. Dlaczego tak się dzieje? To złożone. Nie dzieląc włosa na czworo – gdyby każdy prezes wydawał ile ma – problem przestałby istnieć. Czemuż więc żyją ponad stan? Ano generalnie z dwóch powodów. Po pierwsze sportowa degradacja na niższy szczebel, to taczki przed bramą (zazwyczaj). Presja spadku powoduje nieobliczalne i zupełnie oderwane podejście do finansów zarządzanego klubu. Po wtóre – nic nie grozi prezesowi (w sensie prawnym) jeśli zadłuży stowarzyszenie (na niższym szczeblu), bądź SSA na poziomie najwyższym. Nie odpowiada własnym majątkiem za nic. Ani prezes, ani też właściciel podmiotu. Mówimy przy tym o praktyce. Wróćmy więc do fundamentów.
Otóż by działalność spółki miała jasne ramy jej struktura właścicielska takoż powinna być jasna i przejrzysta. Przede wszystkim zatem udziałowcy. Albo to jest jeden właściciel posiadający 100% akcji i to on decyduje, zatrudnia, ale też odpowiada własnym majątkiem. Jeśli przedobrzy – ginie. Jeżeli sam zbankrutuje – ciągnie za sobą klub, chyba że zdoła odsprzedać pakiet kontrolny, pierwej pozyskując zewnętrznego inwestora. Albo to kilku akcjonariuszy dzieli pulę między sobą, przy tym ustalając proporcje, czyli de facto decydując kto będzie miał głos wiodący. Jak jest w praktyce? Bardzo różnie. Bywa podręcznikowo, ale bywa też „zagmatwanie”. Czasem niemal patologicznie. Są miejsca na żużlowej mapie Polski gdzie właścicielem spółki jest… stowarzyszenie. Zbierasz 15 słupów bez majątku własnego i masz. Oni wybierają Radę Nadzorczą spółki, a ta powołuje jej prezesa. Co kuriozalne – prezesem spółki zostaje prezes… stowarzyszenia. Żem fantasta? Możecie mi wierzyć, to przykład z życia. Kto więc odpowiada za finanse żużlowego państwa? Otóż 15 często przypadkowych osób, których nieszczęście polega na tym, że na bazie miłości do klubu, zgodziły się zostać członkami stowarzyszenia. W praktyce zaś – nikt nie odpowiada za zobowiązania, ogromne, często wielomilionowe – spółki. Nikt też nie kontroluje tak naprawdę poczynań „pana i władcy” na włościach. W zestawieniu z bezkarnością niegospodarnego wodza – mamy pole do nadużyć i patologii.
Może być także inaczej. Teoretycznie wedle prawideł sztuki, acz… niekoniecznie. Wystarczy, iż 100% albo to pakiet większościowy akcji SSA obejmie… samorząd. Wówczas wszyscy mieszkańcy, chcąc nie chcąc, składają się na finansowanie rozrywki. Pół biedy jeśli nadzór właścicielski działa prawidłowo. Ale w przypadku samorządów, personalna odpowiedzialność za potencjalne zadłużenie czy wręcz bankructwo, takoż pozostaje iluzoryczna. Teoretycznie możliwa, w praktyce niestosowana. Jeżeli więc samorząd ustala nieprzekraczalną pulę pieniędzy z własnych zasobów (budżetu), desygnuje i opłaca Radę Nadzorczą SSA, a ta powołuje prezesa – to ów winien dbać by pulę przekroczyć tylko w przypadku pozyskania zewnętrznych źródeł finansowania najwyżej do ich wysokości. Gorzej, gdy klub traktuje budżet miasta jak bankomat. Owszem. Uzgodniono jakąś kwotę, ale ta okazała się niedoszacowana, zatem po rozliczeniu roku właściciel (samorząd) zmuszony jest ponownie sięgnąć głębiej do kieszeni i ze wspólnego trzosika zasypać dziurę. To stosowane w kilku miejscach „rozwiązanie” coraz mniej podoba się radnym, a dyskusje stają się gorętsze i częste. Nie tylko w żużlu zresztą.
Przypadek najniższej ligi i stowarzyszeń to już zupełne El Dorado. Nie wyda? Zdejmujemy szyld zawieszamy inny i po pauzie jedziemy od nowa. Wierzyciele mogą się odwołać… przez okno. Obiekt zwykle miejski, własnego majątku co kot napłakał – znacznie mniej niż kwota zobowiązań, zaś o braku precedensu z odpowiedzialnością imienną (karną) zarządu pisałem wyżej.
Konkludując. Rozsądnie i realnie jeśli klub wydaje najwyżej tyle ile zgromadził. I są takie ośrodki. Zaryzykował prezes Rusiecki z Leszna nie uczestnicząc w wyścigu szczurów. Nie licytował, na pewno nie przelicytował i… zapłacił degradacją. Szkoda, bo spadek burzy nieco pozytywne przesłanie płynące z takiej postawy. Tylko w Lesznie struktura właścicielska jest oczywista. Każdy z udziałowców prowadzi też własny biznes. Wiedzą czym kończy się pomroczność jasna w zakresie finansów (także z własnej historii). Wrocław czy Lublin to (chwilowo?) sportowe Galacticos. Tam środki są, nawet w nadmiarze. Skoro więc stać ich na to – inwestują. Nie przekraczając przy tym naturalnie posiadanego budżetu. Co prawda podnoszą uposażenia gwiazd, przy okazji pośrednio powodując eskalację żądań pozostałych, to jednak skutek uboczny „potęgi”. Sprytnie zawirowania wykorzystał Witold Skrzydlewski. Nie bije się o awans, a że grajków na bezrobociu zostało ponad vacaty, zaś konkurencja niekoniecznie imponuje bicepsami – upublicznił niewielkie relatywnie stawki jakie oferuje i… łatwo zebrał ekipę. Być może na miarę utrzymania statusu ligowego. Tam jednak również właściciel jest jeden i wykłada swoje dukaty. Tyle tylko, że Skrzydlewski miał nieco łatwiejsze zadanie. W Ekstralipie żeby nie podzielić losu Leszna potrzebujesz ze dwóch przynajmniej grajków gwarantujących wysokie zdobycze. A tych deficyt. Ściganci bezceremonialnie wykorzystują okazje, bo każdy z nas tak by postąpił. A prezesi? Z wyjątkiem Byków – licytowali. Niektórzy (najdelikatniej) zbyt ostro.
Czy zatem istnieje łatwy sposób posprzątania żużlowej stajni Augiasza, zresetowania i rozpoczęcia na nowo? Niestety – nie istnieje. Nie masz idealnego systemu, czy rozwiązania, które pozwoliłyby skutecznie zarządzać, a przy tym na bieżąco kontrolować zapędy nieodpowiedzialnych. No i nie jestem przekonany, czy nawet gdyby teoretycznie taki cudowny sposób istniał – miałby sens. Szczególnie w kontekście nielicznych, dobrze prowadzonych, bez wtrętów patologicznych. Mieliby otrzymać kolejną karę za zdrowy rozsądek? No bo jednemu już się takowa przytrafiła. Degradacja. I tak zupełnie na marginesie. A może pora by zainteresować bałaganem towarzysza ministra? Nie wierzę co prawda w skuteczność resortu, ale trochę strachu i zamieszania już mogłoby mieć zbawienny wpływ na finanse i zarządzanie nimi w żużlu. Nic jednak nie zastąpi najprostszej zasady. Wydawaj nie więcej niż posiadasz. Żadnego deficytu. A co z presją degradacji? Uważam, że pomocnym byłoby poszerzenie Ekstraligi do 10 a najlepiej 12 zespołów, z jednoczesną likwidacją trzeciego szczebla. Najbiedniejszym zaś ośrodkom zafundowałbym zmodyfikowaną ligę U24. Przecież potentaci i tak „muszą” i nie wolno im wydać pieniędzy na inne cele – zatem… .
Przemysław Sierakowski
Fot.ilustracyjne – publiczny FB
#sport#speedway#speedwaygp#sgp#FIM#PZM#ekstraliga#pgeekstraliga#zuzel#motosport#motorsport






