Maciej Janowski w tym sezonie osiągnął największy sukces w swojej karierze i zdobył brązowy medal indywidualnych mistrzostw świata. Po sukcesie na stronie www.redbull.com opublikowano wywiad Tomasza Dryły z wychowankiem wrocławskiej Sparty. Dziś prezentujemy pierwszą część rozmowy trzeciego zawodnika świata.

Po sukcesie w Toruniu Janowski powiedział:
Wsiadłem do samochodu z przyjacielem i ruszyliśmy do Wrocławia. Nie tylko zawody, ale ostatnie trzy tygodnie przed SGP były dla mnie bardzo obciążające, fizycznie i emocjonalnie. Czułem się po prostu mega zmęczony. Ruszyliśmy, rozmawialiśmy, włączyliśmy fajną muzykę, a telefon odłożyłem na bok. Widziałem, że ciągle się świecił, ale nie miałem sił, by wtedy się tym zajmować. A w domu, to wiadomo – dziewczyna, rodzina, radość, rozmowy itd. Jednak bardzo dziękuję za wszystkie wiadomości. To miłe i ogromnie to doceniam, dlatego po paru dniach odpisałem na wszystkie.

Tomasz Dryła wspomniał o triumfie Magica podczas SGP we Wrocławiu podczas pandemii. Wówczas wokół kapitana nie było tłumów a sam bohater przyznał, że takie spokojne intymne świętowanie bardzo mu się podobało. To jest taki sposób na przeżywanie sukcesów?:
Wiesz co, po części może tak. Ja generalnie taki jestem. Wyjeżdżając ze stadionu, preferuję spokój, wyciszam się i szukam oddechu. Dużo rzeczy analizuję wtedy sam, przerabiam w głowie mnóstwo myśli. I tu nie ma nawet wielkiego znaczenia, czy poszło mi dobrze, czy źle. Sukces, oczywiście, jest miły, ale nie wpadam w żadne euforyczne stany. Cieszę się raczej świadomością, że właściwie się przygotowałem i dobrze wykonałem swoje zadanie. To pomaga. Uświadamiam sobie, po co były te wszystkie nerwy, pot wylany na treningach, przygotowania, nieprzespane noce itd. Kiedyś na pewno byłem inny, ale od paru lat wolę na spokojnie ładować akumulatory do kolejnych wyzwań. Wiele spraw zmienia się z wiekiem i nabytym doświadczeniem.

Na pytanie o to jak cienka jest granica między żużlowym rozczarowaniem, a wielkim sportowym szczęściem, kapitan Sparty stwierdził:
Bardzo, bardzo cienka. Trybów w maszynie, jaką stanowi team żużlowy, jest mnóstwo i żeby ta maszyna wygrywała, wszystkie muszą pracować perfekcyjnie. Każdy sportowiec pewnie sam narzuca sobie wielkie oczekiwania. Ja mam tak samo, bo po prostu chcę wygrywać. Jak najczęściej i jak najwięcej. A czasem o zwycięstwie, bądź porażce, decydują niuanse, ułamki sekund… Ciężko trenuję, pilnuję wszystkiego wokół, daje z siebie absolutne maksimum, ale to nadal nie gwarantuje sukcesu. Z drugiej strony wiem, że zrobiłem wszystko, by móc o niego walczyć na całego. A na torze i tak wszystko rozstrzyga się w mgnieniu oka. Dlatego ta granica jest tak nikła. Zobacz, jechałem do Torunia niepewny utrzymania w cyklu SGP, a wróciłem z medalem indywidualnych mistrzostw świata. Speedway to jest emocjonalny rollercoaster.

A tak najważniejsze zawody w swoim życiu podsumował Maciej Janowski:
Toruńska runda pod wieloma względami była wyjątkowa i pod tym kątem także. Przed turniejem wszystko przebiegało ustalonym rytmem. Przyjechałem po wielu treningach, bardzo skupiony i zmotywowany do walki. Motocykle były świetnie przygotowane, co potwierdziły poranne eliminacje. Wiedziałem, że chcąc się utrzymać w cyklu, muszę wjechać do finału i na tym się koncentrowałem. Wydawało się, że wejdziemy do swojego boksu i do końca turnieju, jak zwykle, będziemy zajmować się tylko sobą. Ale faktycznie, w trakcie zawodów zorientowaliśmy się, że Brytyjczykom (Robert Lambert i Daniel Bewley – przyp. redakcji) i Patrykowi Dudkowi nie idzie i otwiera się szansa medalowa. Wiedziałem, że w generalce był ścisk, ale nie miałem świadomości, jakie konkretnie wyniki dają wymarzony rezultat, więc nadal starałem się skupić na swojej robocie. Trzymałem się swojego celu, chciałem za wszelką cenę awansować do finału.
A tu historia była niebywała. Wyjechałem do wyścigu półfinałowego i poczułem, że przednia opona ociera się o błotnik. Błyskawicznie podjechałem do chłopaków i okazało się, że zeszło powietrze z amortyzatora. Nigdy w życiu nie miałem takiego defektu. Greg Hancock, który ścigał się kilkadziesiąt lat i jeździł na tych samych amortyzatorach, też nigdy nie miał takiej sytuacji. Rozumiesz, nigdy! Musiałem w ostatniej chwili zmienić motocykl. Na szczęście zespół pracował perfekcyjnie i drugi sprzęt był przy każdym moim wyjeździe w pełnej gotowości. Zmiany w ustawieniach chłopaki przenosili w trakcie zawodów także na ten drugi motor. No i wyjechałem. Wyścig był mega ciężki i myślę, że podobał się kibicom. Sprzęt był super, mogłem odważnie zaatakować i awansować do tego upragnionego finału. A co jest najdziwniejsze?
Że w finale wróciłem na ten pierwszy motocykl. W trakcie wyścigu pękła regulacja sprzęgła i straciłem całkowicie luz! Jechałem na ciągnącym sprzęgle i w ogóle się nie rozpędzałem. Gdyby nie ten pierwszy w historii defekt amortyzatora, w najważniejszym wyścigu w karierze wystartowałbym na motocyklu, który nie nadawał się do jazdy. Nie rozmawialibyśmy teraz o medalu, tylko wspominali zakończony na jakiś czas rozdział mojego życia pod tytułem „jak wspominam starty w Speedway Grand Prix”…

Całą tę sytuację Magic tłumaczy następująco:
To coś bardzo dziwnego i szczególnego. Splot zdarzeń, który finalnie doprowadził mnie do podium w mistrzostwach świata, był nieprawdopodobny. Cóż, myślę, że tak po prostu musiało być. Jakaś dobra energia z góry czuwała nade mną. Wiele rzeczy sobie przemyślałem jeszcze przed zawodami, sam wewnętrznie zaakceptowałem wszystkie możliwe scenariusze. Czułem duży spokój i poszło. To wspaniałe uczucie.

Na koniec Magic stwierdził co czuje po swoim największym sukcesie:
Na pewno jest przyjemnie, ale szczęśliwy byłem już wcześniej. Cieszę się, że spełniłem wielkie marzenie mojego teamu, najbliższych i tysięcy kibiców. To sprawia mi największą satysfakcję.

Zdjęcie: media społecznościowe Macieja Janowskiego