Nieodłączną częścią każdych zawodów jest postać spikera. Dziś mamy dla Państwa wywiad z postacią pod tym względem wyjątkową dla śląskiego żużla. Lucjan Parzonka był przez wiele lat spikerem na kilku stadionach żużlowych w tymże regionie Polski.

Zapraszamy Państwa do lektury wywiadu z Panem Lucjanem.

Paweł Wittchen: Był Pan spikerem na kilku śląskich stadionach żużlowych. Proszę przypomnieć na których i w jakich latach.
Lucjan Parzonka: Spikerem zostałem przez przypadek…Miałem 18 lat, chciałem zostać sędzią żużlowym, ale na przeszkodzie stanął język obcy, bowiem „moim” FIMowskim był francuski, a preferowano angielski. Na pierwszym seminarium kandydatów na arbitrów udało mi się uzyskać wynik z wyróżnieniem. W gronie kandydatów byli Marek Wojaczek, Jurek Najwer, czy Wojciech Grodzki. Trochę ciasno było, a Śląsk Świętochłowice nie miał mocy mnie przepchnąć i.. wiosną zostałem spikerem, żeby być bliżej żużla niż zwykły kibic. Zadebiutowałem od razu pod opieką Janusza Wróbla na meczu w Rybniku. Później praca spikera na,,Skałce”, epizody na ,,Slavii” w Rudzie Śląskiej, na ,,Śląskim” w Chorzowie, i jeszcze jeden mecz w Częstochowie. Od 1986 do 2002 posiadałem licencję PZM.

PW: W ilu mniej więcej zawodach prowadził Pan łącznie „spikerkę”? Jest Pan w stanie to oszacować?
LP: Przez 15 lat uzbierało się ponad 200 imprez za mikrofonem. Niestety większość programów zawodów, które zbierałem zaginęła podobnie jak niebieska książeczka czyli regulamin zawodów żużlowych PZM – biały kruk.

PW: Jak wspomina Pan żużel z tamtych lat?
LP: Żużel był inny… Nie da się tego porównać do tego co dzisiaj. W pamięci zawsze zostanie dźwięk Weslake czy Goddena i zapach spalonego oleju… Emocje były wtedy i są dziś, zawodnicy teraz to profesjonaliści w każdym calu. Kiedyś chłopaki nie mieli takich możliwości, ale poświęceniem i talentem potrafili dać igrzyska kibicom. Nie da się tego porównać.. Żużel był i jest fajnym sportem, choć niszowym.

PW: Jan Ciszewski, kochany przez miliony fanów sportu znany był także z kilku przejęzyczeń. Czy i Panu zdarzały się jakieś „gafy”? Jeśli tak to proszę podzielić się z czytelnikami choć jedną taką sytuacją.
LP: Mam jak się to określa – dar swobody mikrofonu, chociaż warunki techniczne były podłe. Na Skałce przez wiele lat mikrofon nie miał wyłącznika, do wyciszenia służyła …szmatka którą owijano mikrofon. Parę razy było blisko, aby publiczność usłyszała coś kwiecistego. Ale na początku przygody z „sitkiem”, koleżanki w liceum, po meczu miały ubaw bo palnąłem że ,,teraz będzie lanie toru”

PW: Czy przyjaźnił się Pan z jakimiś żużlowcami?
LP: Przy żużlu byłem blisko od dziecka. Poznałem wielu wspaniałych zawodników i ludzi pracujących wokół zawodów żużlowych – sędziów, funkcyjnych, tzw. działaczy. Być „na ty” z ś.p. Wiktorem i Pawłem Waloszkami to jest coś prawda? O Erwinie Brabaińskim, ś.p.. Krystianie Foltynie też mogę mówić jak o kolegach, mimo sporej różnicy wieku. Krzysia Basa, Antka Bielicę, ś.p. Andrzeja Kułagę woziłem do ślubu… Znam się z wieloma ludźmi żużla w całym kraju i za granicą też. To była fajna przygoda.

PW: Czy któreś z prowadzonych przez Pana zawodów szczególnie utkwiły Panu w pamięci?
LP: Cóż… parę fajnych zawodów było. Ale wspomnę o meczu ,który przeszedł do historii Śląska Świętochłowice z powodu wygrania derbów z ROWem Rybnik. Wówczas bodajże pierwszy raz Śląsk wygrał na wyjeździe i w domu. Była zgoda władz i poprowadziłem ten mecz w gwarze jako że to śląskie derby. Widzom podobało się bardzo, bo pogodać w szkołach, urzędach i w pracy za bardzo nie mogli, a tu z głośników niespodziewanie swojskie klimaty. Niestety dla mnie ,nie spodobało się to prezesowi…Śląska pułkownikowi Wojska Polskiego. Pewnie mało co zrozumiał. No i następnego meczu nie komentowałem, ale widownia i wiceprezes Robert Nawrocki nie dali za wygraną i przywrócono mi mikrofon. Tak między innymi przez pisemną petycję fanów z…Dąbrowy Górniczej spiker został, a..prezesa jak przyniesiono – tak wyniesiono..

PW: Na zawody na Górny Śląsk dojeżdżał Pan aż z Kępna (obecnie województwo wielkopolskie). Jak Pan wspomina te dojazdy?
LP: Z dojazdami jest jak z pytaniem o żużel. Droga ta sama, a jednak wszystko jest inne. Kiedyś 150 km w jedną stronę ,,maluchem” – 1h 45min, dziś i 250 koni pod maską nie pozwoli zbliżyć się do rekordu. Najgorzej było gdy pogoda nie pozwoliła rozegrać zawodów, bo i czas stracony i pieniądze wyrzucone. Ale pieniądze nie były najważniejsze, ryczałt za spikerkę rzadko pokrywał należność za paliwo.Cóż pasja nie ma ceny…

PW: Dziękuję za wywiad.
LP: Dziękuję