No i stało się! Po północy otworzyło się długo wyczekiwane okienko transferowe w polskich ligach żużlowych. Karuzela transferowa w końcu mogła ruszyć i z każdym dniem nabierać rozpędu… Ale zaraz, zaraz…

Tak długo oczekiwana możliwość zmian klubowych dopiero się rozpoczęła, a wszyscy związani z polskim żużlem wiedzą już wszystko, upss… prawie wszystko.

Dobrą tradycją – jak np. w ubiegłym roku w przypadku Artema Łaguty, stało się, że szanujący się zawodnicy już w połowie sezonu wiedzą, gdzie będą występować w następnym sezonie. Niektórzy o swoich zamiarach zmiany pracodawcy lojalnie informują swoich przełożonych, co w konsekwencji tym uczciwym żużlowcom nie zawsze się opłaca. Inni o podjętej decyzji zmiany otoczenia nie mówią głośno, choć i tak zorientowani wiedzą co w trawie piszczy.

Wśród zawodników są też tacy, którzy wiedzą, że chcą zmienić klub, ale w zasadzie wszystkim potencjalnym zainteresowanym mówią tak, by w końcu podjąć decyzję zaskakującą dla samego siebie…

I tak latami trwa neverending story dotycząca otwierającego się zazwyczaj 1 listopada okienka transferowego. W zasadzie kluby w różnych odstępach czasowych oficjalnie będą informować o pozyskanych zawodnikach, rzadziej o odejściach z klubu. Za to obecnie portale okołosportowe wszelkiej maści mają „swoje pięć minut”.

Od lat polski rynek żużlowy jest zabetonowany. Zazwyczaj największe ruchy w kadrze zawodniczej dotyczą klubu, który opuszcza szeregi ekstraligi żużlowej i drużyny, która doń awansowała, choć nie zawsze jest to regułą. Bardzo ciężko w takiej sytuacji ma beniaminek PGE Ekstraligi, który w zasadzie nie ma kim wzmocnić swojego składu. Do wyboru ma między dżumą a cholerą.

Ciekawe jak długo w Polsce będzie trwała fikcja związana z oknem transferowym? Czy nie prościej byłoby wzorem innych dyscyplin sportowych kilka razy w roku otwierać okienka transferowe? Kwestią do ustalenia pozostałaby możliwość rozpoczęcia przez zawodnika negocjacji z innym klubem jeszcze podczas trwania bieżącego kontraktu.

W polskiej lidze żużlowej częstym przypadkiem jest podpisywanie rocznych kontraktów. Może dobrym wyjściem z sytuacji byłoby np. ustalenie, iż zawodnik, który ma roczny kontrakt może rozpocząć negocjacje z nowym klubem po zakończeniu umowy w dotychczasowym miejscu pracy. A zawodnik mający kontrakt z klubem na dwa lata i dłużej, mógłby rozpocząć negocjacje ze swoim obecnym klubem pół roku przed końcem umowy, a z kolejnymi drużynami np. trzy miesiące przed końcem kontraktu, w przypadku gdy nie dojdzie do porozumienia w swoim miejscu pracy.

Tylko czy działacze żużlowi potrafiliby dostosować się do nowych reguł gry i nie czyniliby podchodów pod zawodnika, którego sobie upatrzą wcześniej niż zezwalają na to przepisy? Osobiście nie wierzymy w taką dyscyplinę zarządzających klubami żużlowymi w Polsce.

Obecnie mamy tak jak mamy. Na sytuację dotyczącą rynku transferowego kluby i działacze pracowali latami.

Zwrócił na to uwagę prezes Włókniarza Częstochowa Michał Świącik. Dotyczy to oczywiście Bartłomieja Kowalskiego, którego kilka klubów z Apatorem, GKM-em oraz Stalą Gorzów chciało „sprzątnąć sprzed nosa” ostatecznemu, jak już to „wszędzie” odtrąbiono zwycięzcy, Sparcie Wrocław. Kowalski zdążył nawet zapozować w stroju klubu, który bardzo chciał pozyskać tego juniora. Swój post Świącik rozpoczął słowami: A ja myślałem, że obowiązują jakieś zasady. Rozumiem zamienić kilka słów i się jakoś umówić, ale na pewno zakładanie odzieży innego klubu w czasie, kiedy ma się ważny kontrakt z dotychczasowym klubem nie jest standardem. A już na pewno nie pozowanie w obcych barwach klubowych do zdjęcia z prezesem innego klubu w czasie ważnego kontraktu.

Młody zawodnik zrobił, jak zrobił. Pewno prezes klubu znad Warty nalegał na takie zdjęcie, bo przecież jak to dobrze pochwalić się taką fotką w mediach społecznościowych, gdy sprzątnęło się zawodnika innym sprzed nosa. Jesteśmy w 100% przekonani, że gdyby Bartłomiej Kowalski nie zmienił zdania, to fotka w stroju klubowym Stali Gorzów na tablicach u wielu osób pojawiłaby się dopiero 1 listopada. Ot, taka polska świecka tradycja… Nie ma go u nas, przecież coś na niego jest…

Jakże doskonale pasują słowa Wielkiego Szu z filmu Sylwestra Chęcińskiego „Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy. Jak widzę nie masz do mnie pretensji”. Ale czy o to chodzi w sportowej rywalizacji?

Miejmy nadzieję, że profesjonalna liga żużlowa będzie taka również w temacie transferów i podejścia działczy klubowych wraz z zawodnikami. By nie było już takich przypadków, gdy na dzień przed otwarciem okienka transferowego publikowane są składy drużyn na nowy sezon…

A teraz zapraszamy Państwa na niesamowity spektakl pt Speedway fiction! Show must go on!

Zdjęcie autor tekstu