Niedzielne derby z 22 czerwca br. województwa kujawsko-pomorskiego pomiędzy Bayersystem GKM Grudziądz a Pres Grupą Deweloperską Toruń przeszły do historii nie tylko ze względu na emocje sportowe, ale również z powodu incydentu, który na kilka minut sparaliżował przebieg zawodów. Rzucone z sektora gości petardy zakłóciły bieg 12. meczu, a jedna z nich niemal doprowadziła do ogłoszenia walkowera.
Petarda rzucona z sektora kibiców z Torunia
Wszystko wydarzyło się tuż przed 12. biegiem. Wówczas na murawę w okolicach toru spadła petarda hukowa, która – jak się później okazało – ogłuszyła pracującego na stanowisku wirażowego. Mężczyzna nie był w stanie kontynuować swoich obowiązków i musiał udać się do lekarza. Mecz został przerwany na kilkanaście minut, a sytuacja wywołała sporo emocji wśród zawodników, działaczy i kibiców.
– To była bardzo niebezpieczna sytuacja. Wirażowy był wyraźnie zdezorientowany, nie słyszał komend i musiał zejść z toru. Został natychmiast przebadany – relacjonuje osoba z obsługi technicznej zawodów.
Ostatecznie wirażowy wrócił na swoje stanowisko, a zawody wznowiono. Gdyby jednak nie było takiej możliwości – mogłoby dojść do najbardziej drastycznej formy sankcji, czyli walkowera na korzyść gospodarzy.
Prezes GKM: „Wyjaśniałem tylko, kto rzucił petardy”
Kamery telewizji Canal+ uchwyciły, jak prezes GKM-u Grudziądz, Marcin Murawski, tuż po incydencie chwyta za telefon. W rozmowie z portalem PoBandzie wyjaśnił, że nie dzwonił w sprawie domagania się walkowera, ale w celu ustalenia źródła incydentu.
– Przedstawiciele klubu z Torunia przyszli do mnie z informacją, że petardy zostały rzucone spoza stadionu. Ustalałem to z kierownikiem ochrony na podstawie monitoringu. Potwierdziło się, że petardy poleciały z sektora gości – tłumaczył Murawski.
Niektóre głosy wśród kibiców GKM-u sugerowały, że klub powinien domagać się walkowera, zwłaszcza że ich zespół przegrywał wówczas 30:36, a ostatecznie uległ 44:46, tracąc szansę na zwycięstwo w tak prestiżowym spotkaniu.
Czy walkower był możliwy?
Regulamin rozgrywek PGE Ekstraligi przewiduje walkower, jeśli mecz nie zostanie wznowiony w ciągu 30 minut, a przyczyną przerwy jest działanie osób związanych z jednym z klubów – w tym kibiców. Prezes GKM-u wyjaśnia, że taka opcja była teoretycznie możliwa.
– Gdyby wirażowy nie wrócił do pracy, mogłoby dojść do walkowera na naszą korzyść. Jednak nie było zagrożenia, bo każda osoba funkcyjna ma zastępstwo. Spotkanie musi zostać wznowione w ciągu pół godziny – zaznaczył Murawski.
Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja była skandaliczna. Pirotechnika, petardy, wyzwiska i agresja słowna – wszystko to nie przystoi wydarzeniu o randze ligowego klasyku. To już kolejna taka sytuacja z udziałem kibiców z Torunia na stadionie w Grudziądzu.
Kibice, pełny stadion i… niedosyt
Na meczu był komplet publiczności – kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania klub GKM ogłosił sold out. To druga taka sytuacja w tym sezonie. Zainteresowanie żużlem w Grudziądzu rośnie, ale stadion przy ul. Hallera powoli przestaje spełniać swoje funkcje.
– Zainteresowanie jest ogromne. Kilka tysięcy kibiców nie dostało się na stadion. Musimy wrócić do rozmów z miastem o jego rozbudowie. Żużel to dziś największa sportowa marka Grudziądza – podkreślał Murawski.
Ekstraliga nie odpuści: wysokie kary za pirotechnikę dla klubów z Grudziądza i Torunia
Komisja PGE Ekstraligi analizująca incydenty związane z bezpieczeństwem na stadionach ma teraz pełne ręce roboty. Wszystko za sprawą niedzielnego meczu w Grudziądzu pomiędzy Bayersystem GKM-em a PRES Grupą Deweloperską Toruń, który przerodził się w niechlubne widowisko z udziałem pseudokibiców. O ile sportowe emocje stały na wysokim poziomie, o tyle to, co działo się poza torem, budzi poważny niepokój i może mieć kosztowne konsekwencje.
Grożą im dziesiątki tysięcy złotych kar
Przedstawiciele PGE Ekstraligi nie ukrywają, że skala naruszeń przepisów była tym razem wyjątkowa. – Komisja, która analizuje nieprawidłowości, będzie miała sporo pracy. Oba kluby mogą spodziewać się kar – przyznają działacze.
Za wrzucenie na tor przedmiotu torunianom grozi kara finansowa w wysokości od 2 do 10 tysięcy złotych. Dodatkowo zarówno PRES Grupa Deweloperska Toruń, jak i Bayersystem GKM Grudziądz muszą liczyć się z kolejnymi grzywnami – od 5 do nawet 50 tysięcy złotych – za naruszenie zasad bezpieczeństwa imprezy masowej.
Wszystko wskazuje na to, że Ekstraliga nie zamierza ograniczyć się do symbolicznego upomnienia. Kary mają być nie tylko dotkliwe, ale i odstraszające, by podobne sceny nie miały więcej miejsca na żużlowych stadionach.
Torunianie sabotowani przez swoich kibiców
Najgorszy obraz po meczu pozostawili po sobie kibice z Torunia. W momencie, gdy ich drużyna prowadziła sześcioma punktami i kontrolowała przebieg spotkania, z sektora gości na tor poleciały petardy hukowe. Jedna z nich wybuchła tuż pod nogami wirażowego, który został ogłuszony i musiał skorzystać z pomocy lekarskiej. Przerwa w zawodach trwała kilkanaście minut.
– Kibice bardzo nam przeszkodzili. Ze względu na przerwę tor zdążył przeschnąć, a my mieliśmy przygotowany sprzęt pod inną nawierzchnię – komentował po meczu wyraźnie poirytowany trener torunian Piotr Baron. – Niektóre zachowania kibiców nie są godne tej dyscypliny – dodał.
Przerwa nie tylko wybiła torunian z rytmu, ale pozwoliła gospodarzom wrócić do meczu. Zmiana warunków torowych sprawiła, że ekipa GKM-u Grudziądz odrobiła straty, a mecz zakończył się minimalną wygraną przyjezdnych.
Zagrożenie życia i kompromitacja
W całej sytuacji najbardziej przerażające jest to, jak blisko było do tragedii. Gdyby hukowe petardy spadły pod koła motocykli pędzących z prędkością ponad 100 km/h, skutki mogłyby być katastrofalne. Tym bardziej szokujące jest to, że część materiałów pirotechnicznych pozostała na torze nawet po wznowieniu zawodów – jedną z petard uprzątnął dopiero trener GKM-u, Robert Kościecha, przed rozpoczęciem biegu po przerwaniu zawodów przez sędziego.
Grudziądzanie – recydywiści z trybun
Również kibice GKM-u mają wiele na sumieniu. To nie pierwszy raz, gdy fani z Grudziądza łamią przepisy. Tym razem na stadionie odpalono race oraz fajerwerki, co również zostanie skrupulatnie ocenione przez ligową komisję.
Co więcej, to nie jest ich pierwszy wybryk w tym sezonie. Podczas wyjazdowego meczu w Zielonej Górze doszło do poważnego incydentu – kibice z Grudziądza odpalili race, które doprowadziły do pożaru w sektorze gości i przerwania zawodów. Prezes PGE Ekstraligi, Wojciech Stępniewski, nie krył oburzenia: – To piromani. W takich sytuacjach nie ma mowy o taryfie ulgowej.
Liga musi reagować stanowczo
Incydenty z Grudziądza pokazały, jak bardzo potrzebne są zdecydowane działania. W sporcie, w którym ryzyko dla życia zawodników jest wpisane w każdy wyścig, nie można dopuścić do sytuacji, w której kibice stają się zagrożeniem nie tylko dla porządku, ale także dla bezpieczeństwa fizycznego uczestników.
Władze ligi podchodzą do tego typu zachowań bez żadnej pobłażliwości. W najbliższych dniach poznamy decyzję komisji, ale już teraz wiadomo, że obydwa kluby zapłacą wysoką cenę – nie tylko finansową, ale i wizerunkową.
Cała sytuacja pokazuje, jak cienka granica dzieli doping od nieodpowiedzialnych zachowań, które mogą realnie zagrozić bezpieczeństwu uczestników zawodów. I choć tym razem udało się uniknąć tragedii, to takich sytuacji nie wolno bagatelizować.
Podsumowanie:
- Petarda rzucona z sektora gości ogłuszyła wirażowego.
- Mecz został wstrzymany, ale wznowiono go po kilkunastu minutach.
- Gdyby przerwa trwała ponad 30 minut, GKM mógłby otrzymać walkower.
- Sprawę monitorowały służby ochrony, a incydent z pewnością zakończy się karami dla klubów z Torunia i Grudziądza.
- Derby zakończyły się wynikiem 44:46 na korzyść gości.
To ostrzeżenie dla wszystkich: sportowa rywalizacja powinna toczyć się na torze, nie na trybunach.








