Zapraszamy do lektury trzeciej i ostatniej już części ciekawego wywiadu z Robertem Słaboniem jaki opublikowano na portalu gdymilknaoklaski.pl.

Wraca pan często wspomnieniami do swojej kariery?

Nie, nie lubię za bardzo o tym myśleć. Już prawie zapomniałem, że startowałem. Ale wciąż oglądam wszystkie mecze.

Czy żużel bardzo zmienił się od czasów, kiedy pan jeździł?

Oczywiście. Motocykle są dużo szybsze, silniki są inaczej położone. Ja jeździłem na jawie stojącej. Gdy Krzychu zaczynał startować, dostaliśmy zaproszenie od Ivana Maugera. On przyleciał do Kanady w swoich interesach, a przy okazji pojawił się na zawodach żużlowych, w których startował właśnie Krzychu. Maugerowi spodobał się występ syna i zaprosił go na trzy miesiące do Australii na całe tournée. Przejechaliśmy tam w sumie całą Australię, od północy po południe. Docierałem Krzychowi silnik i właśnie wtedy spróbowałem po raz pierwszy tej jawy leżącej. Całkiem inaczej się jeździ. Łatwiej!

To był ostatni raz, kiedy wsiadłem na motocykl żużlowy, ale motory nadal lubię, zwłaszcza harleye. Mam ich małą stajnię i tylko zmieniam sobie modele. Dzisiaj pojadę na jednym, jutro na innym.

Dawniej żużel był bardziej niebezpieczny niż dziś. Czy miał pan poczucie, że kibice liczą na wypadek?

Tak, wiele jest osób, które czekają na kraksę. Przynajmniej wtedy tak było.

W czasach, w których pan jeździł, każdy mecz był ryzykiem.

Przede wszystkim stosowano inne bandy. Nie było dmuchanych, więc gdy dochodziło do styczności z bandą, był problem.

Zawodnik nie może jednak dopuszczać do siebie takich myśli, jeśli chce dobrze jeździć. Jak zacznie zaprzątać sobie tym głowę, to koniec ścigania. Ja nigdy nie bałem się żużla, nie miewałem tremy, nie denerwowałem się. Podchodziłem do startu jakby nigdy nic, jakbym sam szedł obejrzeć zawody. Miałem w naturze to, że nie targały mną emocje.

Czy to była przewaga, która pozwalała panu dowozić komplet punktów?

Pewnie tak. Byłem rozluźniony w czasie startu. Niektórzy latali do ubikacji, mieli rozwolnienie, denerwowali się, ręce im się trzęsły, a ja – pełny luz.

A czy zdarzyły się panu upadki, które były naprawdę groźne?

Gdy jeździłem w Polsce, zdarzało się, że byłem potłuczony dosyć porządnie, ale nigdy nie doznałem poważnego złamania. Poważniejsza kraksa przydarzyła mi się w Grudziądzu. To był mój przedostatni mecz w karierze, chyba ligowy. Jeden z zawodników uderzył mnie, tak że wylądowałem na płocie pod tym sławnym dębem na łuku. Dość porządnie walnąłem, dostałem w żebra i straciłem oddech. Nie mogłem złapać tchu. Wyjechała karetka, podano mi tlen, ale udusiliby mnie jeszcze szybciej, bo nie odkręcili butli! Miałem maskę na twarzy, machnąłem ręką, żeby dać im znać. Zorientowali się, że mnie duszą.

W Anglii złamałem rękę. Tor był mocno wysypany na zewnątrz, bo nie zgarniano żużlu. A ja lubiłem po orbicie jeździć, atakować po szerokiej. Gdy wjechałem w ten żużel, kartery mi się zawiesiły, motocykl się zatrzymał, poleciałem do przodu i złamałem prawą rękę. To jedyny wypadek, jaki miałem. W sumie szczęśliwie skończyła się moja kariera.

Pamięta pan swój ostatni mecz?

Tak. Pojechałem z klubem z Lublina do Tampere w Finlandii. Tam jest organizowany co roku dosyć duży turniej. Wygrałem go, potem wyjechałem do Kanady i zakończyłem karierę.

Patrząc z perspektywy czasu, który z panów miał najwięcej możliwości uprawiania żużla?

Trudno mi powiedzieć. Najlepszy czas był chyba wtedy, gdy ja startowałem. Krzychu też dobrze jeździł, był świetnym juniorem. Startował łącznie trzy razy w eliminacjach do mistrzostw świata. Prawie już miał ten tytuł. To było w Peterborough, tam ostatni raz startował jako junior. Miał komplet 12 punktów po czterech biegach. A w piątym biegu złapał kapcia! Nie dojechał, stracił tytuł mistrza świata i został wicemistrzem. Do dzisiaj nie mogę sobie tego darować.

Jeśli mógłby pan wybrać inną drogę życiową, to jeszcze raz zdecydowałby się pan na żużel?

Raczej tak, choć w moich czasach prawie nie zarabiało się na żużlu. Płacono bodajże 120 złotych za punkt. Pieniędzy z tego nie było, za to były emocje. Poza tym ja po prostu lubiłem się ścigać.

Czy gdy dzisiaj jest pan we Wrocławiu, dawni kibice żużlowi poznają pana?

Tak, przy czym rzadko chodzę na żużel. W tamtym roku byłem może na dwóch lub trzech meczach. Ale jeśli już pójdę, to spotykam wielu kibiców, którzy mnie pamiętają.

Na stadionach nie ma już tego zapachu żużla sprzed lat.

Oj, nie ma, teraz to co innego. Lubiłem zapach spalonego oleju, ryk motorów. Żużel się zmienia, nie ma już wolnych wydechów, które dawniej stosowano.

Ale do dzisiaj, jeśli zechcę, mogę posłuchać sobie ryku silnika. Co prawda nie żużlowego, ale od Harleya. Mam 100-konny motor. Gdy go słyszę, myślę sobie, że to jest to.

Źródło: gdymilknaoklaski.pl