Dziś druga część rozmowy z Robertem Słaboniem jaka ukazała się na portalu gdymilknaoklaski.pl.

Kiedy wrócił pan z Kanady?

Teoretycznie jestem tam do dzisiaj, bo mieszkam na zmianę i w Kanadzie, i w Polsce, po pół roku tu i tu.

Jak z perspektywy czasu postrzega pan decyzję o pozostaniu w Kanadzie?

Byłem tam z żoną i z dzieckiem, z Krzyśkiem, dzisiaj – Krisem. Mnie nie ciągnęło specjalnie do Polski, może do żużla, ale w końcu go odpuściłem. Poza tym prowadziłem interes z kolegą, blacharstwo samochodowe. No i chciałem dostać paszport kanadyjski.

Namawiał pan syna na żużel?

Od dziecka ciągnęło go do motorów, więc kupiłem mu mały motocykl, Hondę. Mieszkaliśmy w Toronto, pod miastem były tory motocrossowe, na których można było jeździć.

Miał wtedy około pięciu, może sześć lat. To był mały motor motocrossowy, osiemdziesiątka. Syn wciągnął się w motocross, jeździł cały sezon regularnie, a dobrze mu to szło i piął się cały czas do góry. Gdy znudził mu się motocross, wspomniał, że chciałby spróbować żużla. Odparłem, że nie ma sprawy. Moja siostra mieszka w Szwecji, w Sztokholmie, więc powiedziałem: „Dobra, to tym razem jedziemy na wakacje do Szwecji”. Kupiłem mu tam motocykl żużlowy, mały, też osiemdziesiątkę, i zaczął treningi. Trenował ze Szwedami i tak się wciągnął, że zaczął startować w lidze juniorów. Co roku tam jeździł, więc zostawaliśmy na dłużej, nie tylko na wakacje, ale na całe trzy miesiące.

I jak potoczyła się kariera pana syna?

Jeździł za granicą do 16. roku życia. Gdy wreszcie mógł zrobić polską licencję, wyjechaliśmy do Polski. Krzysiek został w kraju na stałe, a ja na zimę wracałem do Kanady.

Jego pierwszym klubem była Polonia Bydgoszcz. Dobry klub, Tomek Gollob w nim jeździł. Gdy Krzychu tam trafił, Tomek dużo mu pomagał, tłumaczył, jakie błędy robi, testował Krzyśka silniki. Syn chyba trzy sezony tam jeździł. Później dostałem telefon z Wrocławia, syn podpisał następny kontrakt.

I w ten sposób trzecie pokolenie Słaboniów było reprezentowane we Wrocławiu.

Gdy Krzychu jeździł we Wrocławiu, podpisał kontrakt ze szwedzkim klubem, jeździł tam trzy czy cztery lata. Oprócz tego przez rok startował w Anglii. Dobrze mu szło. W którymś momencie Krzysiek dostał od klubu wolną rękę – bo chyba było we Wrocławiu zbyt wielu zawodników – i sam odszedł.

Trafił do Startu Gniezno. Jeździł tylko jeden sezon, bo okazało się, że klub ma problemy finansowe. Zaczęły się gadki, że jak Krzysiek nie podpisze kontraktu na następny sezon, to mu nie zapłacą. Syn postanowił jednak odejść, podpisał kontrakt w Poznaniu. Wszystko miało być ładnie, pięknie, a skończyło się tak, że do dzisiaj są mu winni około 100 tysięcy złotych.

Potem trafił do Częstochowy. Przed sezonem rozmawiał z prezesem, znowu wszystko zapowiadało się dobrze. Ale gdy przyszedł sezon, skończyło się tylko na treningach. Jeździł na wszystkie treningi do Częstochowy, a na mecze go nie wystawiali, pchali jedynie wychowanków z Częstochowy. Nie wiem, czy został tam do końca sezonu. W końcu zdecydował, że na zimę pojedzie z całą rodziną do Kanady, z żoną, synem i psem. Powiedział: „Tata, jadę na zimę, na trzy lub cztery miesiące. Wrócimy na wiosnę”. Taki był plan, bo interesował się nim klub z Anglii, chcieli, żeby jeździł w tamtejszej lidze. Ale gdy zima dobiegła końca, Krzychu mówi tak: „Tata, żałuję, że wcześniej nie wyjechałem, że siedziałem w żużlu w Poznaniu, w Częstochowie”. Są więc w Kanadzie do dzisiaj. A syn nie ma już nic wspólnego z żużlem.

Czy pański ojciec oglądał mecze pańskiego syna? Bo zmarł w 2005 roku.

Nie, ojciec nie chodził ani na mecze, ani na treningi. Nawet gdy ja jeździłem, nie oglądał moich startów. Odseparował się totalnie. Pytał nas tylko, jak było na zawodach, i to wszystko.

Czy utrzymuje pan dzisiaj kontakty z innymi zawodnikami?

Spotykamy się okazjonalnie, bo ja na zawody nie jeżdżę. Spotkam nieraz Zenka, Andrzeja Huszczę czy Romana Jankowskiego.

Czy ma pan poczucie, że czas waszych startów to było coś ważnego w polskim sporcie? Szczakiel w niezwykłych okolicznościach został mistrzem świata.

Startowałem akurat wtedy, gdy zdobył to mistrzostwo. Byłem w Chorzowie. Na drugi rok powiedzieli, że kto będzie miał złoty kask, wystartuje w mistrzostwach świata. I znowu mi się udało, tym sposobem dostałem się do finałów mistrzostw świata. Niestety zdobyłem chyba tylko trzy punkty. Miałem bardzo dobry motocykl, ale pech chciał, że silnik mi się rozleciał na jakieś dwa tygodnie przed finałem. Wziąłem pierwszy lepszy silnik z magazynu. Był nowy, musiałem go dotrzeć. Nie było szans, żebym mógł na nim powalczyć. Pamiętam, że w Związku Motorowym rozmawiali z Zenkiem i z Jancarzem, żeby pożyczyli mi silnik na zawody, ale nie doszli do porozumienia. Jechałem więc na swoim osiołku i skończyło się na kiepskim wyniku.

cdn…

Źródło: gdymilknaoklaski.pl