Robert Słaboń jest wychowankiem Sparty i kontynuatorem rodzinnych tradycji. Od początku żużla we Wrocławiu w barwach klubów ze stolicy Dolnego Śląska startował jego ojciec Adolf. Robert trafił do ligowego zespołu Sparty Wrocław dwa lata po tym, jak swoją karierę zakończył jego ojciec, czyli w roku 1973. Po udanym debiucie szybko zadomowił się w składzie wrocławskiej drużyny na stałe do roku 1982. Ostatnie swoje dwa sezony spędził w lubelskim Motorze, a później wyjechał z Polski. Wrócił po latach, przywożąc ze sobą z Kanady syna Krzysztofa, będącego trzecim żużlowym pokoleniem w rodzinie Słaboniów.

15 września 2025 roku Robert Słaboń skończył 72 lata. Zapraszamy do lektury ciekawego wywiadu z Robertem Słaboniem jaki opublikowano już jakiś czas temu na portalu gdymilknaoklaski.pl. Dziś część 1 rozmowy z wychowankiem Sparty Wrocław.

Pana ojciec, Adolf Słaboń, zmarł 11 czerwca 2005 roku. Był ważną postacią wrocławskiego żużla, ale też człowiekiem o niebanalnym życiorysie. Jak go pan wspomina?

Ojciec wiele lat jeździł na żużlu we Wrocławiu. Gdy kończył karierę, ja dopiero zaczynałem swoją. Byłem wtedy dość małym chłopcem, ale pamiętam symboliczne przekazanie pałeczki. Ojciec wystartował z jednej strony stadionu, ja byłem po drugiej stronie. Goniliśmy się przez cztery okrążenia. To było uroczyste zakończenie kariery ojca i jednocześnie początek mojej, choć nie miałem jeszcze licencji.

Czy chodził pan oglądać mecze ojca?

Oczywiście, na każdym meczu byłem, tak mnie to wciągnęło. Na wszystkie jego wyjazdy jeździłem.

Pański ojciec miał imponujące statystyki: 210 meczów w historii, ponad 1400 punktów, 64 bonusy.

Tak, dobrze jeździł. I długo, bo aż do 43. roku życia. Wcześniej ścigał się na ulicznych motocyklach wyścigowych, dopiero później przeszedł na żużel.

Ile miał pan lat, kiedy po raz pierwszy poszedł pan na stadion?

Chyba cztery lata lub pięć. Byłem na tyle mały, że tego nie pamiętam.

Czy ojciec zachęcał pana do żużla?

Pamiętam tylko jedną taką sytuację. Gdy Sparta miała trening we Wrocławiu, spytał mnie, czy chcę jeździć. Wziął mnie na motocykl, usiadłem za nim i przewiózł mnie dwa kółka na pełnym gazie.

Trochę miałem stracha, serce podeszło mi do gardła. Nie spodziewałem się, że to jest taka szybkość, ale spodobała mi się jazda. Tak w sumie się to zaczęło. Nigdy potem nie pytałem ojca, czy chce, żebym jeździł. On zresztą nie chodził na moje treningi i nie przekazywał mi żadnej wiedzy na temat jazdy.

Prawie całe swoje żużlowe życie spędził pan we Wrocławiu, z wyjątkiem dwóch sezonów w Lublinie, prawda?

Tak. Pod koniec kariery było trochę ciężko we Wrocławiu i musiałem zmienić klub. Jeździłem tam około 10 lat, a ostatnie dwa sezony spędziłem w lubelskim Motorze – to był kontrakt na 2 lata. Może nawet bym wrócił do Wrocławia, ale wyjechałem do Kanady. Akurat tak się złożyło, że pani konsul interesowała się żużlem. Powiedziała mi: „Dobra, masz wizę na pół roku, a jak spodoba ci się Kanada, to dostaniesz wizę na pobyt stały”.

Planowałem wyjazd tylko na zimę, na 3–4 miesiące. Mieszkała tam rodzina żony i chciałem zobaczyć Kanadę. Po trzech miesiącach pomyślałem, że zostanę nieco dłużej. Przedłużyłem wizę, aż w końcu zdecydowałem, że zostanę. Bo co mi szkodzi? Mam wizę na pobyt stały, wyrobię sobie paszport kanadyjski, nie muszę się o nic starać.

Wyjechałem z żoną i z synem Krzysztofem – miał wtedy trzy albo cztery lata. W Kanadzie zaczął chodzić do szkoły, nauczył się tam angielskiego. Pomogło mu to po powrocie do Polski.

W Kanadzie kontynuowałem jazdę na żużlu jeszcze przez trzy lata. Tam nie było ligi, odbywały się jedynie turnieje indywidualne. Ilekroć jakieś były organizowane, brałem w nich udział. Żużel jednak nie był tam zbyt popularny. W całej Kanadzie działały może ze trzy tory. Ale z Toronto miałem blisko do granicy amerykańskiej, około 100 kilometrów. Jeździłem więc na zawody do Stanów – do Syracuse, do Ohio.

Jakim doświadczeniem było występowanie na torach w Stanach Zjednoczonych czy w Kanadzie dla kogoś, kto przyjechał z Europy Środkowo-Wschodniej, z komunistycznej Polski?

W tamtych latach tory były inne niż te w Polsce, choć nawet w Polsce nie były one bezpieczne. U nas wokół toru stały normalne bandy, a w Kanadzie bandy robiono z drewna, czasem stały tylko słupki z sianem albo nie było zupełnie nic. Dużo torów było bardzo krótkich, nie to co u nas. Ale przyzwyczaiłem się do tego, już wcześniej jeden sezon jeździłem w Anglii, a tam też tory nie były zbyt długie.

Kiedy miał pan okazję jeździć w angielskiej lidze?

Przez trzy lata prosiłem klub o pozwolenie na wyjazd. Wszyscy się na to decydowali – Jancarz, Plech, Huszcza, Jankowski. Mnie przez trzy lata klub nie chciał puścić, bo byłem jedynym zawodnikiem, który zdobywał dużo punktów. Zdarzały się mecze, w których miałem maksymalną liczbę punktów – więcej niż pozostali zawodnicy z klubu razem wzięci. A musiałbym wyjechać na cały sezon i klub nie mógł sobie na to pozwolić. Brakowało zastępstwa, w efekcie drużyna nie utrzymałaby się w lidzie. W końcu po trzech latach moich starań pozwolono mi na wyjazd.

cdn…

Źródło: gdymilknaoklaski.pl