Legenda Falubazu Zielona Góra zaczyna nowy rozdział kariery. Po latach spędzonych (zarówno jako zawodnik jak i dyrektor sportowy) w klubie ze swojego rodzinnego miasta, Piotr Protasiewicz został trenerem i dyrektorem sportowym Betard Sparty Wrocław. W rozmowie z WP SportoweFakty otwarcie opowiada o kulisach swojego odejścia z Zielonej Góry, trudnych relacjach z prezesem Adamem Golińskim i nowym wyzwaniu, jakie czeka go we Wrocławiu.


Nowy rozdział we Wrocławiu

Na pewno to ogromne wyzwanie – mówi na początku rozmowy nowy trener i dyrektor sportowy Betard Sparty Wrocław. – W takim klubie wynik zawsze jest priorytetem. W Zielonej Górze byłem po to, by pomóc w budowie zespołu, a dopiero potem walczyć o najwyższe cele. Teraz mam gotowy skład, z którym od razu trzeba walczyć o finał, a może nawet o złoto.

Protasiewicz przyznaje, że jego nowa rola we Wrocławiu nie ogranicza się tylko do funkcji szkoleniowca. – Będę brać udział również w kontraktowaniu zawodników. Oczywiście prezes Andrzej Rusko to bardzo doświadczony człowiek, który doskonale zna środowisko. Zespół jest praktycznie gotowy, ale kilka decyzji już musiałem podjąć. Teraz funkcjonuję w nieco innym modelu, bo prezes jest też osobą decyzyjną, a nie tylko łącznikiem między mną a właścicielami klubu.

Czy skład Sparty na 2026 rok jest już zamknięty? – Zamknięty skład Betard Sparty ogłosimy niebawem. Nic więcej teraz nie powiem – uśmiecha się nowy szkoleniowiec wrocławian.


Rozstanie z Falubazem – “to nie była spontaniczna decyzja”

Zielona Góra była jego domem niemal przez całą karierę. Tym większym echem odbiła się wiadomość, że “PePe” rozstaje się z Falubazem. Jak sam mówi, decyzję podjął już dawno.

O odejściu wiedziałem znacznie wcześniej. Już pod koniec sezonu byłem pewien, że nie chcę dalej funkcjonować w tym układzie. Niektórzy zawodnicy też o tym wiedzieli. Początkowo planowałem przerwę od pracy w klubie. Dostałem nawet propozycję od Damiana Ratajczaka, by dołączyć do jego teamu. Lubię tego chłopaka, ma ogromny potencjał – widzę w nim przyszłego uczestnika cyklu Grand Prix.

Już pięć tygodni wcześniej poinformowałem prezesa, że chciałbym zakończyć współpracę. Klub nie wykonał wobec mnie żadnego ruchu. Uznałem to za sygnał, że takie rozwiązanie jest dobre również dla Falubazu.


Relacje z prezesem Golińskim: “Nie współpracowało mi się dobrze”

Protasiewicz nie ukrywa, że kluczowym powodem rozstania były złe relacje z prezesem Adamem Golińskim.

Po zmianie prezesa z Wojciecha Domagały na Adama Golińskiego wszystko się zmieniło. Z poprzednim szefem współpracowało mi się bardzo dobrze. Miał świadomość wszystkiego, ale też zaufanie. Po zmianie tego zabrakło. Jeśli ktoś w połowie marca pyta mnie, jaki będzie tor na pierwszy mecz, a drużyna nie odbyła jeszcze sparingu – to trudno o normalną współpracę.

Nie współpracowało mi się dobrze z prezesem i dlatego ta historia dobiegła końca. Miał inną wizję, ja też miałem swoją. Dla mnie kluczowe są zaufanie i wspólne działanie. Jeśli tego nie ma – dziękuję. Mam 50 lat, mam z czego żyć i nie muszę się zamęczać.


“Prezes szukał na mnie haków”

W dalszej części rozmowy Protasiewicz stawia bardzo mocne zarzuty.

Nie mam wątpliwości, że prezes od początku szukał na mnie haków. To było widać w rozmowach z zawodnikami, dziennikarzami i pseudoekspertami. Nie działaliśmy razem, więc się wypalałem. Wiedziałem, że po sezonie to się skończy.

Nie zabrakło też aluzji do zielonogórskiego środowiska.
– Myślę, że także przy klubie było kilku pseudoekspertów i panów radnych, którym było na rękę moje odejście. Może dobrze zatem się stało? Jest szansa, że teraz klub będzie mieć lepsze relacje z miastem. Wydaje mi się, że mógł być to jeden z powodów, że nie było nawet próby podejścia do rozmowy o mojej dalszej przyszłości w Falubazie.
W mieście jest taki pan, Jacek Frątczak, który uważa, że zna się na wszystkim. Prawda jest jednak taka, że w sporcie nie osiągnął nic, nawet na poziomie szkoły podstawowej. Teraz jawi się jako wielki ekspert i fachowiec, a kilka klubów już się poznało na jego wiedzy i umiejętnościach. Sporo mógłby panu opowiedzieć trener Marek Cieślak. Proszę zapytać, co mówił o jego kompetencjach, gdy przychodził do Zielonej Góry. Dla mnie ekspertem może być właśnie Marek Cieślak, Rafał Dobrucki, Krzysztof Cegielski czy Stanisław Chomski. Tymczasem w mediach teraz zbyt łatwo rozdaje się takie tytuły. Jacek Frątczak jest inteligentnym facetem, ale zauważyłem, że od kilku miesięcy jesteśmy na pan. Nie wiem czemu pan Jacek, pan radny i pan ekspert tak do tego podchodzi, bo znamy się 25 lat. Graliśmy razem w tenisa, znają się nasze rodziny. Skoro tak ma jednak być, to niech tak będzie. Przyjmijmy, że od tej pory jest pan Piotr i pan pseudoekspert.
Rzecz w tym, że o nic się nie pokłóciliśmy, ale  jeśli ktoś zaprasza mnie na kawę, a później przedstawia treść tej rozmowy jako swój przekaz, to przyzna pan, że słabo to wygląda. Poza tym nie lubię, gdy ludzie mówią, że nie wrócą na pewno do żużla, a następnie robią krecią robotę i pchają się drzwiami i oknami, wykorzystując różne dziwne sytuacje. Ja pewne rzeczy wolę mówić prosto w twarz. Jestem prostolinijny, łatwy w obsłudze i uważam, że w życiu trzeba mieć czasami jaja. Gdy jednak słyszę, że po 25 latach zwraca się do mnie na pan, jest to dla mnie naprawdę jasny sygnał. Jak już też wspomniałem,  w żużlu są  inne, wiarygodne osoby, które zjadły na tym sporcie zęby. Uważam je za bardziej wartościowe od teoretyków z dużym zasobem słów. Od pana Jacka różni mnie jeszcze jedna ważna rzecz. Ja otrzymuję zaproszenia od różnych telewizji do roli eksperta i mogę wybierać, gdzie i kiedy występuję. On jest na każde „pstryknięcie” dosłownie wszędzie.

W kolejnym zdaniu Pepe nawiązał do pojawiającego się tematu zwolnienia go ze stanowiska.
– Absolutnie nie czuję się tym rozczarowany. To zawodowy sport. Przy kryzysie drużyny pierwszy do odstrzału jest menedżer. Najłatwiej wymienić zawsze taką osobę. Takie głosy pojawiały się też w mediach. Byłem świadomy, że to „tuba medialna” prezesa Adama Golińskiego. Dobrze wiedziałem, że dziennikarze przekazują czytelnikom tak naprawdę jego słowa. Z tego powodu czułem, że nie mam wsparcia. Nie jest też tak, że nie mam sobie nic do zarzucenia, bo pewne rzeczy zrobiłbym na pewno inaczej.


Krytyka, błędy i autokrytyka

Choć Protasiewicz otwarcie mówi o nieporozumieniach, nie zrzuca całej winy na innych. Przyznaje, że popełnił błędy – zwłaszcza w kwestiach sprzętowych.

Żałuję, że nie byłem bardziej stanowczy. Powinienem mocniej zareagować na eksperymenty sprzętowe Leona Madsena. W pewnym momencie mogłem nawet odstawić go od meczu, ale zabrakło mi odwagi. To nie była łatwa decyzja. Dodam, że w domowym spotkaniu z Toruniem żaden menedżer w tym kraju nie odstawiłby go od biegów nominowanych. Ja to zrobiłem. Gdybyśmy nie wygrali tamtego spotkania, to byłbym pierwszy do odstrzału, bo zostałby na pewno z tego zrobiony zarzut. Wolałem delikatniejsze podejście właśnie z myślą o kolejnych miesiącach i atmosferze. Teraz jestem mądry po fakcie.
– Oprócz Madsena, formy sprzętowej nie miał też Rasmus Jensen. On dostał od klubu pomoc w postaci silnika, na którym się przejechał i było znacznie lepiej. Finalnie wsiadał jednak na swój sprzęt. Mieliśmy na stanie bardzo dobre jednostki od topowego tunera RK Racing. Chciałem, żeby zawodnicy, którzy mieli problemy, z tych rozwiązań korzystali. Nikt o tym nie mówił, ale dużą pomoc w tym zakresie miał też Jarosław Hampel. Sam mu ją zresztą zaproponowałem.

Słyszałem też zarzut, że w drużynie nie było dobrej atmosfery. A jak ma być dobra atmosfera, gdy przegrywa się mecze i zdobywa po 30 punktów? Wynik buduje i rujnuje. Ten zarzut jest dla mnie zatem absurdalny.


Falubaz zamiast wsparcia miał “tubę medialną”

Były menedżer Falubazu mówi też o presji medialnej, jakiej był poddany w trakcie sezonu.

Wiedziałem, że część dziennikarzy była “tubą medialną” prezesa. Nie miałem wsparcia. Czułem, że wszystko, co powiem, będzie wykorzystane przeciwko mnie.

Nie twierdzę, że jestem bez winy, ale nie mogłem pracować w atmosferze nieufności i ciągłego podważania decyzji. Tego po prostu nie da się długo znosić.


Ostateczny rozdział i nowy początek

Protasiewicz zamyka rozdział zielonogórski bez żalu, ale też bez goryczy.

Nie zabrałbym z Falubazu żadnego zawodnika, nawet Damiana Ratajczaka. To nie byłoby w moim stylu. Jestem człowiekiem lojalnym. Czasem aż za bardzo.

Dziś skupia się już w pełni na nowym wyzwaniu. Betard Sparta Wrocław to zespół, który oczekuje sukcesu tu i teraz – i doskonale o tym wie.

Wiem, na co się piszę. W takim klubie zawsze jest gorąco. Ale ja lubię, kiedy coś się dzieje. A jeśli znów będzie trzeba walczyć o coś od zera – też dam radę.

Zdjęcie: materiały prasowe WTS Sparty, Wojciech Tarchalski