Ogromne emocje po decyzji FIM i Mayfield Sports Events

Przyznanie przez nowego promotora cyklu Speedway Grand Prix oraz Międzynarodową Federację Motocyklową (FIM) trzech stałych „dzikich kart” na sezon 2026 wywołało w świecie żużla prawdziwą burzę. Znamy już nazwiska szczęśliwców: Max Fricke, Jason Doyle i Tai Woffinden.
Choć na papierze to zawodnicy o ugruntowanej renomie, w praktyce niemal żadna z tych nominacji nie broni się sportowo.

Australijczycy — Fricke i Doyle — mają za sobą bardzo przeciętne sezony, w których daleko im było do walki o czołowe lokaty. Gdy zestawi się ich dorobek z innymi żużlowcami takimi jak choćby Maciej Janowski, który po słabszym roku nie otrzymał drugiej szansy od promotorów SGP, trudno nie mówić o kontrowersji.

Jednak największe poruszenie wywołała dzika karta dla Taia Woffindena.
Trzykrotny mistrz świata z Wielkiej Brytanii od czerwca 2024 roku praktycznie nie ścigał się w zawodach żużlowych po dramatycznym wypadku w Krośnie. Wypadku, który mógł zakończyć nie tylko jego karierę, ale i życie.


Powrót legendy – cud czy ryzyko?

Woffinden przez półtora roku był poza torem, przechodząc żmudną rehabilitację po złamaniu łokcia i licznych obrażeniach. Mimo to promotorzy postanowili dać mu kolejną szansę, obdarzając Tajskiego ogromnym zaufaniem i pozwolili mu wrócić do cyklu, w którym przed laty był jednym z największych showmanów.

Brytyjczyk zdobywał mistrzostwo świata w latach 2013, 2015 i 2018, a jego nazwisko przez dekadę było synonimem odwagi, stylu i bezkompromisowej jazdy.
Jednak czas płynie, a żużel nie czeka. Dlatego pytanie, które stawia sobie wielu kibiców, brzmi: czy rekonwalescent po tak długiej przerwie jest w stanie udźwignąć ciężar rywalizacji na pełny gaz w cyklu SGP w 2026 roku?


Woffinden: „Jestem zaszczycony”

Na łamach brytyjskiego dziennika The Sun Tai Woffinden po raz pierwszy publicznie skomentował przyznanie mu dzikiej karty. Jego wypowiedź pokazuje wdzięczność, determinację, ale i świadomość, że powrót nie będzie łatwy.

Jestem zaszczycony, że otrzymałem możliwość powrotu – mówi Woffinden dla „The Sun”. – Jedyny powód, dlaczego mnie tam nie było, to kontuzje, które doznawałem z co roku. Dostrzegli (promotorzy) moje umiejętności i fakt, ile osiągnąłem. Wierzą, że jestem w stanie pojechać na dobrym poziomie, podobnie jak ja. To naprawdę miłe, że mogę liczyć na wsparcie od kogokolwiek, kto podjął decyzję.

Brytyjczyk nie ukrywa, że jego głównym celem jest sezon bez kontuzji – coś, co od wielu lat było dla niego największym wyzwaniem.

Nie mogę się doczekać ponownego startu. Moje ostatnie mistrzostwo to sezon 2018. W każdym kolejnym sezonie doznawałem kontuzji. Jeżeli dostanę jeden bez kontuzji, na pewno pokażę, na co mnie stać – zapewnia trzykrotny mistrz świata.


Plany na przyszłość: powrót w lutym

Woffinden przygotowuje się do wielkiego powrotu. Choć nadal nie jest w pełni zdrowy, coraz częściej widać go na torze treningowym.
Jak sam zdradził, jego pierwszym występem po kontuzji ma być Rob Woffinden Classic, coroczny turniej w Australii upamiętniający jego ojca, zaplanowany na luty 2026 roku.

Nie jestem jeszcze w pełni zdrowy, ale jestem coraz bliżej celu. Podpisałem dwuletni kontrakt w Ostrowie i tyle. Nie wiem, czy wrócę do brytyjskiego żużla. Żaden z klubów nie zapytał, czy chcę wrócić. Mam jednak telefon pod ręką, a nigdy nie mówię nigdy. (…) Jestem w Australii i najpewniej pojadę w turnieju mojego taty w lutym. Od tego momentu będę ścigał się regularnie – mówi Woffinden.


Czy Woffinden udźwignie ciężar powrotu?

Przyznanie dzikiej karty Woffindenowi można rozpatrywać w dwóch kategoriach.
Z jednej strony to romantyczna historia o trzykrotnym mistrzu świata, który po dramatycznym wypadku wraca, by jeszcze raz udowodnić swoją wartość.
Z drugiej – to ryzykowna decyzja promotorów, którzy woleli postawić na nazwisko i legendę zamiast na młodych, zdrowych i głodnych sukcesów zawodników.

Nikt nie kwestionuje klasy sportowej Taia Woffindena. Problem w tym, że jego ostatni pełny sezon na najwyższym poziomie to rok 2021. Od tamtej pory więcej czasu spędził w gabinetach fizjoterapeutów niż na torach żużlowych.

Jeżeli jednak jego słowa o determinacji i przygotowaniu znajdą potwierdzenie na torze – być może historia zatoczy koło, a Tai Woffinden znowu przypomni światu, jak wygląda prawdziwy mistrz.

Zdjęcie: publiczny FB Tai Woffinden