W mediach społecznościowych na stronie Żużel moja miłość, ukazał się tekst dotyczący reakcji prezesa PZMot na to, iż żadnej stałej dzikiej karty nie otrzymał polski zawodnik. Czy jednak będzie to miało jakiekolwiek przełożenie na to co dzieje się w SGP? Obecnie już „poszły konie po betonie” i grożenie palcem głównie nienawidzącemu Polaków, byłemu bardzo, ale to bardo słabemu żużlowcowi Armando Castagnii nic nie da. Choć jak możemy przeczytać z innych źródeł, poważnie rozważana jest opcja by zarabiający krocie w Polsce zawodnicy zagraniczni mieli jakieś ograniczenia. Podobno od 2026 roku w drużynie startującej na jednym z obu najwyższych poziomów ligowych w Polsce będzie mógł występować tylko jeden zawodnik uczestniczący w Speedway Grand Prix.
Teoretycznie każdy startujący w SGP będzie miał pracodawcę w PGE Ekstralidze czy tez w Metalkas 2 Ekstralidze. Tak czy siak obcokrajowiec występujący w IMŚ będzie dorabiał się fortuny w Polsce. Jedynie dokona się – pod przykrywką „walki z niesprawiedliwymi działaniami SGP” – rozbiór drużyn (głównie Motoru) mających obecnie w swoich składach więcej niż jednego żużlowca startującego w cyklu zawodów o indywidualne mistrzostwo świata. Czy o to chodzi w tej walce? Na pewno nie zmieni to bardzo słabej pozycji Polaków w światowych władzach, które wydają najważniejsze decyzje dotyczące żużla. To że Titanic tonie jest oczywiste. Czy jest to więc metoda najważniejszych ludzi speedwaya na to by dorobić się obecnie jak najwięcej, nie ratując niczego – w myśl zasad: A po nas tylko potop? Rokrocznie mniejsza ilość imprez żużlowych odbywających się na torach w Europie niejako to potwierdza…
Poniżej tekst z facebookowej strony Żużel moja miłość:
– Na pewno nie pozwolimy, by ten koszmarny błąd został zamieciony pod dywan. Mamy kilka opcji odpowiedzi i każdą mocno rozważymy – tak prezes PZM Michał Sikora komentuje decyzje władz Grand Prix o pominięciu Polaków przy przyznawaniu dzikich kart.
– Szok i żenada. Takie pierwsze słowa przychodzą mi na myśl na temat pominięcia Polaków przy przyznawaniu dzikich kart na przyszłoroczne Grand Prix – przyznaje wprost prezes Polskiego Związku Motorowego Michał Sikora. – Trudno mówić o tym inaczej, jak o żenującej próbie osobistego odegrania się na Polakach i tak też to odbieramy. Obecnie mam różne pomysły na rozwiązanie tej sytuacji, ale mogę zapewnić, że traktuję tę sprawę bardzo poważnie. Mamy kilka opcji na stole i mocno rozważymy każdą z nich – mówi Sikora.
– Rozmawiałem już z władzami FIM i poinformowałem o swoich wątpliwościach. Zresztą już wcześniej próbowałem lobbować za dziką kartą dla trzeciego Polaka. Ostateczną decyzję podjęto jednak w gronie sześciu osób, której przewodniczył Armando Castagna. Zarząd FIM nie miał na to żadnego wpływu – tłumaczy Sikora.
– Ostatecznie w przyszłym roku mamy zorganizować w naszym kraju trzy rundy Grand Prix i finał SoN, a mamy w mistrzostwach świata dwa razy mniej zawodników niż Australia, gdzie od lat nie odbywa się runda GP. Nie widzę żadnych argumentów sportowych i biznesowych przeciwko choćby jednemu dodatkowemu zawodnikowi z Polski. Jestem w szoku, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł. Domyślam się, że to może dość mocno uderzyć w zainteresowanie kibiców w Polsce mistrzostwami świata, a co za tym idzie, sprzedażą biletów na polskie rundy, a już zwłaszcza na turniej w Warszawie. Trzeba to będzie wszystko bardzo poważnie przemyśleć. Dziś mogę zapewnić, że na pewno nie pozwolimy, by ten koszmarny błąd został zamieciony pod dywan – zapowiada prezes PZM.
Źródło i zdjęcie: fb Żużel moja miłość






