W polskim żużlu coraz głośniej mówi się nie tylko o wynikach na torze, lecz także o pieniądzach poza nim. Jednym z klubów znajdujących się dziś w centrum finansowej dyskusji jest Stelmet Falubaz Zielona Góra. O problemach zielonogórskiego ośrodka już pisaliśmy. Pojawiały się informacje o poważnej dziurze budżetowej, renegocjowaniu kontraktów oraz zaległościach wobec zawodników. W jednym z opisywanych przypadków mowa była nawet o niewypłaconych należnościach za 12 meczów.

Teraz do sprawy odniósł się Andrzej Rusko. Prezes Betard Sparty Wrocław spojrzał na problem szerzej. Jego zdaniem konsekwencje życia ponad stan nie zatrzymują się bowiem na granicach jednego klubu. Jeśli jeden ośrodek proponuje zawodnikom pieniądze, których później nie jest w stanie wypłacić, wpływa to na cały rynek.

I właśnie o ten mechanizm Rusko ma największe pretensje.

Problem nie zaczyna się przy pustej kasie

Falubaz w ostatnich latach należał do klubów bardzo aktywnych na rynku transferowym. Zielonogórzanie potrafili składać zawodnikom oferty opiewające na ogromne kwoty. Wśród przykładów wymieniano kontrakt Leona Madsena, któremu przypisywano 1,3 mln zł za sam podpis oraz 13 tys. zł za każdy zdobyty punkt.

Później do Zielonej Góry trafił Dominik Kubera, wcześniej związany z Orlen Oil Motorem Lublin. Klub z grodu Bachusa ponosił również znaczne koszty związane z pozyskaniem Damiana Ratajczaka z Unii Leszno — najpierw w ramach wypożyczenia, a następnie transferu definitywnego.

Ostatni jaskrawy przykład dotyczy pozyskania przez Falubaz na sezon 2027 Grzegorza Zengoty. W Unii Leszno nie chciano spełnić żądań finansowych zawodnika. Zengi niemal natychmiast po zerwani rozmów z dotychczasowym pracodawcą jest już „po słowie” z Zielonogórzanami.

Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Według przywoływanych informacji Falubaz ma mieć około 4 mln zł finansowej dziury. Klub szuka rozwiązania problemu, a jednym z elementów planu ma być wsparcie samorządu oraz wejście nowego właściciela.

To właśnie w tym miejscu prezes Sparty Wrocław stawia niewygodne pytanie: kto ponosi koszt wcześniejszej polityki transferowej?

„Kto zwróci Wrocławiowi czy Toruniowi?”

Prezes Sparty nie kwestionuje prawa zawodników do wysokich zarobków. Jego zdaniem problemem jest sytuacja, w której klub oferuje stawki nieznajdujące pokrycia w jego rzeczywistych możliwościach finansowych.

Rusko stwierdził:

— Mówię zupełnie szczerze. Jak słyszę, że Zielona Góra szantażuje miasto, żeby dołożyło, bo brakuje im cztery miliony, a z drugiej strony renegocjują kontrakty z zawodnikami. To już nie chcę powiedzieć, że to jest nie w porządku wobec zawodników, ale chcę zapytać jasno i otwarcie: kto zwróci Wrocławiowi czy Toruniowi, czy innym klubom, które musiały w związku z tą polityką „zastaw się, a postaw się” podwyższyć kontrakty ich zawodników?

— Przecież tajemnicą poliszynela jest to, że kwoty, które oferowała Zielona Góra, a na które jej nie było stać, to były kwoty nierynkowe. Wymuszały podwyżki w naszych klubach.

To sedno argumentacji prezesa Betard Sparty. Jeżeli jeden klub podbija stawkę ponad poziom, który wynika z jego przychodów, pozostali uczestnicy rynku muszą reagować. Zawodnik otrzymuje mocniejszą pozycję negocjacyjną, a konkurencyjne kluby stają przed wyborem: zapłacić więcej albo ryzykować utratę zawodnika.

W efekcie rosną nie tylko pojedyncze kontrakty. Podnosi się poziom całego rynku.

Rusko nie chce obniżać zarobków zawodników

W jego wypowiedzi ważne jest jednak również drugie dno. Rusko nie występuje przeciwko wysokim zarobkom żużlowców. Wręcz przeciwnie — uważa, że najlepsi zawodnicy powinni otrzymywać bardzo dobre pieniądze.

Granica przebiega gdzie indziej: między pieniędzmi rzeczywiście wypracowanymi przez żużel a kwotami, które istnieją przede wszystkim na papierze.

— Ja jestem jak najbardziej za tym, żeby zawodnicy zarabiali olbrzymie pieniądze. Tylko chciałbym, żeby to były pieniądze, które generuje ten sport, czyli żeby żużel wypracował pieniądze, które można później przekazać zawodnikom, a nie, żeby to wyglądało tak, jak dzisiaj, że dostają znacznie więcej, niż kluby są w stanie zarobić, a później to ktoś musi dopłacić — samorząd, sponsor albo nie wiem, zaczyna się zrzutka wśród kibiców, bo trzeba ratować speedway. Nie tędy droga, panowie!

Dla prezesa Sparty to kwestia odpowiedzialności za cały system. Klub powinien najpierw wiedzieć, na jaki poziom wydatków go stać, a dopiero później budować skład. Odwrócenie tej kolejności prowadzi — jego zdaniem — do sytuacji, w której sportowa ambicja zaczyna być finansowana wirtualnie – pieniędzmi, których w budżecie jeszcze nie ma.

„Zastaw się, a postaw się”

Rusko popiera więc plan wprowadzenia salary cap, czyli mechanizmu ograniczającego wydatki klubów na wynagrodzenia zawodników w odniesieniu do ich przychodów. Planowane rozwiązanie ma wejść w życie od sezonu 2027.

Działacz uważa, że taki system może ograniczyć transferową licytację i zmusić kluby do większej dyscypliny finansowej.

— Ja myślę, że salary cap to jest bardzo dobre rozwiązanie. Dlatego, że nie od dziś i nie w ostatnich latach, ale ciągle w żużlu funkcjonowało to staropolskie „zastaw się, a postaw się”. Negocjowaliśmy zawodników, nie mając na to środków, a później: „no jakoś to będzie”. A jak nie będzie, to co, to będziemy renegocjować.

W tym kontekście sytuacja Falubazu stała się dla Andrzeja Rusko przykładem szerszego zjawiska. Nie chodzi wyłącznie o to, ile pieniędzy brakuje dziś w zielonogórskiej kasie. Pytanie dotyczy również tego, jak wcześniejsze decyzje jednego klubu oddziałują na konkurencję.

Koniec finansowania „na później”?

Prezes Sparty Wrocław chce modelu, w którym wysokość kontraktów będzie wynikała z realnych możliwości klubów. Nie z oczekiwań, nie z obietnic przyszłego sponsora i nie z założenia, że brakujące pieniądze uda się znaleźć później.

Jego stanowisko można sprowadzić do jednej zasady: żużel powinien najpierw wygenerować pieniądze, a dopiero potem dzielić je między uczestników.

Dyskusja o Falubazie wykracza więc daleko poza jeden klub i jego aktualne problemy. Dotyka modelu finansowania całej PGE Ekstraligi. Z jednej strony są sportowe ambicje, walka o najlepszych zawodników i presja wyniku. Z drugiej — budżety, które muszą ostatecznie udźwignąć obiecane pieniądze.

Jeżeli planowany salary cap rzeczywiście wejdzie w życie w 2027 roku, rynek może otrzymać wyraźny sygnał: najpierw przychody, później wydatki.

I właśnie takiej zmiany domaga się Rusko.

Zdjęcie: Maciej Trubisz