12 czerwca 2025 roku zmarł Józef Jarmuła – jedna z najbardziej barwnych, charyzmatycznych i nietuzinkowych postaci w historii polskiego żużla. Miał 83 lata. Odszedł człowiek, który nie tylko pisał historię czarnego sportu na torze, ale i poza nim był bohaterem stadionów. Zawsze prawdziwy, zawsze sobą. I zawsze – całym sercem – dla kibiców.
Urodził się dla żużla
W swoich wspomnieniach, które zawarł w książce „Urodziłem się dla żużla”, nie raz podkreślał, że był żużlowcem z krwi i kości, gotowym walczyć nie tylko o wynik, ale przede wszystkim o emocje. – „Ktoś tam kiedyś pisał: 'Urodziłem się dla żużla’ czy 'Za wcześnie się urodziłem’ – taki film leciał. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, ale teraz, z perspektywy lat oceniam, czy te tytuły nie są trafione. Urodziłem się dla żużla, bo ja cały czas widzę, że w tym wieku nie ma takiego – znowu muszę użyć słowa wulgarnego – popieprzonego człowieka. 67 lat w tym roku kończę!” – opowiadał z typową dla siebie szczerością w wywiadzie z 2008 roku.
I rzeczywiście – wyprzedził swoją epokę. Był pionierem nie tylko stylu jazdy, ale też podejścia do kibica. Gdy na stadion wchodził Jarmuła, widowisko gwarantowane. Ludzie przychodzili „na Jarmułę” – nie tylko dla punktów, ale dla emocji. „Są takie moce, że ja po prostu – znowu powiem wulgarnie – zapier… Mnie to cieszy. Odkręcę, siłuję się z nim, klnę czasami, ujarzmiam go” – mówił o swoim motocyklu. Bo gdy siadał na jawę, zamieniał się – jak sam przyznał – w czorta.
Kariera na torze – walka, ambicja i medale
Jarmuła urodził się 15 września 1941 roku w Ostrzyhomiu, a karierę rozpoczął w 1966 roku w Śląsku Świętochłowice. Już wtedy wyróżniał się stylem, nieustępliwością i pasją. W barwach śląskiego klubu zdobył dwa srebrne (1969, 1970) i jeden brązowy medal (1972) w Drużynowych Mistrzostwach Polski. Był zawodnikiem, którego nie dało się nie zauważyć.
W 1974 roku przeszedł do Włókniarza Częstochowa – i od razu zdobył z drużyną złoto DMP. Notował wtedy fenomenalną średnią 2,38 pkt/bieg. Dla częstochowian zdobywał jeszcze dwa srebra (1975, 1976) i dwa brązy (1977, 1978). W sumie w karierze sięgnął po aż 8 medali Drużynowych Mistrzostw Polski: jedno złoto, cztery srebra i trzy brązy.
Wystąpił także sześciokrotnie w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski, trzykrotnie kończąc turniej na wysokim 6. miejscu (1969, 1975, 1977). W 1981 roku został zdyskwalifikowany na dwa lata za nieobecność na meczu w Lesznie, co przerwało jego karierę w Częstochowie. Powrócił jeszcze na dwa sezony do Świętochłowic (1984–1985), kończąc karierę tam, gdzie ją rozpoczął.

Człowiek z krwi i kości
Józef Jarmuła nie był zawodnikiem, którego dało się ująć w statystykach. On żył żużlem – całym sobą. Był człowiekiem pasji, nieposkromionej charyzmy i… nieco dzikiego ducha. „Gdy wsiadam na motor, zamieniam się w czorta” – mówił. I dodawał: „Ja już wewnątrz przygasłem, moje oczy są spokojniejsze i już nie mam tej energii. Ale jak wsiadam na tego wariata, to sam się zastanawiam – w nim jest jakiś duch.”
Mimo upływu lat, nie dał się zapomnieć. W lutym 2025 roku spotkał się z kibicami w hotelu Arche w Częstochowie, promując swoją autobiografię. – „Już się pytam Boga, dlaczego tak jest, czy ja na to zasługuję… A kurde, denerwuję już się. Robią ze mnie showmana” – żartował. Ale prawda była taka, że dla wielu Jarmuła był bohaterem. I takim pozostanie.
Pożegnanie legendy
O śmierci Jarmuły poinformował jako pierwszy prezes Włókniarza Częstochowa Michał Świącik. – „Józek, przyjacielu, żegnaj. Zawsze będziesz w naszych sercach” – napisał. Klub dodał: „Legenda naszego klubu, postać niezwykle charyzmatyczna, pionier swoich czasów. Sam o sobie mówił, że urodził się dla żużla za wcześnie. Człowiek utożsamiany z niesamowitą wolą walki, nieustępliwością i ambicją”.
Zmarł nagle, w domu. Po cichu, tak jakby nie chciał robić zamieszania. Ale pamięć o nim nie ucichnie nigdy. Bo jak sam mówił, nie da się przejść obojętnie, gdy publika kiwa do ciebie z trybun. „No muszę im odpowiedzieć. I takim oto sposobem może przebijam… Nie, przykro mi o tym mówić.”
Pamiętamy
Józef Jarmuła był bohaterem epoki i idolem tysięcy kibiców. Ale był też kimś więcej – kimś, kto swoją obecnością, bezpośredniością i szczerością potrafił poruszyć ludzi na całe życie. Zawsze w kombinezonie, z błyskiem w oku i głową pełną anegdot.
Dziś żegna go całe żużlowe środowisko. Ale tak naprawdę – nie żegnamy go. Bo ludzie tacy jak Józef Jarmuła nie odchodzą. Zostają w opowieściach, wspomnieniach i sercach.
Żegnaj, Panie Józku. Tor już nigdy nie będzie taki sam.
Zapraszamy na wspomnienie Józefa Jarmuły w filmie „Urodziłem się dla żużla”:






