Wtorkowy wieczór 10 czerwca w Gorzowie był pełen emocji, lecz dla Dominika Kubery był to kolejny przystanek w sezonie pełnym frustracji, pecha i niepokojących zbiegów okoliczności. Choć jego zespół – Orlen Oil Motor Lublin – rozgromił Gezet Stal Gorzów 54:36, dla samego zawodnika był to jeden z tych meczów, które chciałby jak najszybciej wyrzucić z pamięci. Tuż po meczu Kubera udzielił szczerego i poruszającego wywiadu, w którym nie owijał w bawełnę.
“Od jakiegoś miesiąca ktoś bardzo mocno czaruje”
Kubera nie krył rozczarowania. Nie tylko wynikiem indywidualnym, ale całym splotem dziwnych, trudnych do wytłumaczenia wydarzeń, które zdarzają mu się ostatnio z zaskakującą regularnością.
– Od jakoś miesiąca ktoś bardzo mocno czaruje i bardzo źle mi życzy. Dzieją się u mnie rzeczy niemożliwe, które nie działy się nigdy, przez całą karierę. Pierwszy raz zatarłem silnik, zrobiłem taśmę. Nie wiadomo dlaczego urywają się różne części. W meczu w Toruniu dwa dni temu rozkręcały się sprzęgła, że po biegu wylatywały z deklem. A dzisiaj jedziemy na tym samym i wszystko jest dobrze – mówił na gorąco w mix zonie Canal+ Sport.
W spotkaniu z Gorzowem Kubera rozpoczął od dwóch niezłych biegów, ale potem dołożył defekt, wykluczenie i nie został wystawiony do biegów nominowanych. Całości obrazu dopełniła sytuacja z jednym z ostatnich startów, gdy tylko instynkt i doświadczenie pozwoliły mu uniknąć groźnego wypadku.
“Po zabranym łokciu uznałem, że nie ma szans”
W jednym z wyścigów Kubera musiał nagle położyć motocykl, by uniknąć zderzenia ze swoim klubowym kolegą Martinem Vaculikiem. Jak tłumaczył, nie miał żadnych szans, by utrzymać się na torze po kontakcie z Andersem Thomsenem.
– Można zobaczyć, gdzie był Anders Thomsen. No to gdzie tam było dla mnie miejsce? W żużlu nie da się zawrócić na pół metra. Po zabranym łokciu uznałem, że nie ma szans jechać do przodu, bo i tak skończymy na płocie. Miejsce, w którym upadałem już było za połową toru – przyznał zawodnik Motoru.
Wypowiedź była pełna szczerości i goryczy, ale też pokory wobec sytuacji, które trudno było przewidzieć. Kubera nie wskazuje winnych – raczej pokazuje bezradność wobec fali pecha, która go dotknęła.
“Musiałbym mieć ze sobą wróżkę i czerwone wstążeczki”
Jednak najwięcej emocji przyniosła jego relacja z eliminacji do Grand Prix Challenge w Abensbergu. Choć wywalczył awans, nie obyło się bez… kolejnej tajemniczej sytuacji i groźnego upadku.
– W Abensbergu też nie było kolorowo, bo prowadziłem wyścig prostą z przodu i na wejściu nie wiem, czy przerwał mi motor, czy zdefektował trochę i jadąc pierwszy upadłem sam. Nie wiem dlaczego, nie wiem co się stało – mówił z wymalowanym uśmiechem bezradności.
– Jeszcze zawodnik, który jechał czwarty wleciał we mnie, skasował mnie i motocykl, więc ostatnimi czasy na każde zawody musiałbym mieć ze sobą jakąś wróżkę i czerwone wstążeczki, żeby było po prostu dobrze i spokojnie – zakończył Kubera.
Co dalej z Dominikiem Kuberą?
Dominik Kubera to zawodnik o ogromnym potencjale, który jeszcze niedawno był jednym z filarów reprezentacji Polski i objawieniem Ekstraligi. Obecny sezon jest dla niego jednak drogą przez mękę – nie tylko wynikowo, ale i mentalnie. Słabsza forma, defekty, nieprzewidziane wypadki – to wszystko składa się na obraz żużlowca, który z dnia na dzień traci grunt pod nogami.
Czy to tylko chwilowy kryzys? A może sprawa wymaga głębszego resetu – nie tylko sprzętowego, ale i psychicznego? Na odpowiedzi jeszcze przyjdzie czas, ale jedno jest pewne: tak szczerej, ludzkiej i pozbawionej kalkulacji wypowiedzi jak ta Kubery – żużel dawno nie widział.
Zdjęcie: Maciej Trubisz






