Zapraszamy na kolejny felieton Przemysława Sierakowskiego z cyklu – Piórem Sieraka (https://www.facebook.com/profile.php?id=100084823056532)
Są następcy Nickiego. A to Doyle i… Zmarzlik. Jeśli Jason „przewrócił” Kai`a, wcześniej pozbawiając finału Jacka Holdera, to jak ocenicie jazdę Bartosza w X odsłonie i rozstawianie rywali po kątach? Że determinacja? Kunszt? Fantazja? Finezja? Wszystko się zgadza. Tym razem „wydało”. Do czasu. Zmarzły takoż lata bez najmniejszych skrupułów i jeńców nie bierze. Szkoda Woźniaka. W półfinale idealnie zatrzymał przy krawężniku na drugim łuku szarżującego Vacula, czym umożliwił Zmarzlikowi dojazd środkiem i utrzymanie liderowania. Bartek przejechał i… odjechał po swojemu. Nawet przez myśl mu nie przemknęło podciągnąć kumpla – też Polaka. Wszak to zawody indywidualne. Czyż nie? Pojechał z duchem fair play – zdaje się. A Woźniak? Poległ. Pogubił się. Wcześniej bardzo mądrze rozgrywał wyścigi. W połówce zupełnie „zgłupiał”. Nie ma instynktu zabójcy więc nie będzie mistrzem? Może. Może. Kto wie? Za to Kubera na wstecznym. Po urazie kręgosłupa został wyraźny ślad. Jedna z szufladek w głowie została zamknięta. Wręcz z hukiem zatrzaśnięta. To nie ten sam Domin. Zdeterminowany. Widowiskowy. Skuteczny. Bezkompromisowy. Taki przestał być. Czy definitywnie?
Nikt nie będzie pamiętał zwycięzcy szczegółów sukcesu. Za chwilę to wszystko się rozmydli i zaniknie. Rozbawiła mnie za to krytyka poczynań Jasona ze strony… Dzika. Ot przyganiał kocioł garnkowi. Za kilka lat w historii i pamięci pozostaną wyniki. Już po Landshut niewielu będzie żałowało Huckenbecka, a nie daj panie ktoś „nowy” coś solidnie zbroi i cały świat pogrąży się w nieustającej krytyce, żeby nie rzec – krytykanctwie rzeczonego. Gdyby spojrzeć choćby na Diedenbergen 1996 i pozostać przy rezultatach, to wyjdzie młodym, że po latach posuchy Gollob, Protasiewicz i Drabik przerwali wieloletnie oczekiwania wyrywając złoto DMŚ. Prawda jest jednak inna. Podrapały się światowe tuzy z federacją o „łyse” opony więc zastrajkowały. Tylko Polska i Rosja wysłały najlepszych (nieświadomych sytuacji?), zaś możni żużlowego świata jedynie trzeci garnitur, bądź jak Kangury czy bardzo silni wówczas Amerykanie – zupełnie zbojkotowali zabawę. Patrząc na nazwiska nie wygląda to tragicznie. Brian Andersen z młodym gniewnym Nicki Pedersenem u Hamletów. Riss (ale Gerd – tata), Stefan Danno, Paul Thorp, Scott Nicholls czy Zoltan Adorjan też brzmią nieźle. Tyle tylko, iż w tamtych realiach, odnosząc do współczesności, to trochę jakby dziś Polska wysłała zestaw, na ten przykład (nie umniejszając) Przedpełski, Pludra, Mencel. Minęło sporo lat, a tu okazuje się, iż takie „nieistotne” szczegóły, jak towarzyszące triumfowi z 1996 roku, okoliczności przyrody – niewielu pamięta.
W SEC-u raczej bez fajerwerków. Nasi dali radę. W walce o SGP będziemy więc liczni ale czy liczący się? Czy wespół z hurtową obecnością pojawią się efekty? Czas pokaże. Naturalnie nie biorąc pod wzgląd a propos fajerwerków, blamażu w Daugavpils imć „Zdechł pies Falubabaz” Thomsena. Dwa defekty made in Pedersen. Nie godzi się. Anders to showman. Ubarwia każde zawody w których bierze udział. To jednak nie zawsze idzie w parze ze skutecznością poczynań. Przyjdzie liczyć na łaskę, bądź niełaskę decydentów. A to w sprawie ewentualnej „dzikiej karty”. Swoją drogą coś marnie Duńczycy. Ani Madsen w SGP, ani Thomsen w SEC. Nie leżą im ostatnio imprezy indywidualne. Profesora Nielsena pogonili, bo wyniki nie zadowalały. Teraz pogonią Dzika? Tylko co to zmieni? Przy okazji taka obserwacja. To a propos prób tworzenia szlaki na wzór i podobieństwo F1. W piątek Leon zasuwa. Sam. Jedzie wygodnie, po samodzielnie wybranych ścieżkach. W finale kwalifikacji strzela spod linek, czepia się krawężnika i… długo prowadzi. Ostatecznie wciąga go piekielnie szybki Bewley lecąc po balotach. Następnego dnia Dan próbuje tej samej trajektorii lotu – tym razem ze zgubnym skutkiem. Madsen zaś kompletnie zawala kolejne zawody o IMŚ. Coś mi podpowiada, że z SGP drugiej Formuły1 nie zrobią. Mimo starań i zakusów. A rzekome „uatrakcyjnienie rywalizacji”? Dyskusyjne. Pokazała zasadnicza część sobotnich, głównych zawodów. Gladiatorzy z piątku raczej zawodzili (Madsen, Bewley, Tajski) niż potwierdzali (Lambert) dyspozycję. Ale cóż. Oto narodziła się nowa świecka tradycja, żeby użyć cytatu z „Misia”. I zaś „Przyjdzie przywyknąć” – jak skwitował propagandowe wywody stewardessy Kazimierz Pawlak, w drodze z Ameryki po pogrzebie brata.
W Lesznie istna droga przez mękę. Do Janka Kołodzieja dołączył w szpitalu młody, obiecujący Damian Ratajczak. Przy okazji potwierdziły się dwie niepisane prawdy. Pierwsza – efektowne upadki pod kamerę kończą się otrzepaniem kevlaru. Dzień przez Byczkiem parkował i dzwonił w Szwecji Bartłomiej Kowalski. Wyglądało jak katastrofa. Motocykle koziołkowały kilkanaście metrów wespół z rajderami. Jedna z fur czmychnęła nawet za ogrodzenie. I co? Na szczęście – nic. Skończyło się na strachu. Następnego dnia „niegroźny uślizg” zaliczył w kraju Hamleta leszczynianin. Pędzlował z tyłu. Nikt mu nie przeszkadzał. Tylko podnieść siebie i bajka, zejść do parku maszyn i jechać dalej w zawodach. Coś wiedzą o takich „uślizgach” choćby Genio Błaszak, czy Boguś Nowak. Tfu. Tfu. Tfu. Tutaj niestety również zakończyło się dramatycznie. Poważnym złamaniem uda. Oj ciężkie te terminy Okonia w roli coacha. Przestrzegam jednakowoż wszystkich, którzy gotowi już zdegradować Leszno. Nie z takich opresji wychodzili. I druga z prawd objawionych. Speedway to urazowa zabawa. Młody chce się szkolić. U nas zbyt wiele w lidze nie pojeździ. Trafia się okazja praktyk zagranicą. Bierze co los przynosi i… kończy jak Ratajczak. Nie oznacza to bynajmniej, że zalecam kokon i klosz naprzemiennie. Innej drogi na szczyt nie ma. Trening, praktyka – czynią mistrzów. Tylko każde zawody, to kolejne ryzyko. Zagrożenie. Zdrowia i… życia. A gdzieś uczyć się trzeba. Polecam tę refleksję, w pakiecie z doświadczeniami (ostatnio) Damiana „menagerom z kanapy”, co to zawsze wszystko wiedzą najlepiej. Lżą, drwią, szydzą. Pod palcem na pilocie czy klawiaturze wszystko jest łatwe, lekkie i przyjemne. Żadne kwoty nie zrekompensują zaś chłopakom utraty zdrowia. Trzeba być pozytywnym wariatem żeby się ścigać przy ponad 100km/h bez hamulców. Doceńcie. Bez zaglądania do portfeli.
Fot. strona Unia Leszno






