Od sezonu 2027 w PGE Ekstralidze ma zacząć obowiązywać regulamin stabilności finansowej, określany potocznie jako salary cap. Zgodnie z założeniami kluby będą mogły przeznaczyć na kontrakty zawodników maksymalnie 65–70 procent swoich rocznych przychodów.

To istotna zmiana w modelu funkcjonowania ligi. Do tej pory formalnego limitu wydatków nie było, a budowa składu często odbywała się „na granicy” możliwości finansowych klubów.

Wiceprezes PGE Ekstraligi Ryszard Kowalski tłumaczył w specjalnym wydaniu Magazynu PGE Ekstraligi na WP SportoweFakty:

„Potrzebujemy systemowego zabezpieczenia i możliwości szybszego reagowania. Niedługo wprowadzimy regulamin stabilności finansowej, który uniemożliwi klubom zaciąganie zobowiązań ponad miarę, na podstawie własnego optymizmu”.


Jak będzie działał system?

Podstawowe założenie jest proste: wysokość kontraktów zawodników zostanie powiązana z realnymi przychodami klubu. Jeżeli suma wynagrodzeń przekroczy dopuszczalny limit, zawodnik nie zostanie zatwierdzony do rozgrywek.

Kontrola ma ruszyć już przed sezonem 2027. Liga będzie analizować budżety, weryfikować umowy i estymować wydatki przed startem rozgrywek.

Kowalski wyjaśnia mechanizm wyliczania kontraktów:

„Kwotę za punkt będziemy mnożyć przez liczbę punktów zdobytych w poprzednim sezonie przez każdego zawodnika. Do tego będą doliczane wszystkie możliwe do wywalczenia bonusy finansowe. Nie będzie żadnej taryfy ulgowej”.

Oznacza to, że system obejmie nie tylko podstawowe stawki za punkt, ale także premie i bonusy.


Dlaczego Ekstraliga wprowadza ograniczenia?

Nowe regulacje mają zapobiegać sytuacjom, w których kluby budują skład ponad realne możliwości finansowe. W ostatnich latach poważne problemy przeżywały m.in. Stal Gorzów i Włókniarz Częstochowa.

W przypadku Gorzowa klub uniknął upadku dzięki kredytowi w wysokości blisko 10 milionów złotych, poręczonemu przez miasto. To właśnie takie przypadki mają być przestrogą.

Celem regulaminu jest więc ochrona stabilności ligi i ograniczenie ryzyka zadłużania się klubów.


Czy salary cap wyrówna ligę?

Tu pojawiają się największe wątpliwości. Teoretycznie limit wydatków ma zapobiegać „wyścigowi zbrojeń”. W praktyce jednak kluby o wyższych przychodach nadal będą mogły wydawać więcej niż te z mniejszym budżetem.

Dla przykładu:

  • Budżet mistrza Polski na sezon 2026 wynosi około 30 mln złotych.
  • Pres Toruń na kontrakty mógłby przeznaczyć około 23 milionów złotych.
  • Bayersystem GKM Grudziądz dysponuje przychodami nieco powyżej 10 mln zł z biletów i sponsorów oraz około 8 mln zł dokapitalizowania z miasta.

W przypadku Grudziądza salary cap wyniósłby około 9 mln złotych. To oznacza wyraźnie mniejsze możliwości transferowe niż w Toruniu.

Ekstraliga sygnalizuje też wątpliwości wobec modelu finansowania GKM, w którym istotną część budżetu stanowi dokapitalizowanie miejskie. Nowe przepisy mogą wymusić zmianę struktury finansowania.


System bezpieczeństwa czy utrwalenie różnic?

W teorii salary cap ma ograniczyć nadmierne ryzyko i wymusić odpowiedzialność finansową. W praktyce nie zlikwiduje różnic między najbogatszymi a mniej zamożnymi klubami.

Kluby z Lublina, Wrocławia czy Torunia – generujące wysokie przychody z biletów, sponsorów i dużych wydarzeń – nadal będą mogły budować silniejsze kadry niż ośrodki o mniejszych wpływach.

Nowy przepis nie jest więc klasycznym „twardym” limitem kwotowym, identycznym dla wszystkich, lecz procentowym ograniczeniem uzależnionym od przychodów.


Czy to dobry kierunek?

Z punktu widzenia stabilności finansowej – trudno podważyć zasadność kontroli. Upadłość lub głęboki kryzys jednego z klubów uderza w całą ligę.

Z perspektywy sportowej – różnice budżetowe pozostaną. Salary cap nie zrówna możliwości Torunia i Grudziądza, lecz sprawi, że oba kluby będą musiały operować w ramach proporcjonalnych do swoich realnych przychodów.

Nowe regulacje wchodzą w życie od 2027 roku i już teraz budzą dyskusję. Jedno jest pewne – polski żużel wkracza w etap większej kontroli finansowej. Czy będzie to fundament stabilności, czy początek nowej ery dominacji najbogatszych? Odpowiedź przyniosą kolejne sezony.

Zdjęcie: Maciej Trubisz