W 2026 roku, najstarszy żyjący mistrz świata na żużlu, Ove Fundin, świętuje swój wielki dzień – 23 maja skończył 92 lata. Fundin urodził się 23 maja 1933 w szwedzkim Tranas.
Szwedzki mistrz wygrał wszystko. Jest pięciokrotnym mistrzem świata FIM Speedway. Na najwyższym stopniu podium stawał w latach 1956, 1960, 1961, 1963 i 1967. Wraz z ikoną Australii, Jasonem Crumpem, jest rekordzistą w najdłuższym nieprzerwanym kończeniu IMŚ w pierwszej trójce świata – spędzając 10 sezonów z rzędu na podium finału światowego od 1956 do 1965.
Legenda to jedno słowo, które mogłoby opisać „Latającego Lisa”. Pionier to co innego. Był pierwszym mistrzem świata spoza anglojęzycznego świata, a wraz ze swoim krajem wygrał pierwsze edycje zarówno Drużynowego Pucharu Świata FIM Speedway, jak i FIM Speedway World Pairs. Na jego cześć nazwano dzisiejsze trofeum Pucharu Świata FIM na żużlu.
Oprócz sukcesów na torze klasycznym, zdobył także tytuł wicemistrza Europy w wyścigach na długim torze w 1961 roku w Oslo. Odnosił także zwycięstwa w krajowych rozgrywkach. Aż dziewięciokrotnie sięgał po tytuł indywidualnego Mistrza Szwecji.
Ove Fundin został najlepszym sportowcem Szwecji roku 1961.
Obecnie Ove mieszka na południu Francji, gdzie oddaje się swojej pasji, jaką jest golf. Ponadto spotyka się ze starymi znajomymi, odwiedza swoje dzieci, gdyż, jak sam mówi, chce wynagrodzić swoim pociechom ten czas, kiedy nie było go w domu, bo ścigał się na torach całej Europy zdobywając po drodze pięć tytułów mistrza świata …
Prezentujemy wywiad jakiego z okazji 100-lecia istnienia żużla przeprowadzili z Ove Fundinem dziennikarze FIMSpeedway.
Ove, przeszedłeś do historii jako pierwszy mistrz świata spoza krajów anglojęzycznych, takich jak Wielka Brytania, Australia, USA i Nowa Zelandia. Jak trafiłeś do żużla w Szwecji?
Zacząłem, gdy miałem około 16 lat – wtedy można było zrobić prawo jazdy na motocykl w Szwecji. Zacząłem od motocrossu, ponieważ motocross stał się bardzo popularny po drugiej wojnie światowej. Niemal wszystkie używane przez nas motocykle to motocykle wysyłkowe sprowadzone z Niemiec po wojnie.
Uprawiałem motocross przez dwa lata i zostałem zauważony przez kogoś z Linkoping – to tor żużlowy najbliżej miejsca, w którym się urodziłem. Podszedł do mnie i powiedział: „Widzę po twoim stylu jazdy, że powinieneś spróbować żużla”. Jeśli przyjdziesz na jeden z naszych treningów, załatwimy ci motor i „skórę”.
Przystałem na tę propozycję. Nigdy nie byłem na meczu żużlowym, ale trochę o nim słyszałem. Pożyczyli mi motocykl i wydawało mi się, że od razu go opanowałem.
Byłem tam tylko dwa razy, a potem tata pomógł mi kupić motor. Od razu zostałem przyjęty jako rezerwowy do zespołu. Na pierwszym spotkaniu, w którym uczestniczyłem, jeden z jeźdźców został ranny, więc dali mi możliwość jazdy przez prawie całe spotkanie. Poszło mi tak dobrze, że potem już nigdy nie byłem rezerwowym.
W jaki sposób żużel stał się popularny w Szwecji?
Nazywali żużel w Szwecji „torem gruntowym”. Przyjęło się dość wcześnie. Szwedzkich żużlowców mieliśmy jeszcze przed II wojną światową.
Po wojnie trochę to trwało, bo brakowało żużlowców. W całej Szwecji było tylko kilka motorów. Nie można było importować żadnych, ponieważ istniały ograniczenia dotyczące wszystkiego, co miało związek z silnikami. Brakowało też paliwa.
Trzy lub cztery lata przed tym, jak zacząłem, w Szwecji był człowiek o nazwisku Arne Bergstrom. Pojechał do Anglii i tam zobaczył żużel. Zdał sobie sprawę, że aby ulepszyć sport i uczynić go ciekawszym, trzeba założyć ligę i mieć drużyny. Wprowadził to, co było kilka lat przed tym, jak zacząłem się ścigać. Arne był człowiekiem stojącym za szwedzkim żużlem.
Speedway zawsze był i nadal jest prowadzony przez kluby. Nigdy nie był prowadzony przez promotora. Większość zaangażowanych w nią osób to wolontariusze.
Jeźdźcy otrzymywali wynagrodzenie od momentu, gdy zaczęli uprawiać żużel – niezbyt dużo, ale my otrzymywaliśmy wynagrodzenie za to, co robiliśmy. W przeciwnym razie byłby to po prostu sport bogatych ludzi. Było też niespotykane, że ktoś miał więcej niż jeden motocykl.
Teraz nawet jeźdźcy z niższych lig sportowych mają co najmniej dwa motocykle…
Kiedy przyjechałem do Norwich w Wielkiej Brytanii, dali mi zapasowy motocykl do jazdy. Przez wszystkie moje lata nigdy nie miałem motocykla w Wielkiej Brytanii. Tutaj w Szwecji miałem motor, który należał do mnie.
Z drugiej strony motocykle, na których jeździłem w Wielkiej Brytanii, należały do klubu z Norwich Speedway. Podczas wszystkich moich podróży do Australii i Nowej Zelandii nigdy nie zabrałem ze sobą motoru. Dali mi jeden, bym na nim jeździł. Kiedyś na taki wyjazd zabierałem ze sobą kierownicę – to wszystko.
Być może widzieliście zdjęcia w jaki sposób, przewoziliśmy nasze motory. Po prostu wkładaliśmy je do bagażnika samochodu. Dotyczyło to wszystkich, niezależnie od tego, czy byłeś mistrzem świata, czy tylko juniorem.
Zwycięstwo w jednym światowym finale było już wystarczająco trudne. Zdobycie pięciu tytułów mistrzowskich i stawanie dziesięć razy z rzędu na podium to nie lada wyczyn.
Często dyskutuje się, czy trudniej jest wygrać mistrzostwa świata GP na żużlu w ciągu 10 rund niż wygrać jednodniowe finały światowe rozgrywane do 1994 roku. Jakie jest twoje zdanie?
Ludzie, którzy niewiele wiedzą o jednodniowych finałach światowych, nie zdają sobie sprawy, że nie wystarczyło tylko zwyciężyć w tym finale. Wcześniej trzeba było się do niego zakwalifikować, przechodząc przez różne szczeble eliminacji.
W moim przypadku musiałem zakwalifikować się w Szwecji, potem w Skandynawii, a następnie w Europie. Jeśli nie udało ci się przejść żadnej z tych rund kwalifikacyjnych, odpadałeś. W ten sposób, w jaki dzisiaj prowadzą Speedway GP, możesz np. być najgorszym w jednej rundzie i mimo to możesz zostać mistrzem świata. W moich czasach kiedy byłem mistrzem świata, musiałem się kwalifikować z rundy na rundę, aby dojść do finału światowego.
Czy był rok, w którym przegrałeś kwalifikacje?
W 1970 roku miałem odbyć jedną rundę kwalifikacyjną w Leningradzie lub Sankt Petersburgu, jak to się teraz nazywa. Nigdy nie miałem czasu załatwić wizy do ZSRR. Myślałem, że organizatorzy celowo tak robili, zawsze wtedy, kiedy jechałem do komunistycznego kraju.
Przyleciałem, żeby wziąć udział w zawodach i odmówiono mi wjazdu do kraju. Wróciłem samolotem do Szwecji, a kiedy przyjechałem do Sztokholmu, powiedzieli: „wszystko jest załatwione – wskocz do następnego samolotu i przyjedź”. Ale byłem tak wściekły, że powiedziałem: „do diabła z tym!”.
Czy kiedykolwiek czułeś presję związaną z utrzymaniem podium w finale światowym? Czy z roku na rok było trudniej?
Niezupełnie – kochałem to, co robiłem. Cieszyłem się tym przez cały czas. Większość z nas ścigała się z miłości do sportu i oczywiście po to, by wygrać.
Jak wtedy wyglądał harmonogram wyścigów? Dzisiejsi zawodnicy coraz częściej decydują się na ściganie się w coraz mniejszej liczbie meczów ligowych w ramach swoich zobowiązań w Speedway GP?
Dzisiaj często czytam o zawodnikach narzekających, że zbyt często się ścigają. Ścigają się w około 60 lub 70 spotkaniach w ciągu roku. Ja ścigałem się w około 120 zawodach rocznie. Jeździłem w każdym meczu, którye mi zaproponowano.
Musiałem wracać do domu do Szwecji i ścigać się w każdą niedzielę, ponieważ niedziela była wielkim dniem dla żużla w Szwecji.
Po niedzieli mogłem wrócić na Wimbledon w poniedziałek. Jeździłem w każdy dzień tygodnia. Co roku tak jeździłem od 1954 aż do zakończenia kariery. Jeździłem też w Nowej Zelandii czy Australii.
Pierwsze wycieczki, jakie tam odbyłem, odbywały się statkiem. Najpierw popłynąłem łodzią do Londynu, a potem popłynąłem z Londynu do Australii. Podróżowaliśmy przez Kanał Sueski, ale podróżowałem też przez Kanał Panamski, żeby dostać się do Nowej Zelandii.
To nie lada gratka, a po drodze wygrałeś nie tylko Mistrzostwa Świata FIM na żużlu. Byłeś częścią szwedzkiej drużyny, która wygrała pierwszy Drużynowy Puchar Świata FIM na żużlu w 1960 roku, a także pierwsze Światowe Pary FIM Speedway w 1968 roku.
W Szwecji mieliśmy bardzo mocną drużynę. W kilku pierwszych razach, kiedy odbywały się mistrzostwa świata, brytyjska drużyna składała się z Australijczyków i Nowozelandczyków. Mieli jeźdźców zewsząd – z krajów Wspólnoty Narodów.
Był wśród nich Barry Briggs. Wystąpił także Ronnie Moore. Mimo to drużynie ze Szwecji udało się wygrać kilka Pucharów Świata.
Ze wszystkich jeźdźców, z którymi ścigałeś się i których obserwowałeś przez lata, kto był twoim ulubionym i dlaczego?
Ronnie Moore – bez wątpienia. Uwielbiałem sposób, w jaki jeździł na motorze. Podobał mi się też sposób, jakim był człowiekiem. Zawsze był bardzo przyjacielski.
A Ronnie był dwukrotnym mistrzem świata – pierwszym z Nowej Zelandii. A co z dzisiejszymi zawodnikami Speedway GP? Kto wpada Ci w oko?
Spotkałem Dana Bewleya w Malilli podczas rundy szwedzkiej w zeszłym roku. Widziałem go też kilka razy w telewizji.
Kiedy spotykam się teraz z młodymi, muszę się przedstawić, bo oni nie wiedzą o nas, starszych.
Ale powiedziałem mu: pamiętaj, że Jason Crump i ja byliśmy rudzielcami – rudzielcami, takimi jak ty. Masz coś do udowodnienia.
W zeszłym sezonie Dan wygrał dwa turnieje Speedway GP w Cardiff i we Wrocławiu. Czy może zostać kolejnym zawodnikiem, który 10 sezonów z rzędu stanie na podium?
Wcale bym się nie zdziwił. Jego stosunek do żużla bardzo przypomina mi mój. Nie tylko rude włosy mamy wspólne. Mam nadzieję, że nie pójdzie w ślady innych żużlowców i nie będzie jeździł mniej. Wręcz przeciwnie, myślę, że powinieneś jeździć tak często, jak to możliwe. W ten sposób nigdy nie będziesz musiał dodatkowo ćwiczyć.
Dzięki za twój czas, Ove, i dzięki za twój niesamowity wkład w ten sport.








