Urodzony 8 listopada 1974 roku w Laskowie Tomasz Świątkiewicz był jednym z najbardziej obiecujących młodzieżowców toruńskiego Apatora początku lat 90. Srebro Indywidualnych Mistrzostw Polski, złoto MMPPK, brązowy medal MIMP – w 1993 roku nazwisko Świątkiewicz pojawiało się w każdym żużlowym serwisie. Mówiono o nim, że może być „drugim Gollobem”. Niestety – zamiast długiej kariery przyszedł wypadek, złamana noga i zbyt szybki koniec marzeń.


Od motorówek do żużla

Choć wychował się na pojezierzu gnieźnieńskim – regionie motorowodniaków – Świątkiewicz wybrał inny rodzaj sportowych emocji.

Tata zabrał mnie do Żnina na zawody motorowodne, żeby zobaczyć Marszałka. Nie ukrywam, że mi się to spodobało. Ale gdy pojechałem na żużel do Gniezna, to było po mnie. Zakochałem się w tym sporcie bez pamięci – wspominał po latach.

Pierwsze kółka kręcił w szkółce Startu Gniezno, jednak zanim zdążył zdać licencję, pojawiła się „delegacja z Torunia”. Tak trafił do Apatora – wówczas aktualnego mistrza Polski.


Toruń – nowe życie, nowa walka

W 1991 roku dla 17-latka z małej miejscowości przeprowadzka do miasta Kopernika była prawdziwym szokiem.

Miałem „przewalone”. Musiałem udowodnić, że coś potrafię. Niektórzy koledzy rzucali „k…” jak mieli ze mną rywalizować na treningach. Po prostu się mnie bali. Wszyscy wiedzieli, że ja na torze nie odpuszczam, bo ja z kolei wiedziałem, że muszę dawać z siebie absolutne maksimum na torze, aby móc zaistnieć w Toruniu. Niektórzy koledzy tak mnie „lubili”, że nasikali mi kiedyś do kasku w szatni. To było wtedy, kiedy przebiłem się do składu, a może nie wszystkim to wówczas pasowało… Chyba w meczu ze Stalą Gorzów dwa razy z Mirkiem Kowalikiem przyjechałem na 5:1. Tak wszedłem w skład. Wtedy mieszkałem na stadionie, byłem w klubie więc od rana do wieczora. Naprawdę, ja tam po prostu mieszkałem – spałem, a jak nie spałem, to w kółko udowadniałem, że potrafię jechać na żużlu. wspominał.

W Apatorze nie miał łatwo, ale determinacja szybko zrobiła swoje. Zadebiutował w lidze jeszcze w 1991 roku, a dwa lata później był już jednym z najbardziej obiecujących polskich juniorów.


Rok 1993 – sezon marzeń, czy na pewno?

W 1993 roku wszystko zaczęło układać się jak w bajce. Świątkiewicz sięgnął po srebro Indywidualnych Mistrzostw Polski, ustępując jedynie Tomaszowi Gollobowi. Dla wielu kibiców był to szok – młody torunianin wyprzedził wielu znacznie bardziej doświadczonych zawodników. 19 września 1993 roku na torze w Bydgoszczy bezkonkurencyjny był 22-letni wówczas Tomasz Gollob. Drugi był 19-letni Tomasz Świątkiewicz, a trzeci najstarszy z całej trójki Piotr Świst (25 lat).

W tym samym sezonie Światkiewicz zdobył też w Rybniku złoto MMPPK (z Tomaszem Bajerskim i Waldemarem Walczakiem), brąz MIMP (Toruń, za Tomaszem Bajerskim i Grzegorzem Rempałą), srebro MDMP we Wrocławiu (w 1992 roku wywalczył złoto MDMP w finale w Bydgoszczy), a w lidze stał się jednym z filarów toruńskiego składu. Po gorzowskim, zwycięstwie biegowym, forma zawodnika ciągle zwyżkowała. W lidze z bonusami potrafił „ocierać się” o zdobycze dwucyfrowe.

W Gorzowie wygrałem pierwszy ligowy bieg. Kibice wstali z miejsc, a ja wtedy zrozumiałem, że mogę wygrywać nie tylko z juniorami, ale i z najlepszymi w lidze.

Po tylu sukcesach w 1993 roku nic więc dziwnego, że młodzieżowcem Apatora zainteresowały się inne kluby i po sezonie „Świątek” chciał odejść do Polonii Bydgoszcz, by startować w jednej drużynie z Tomaszem Gollobem, który był wzorem dla młodego zawodnika. Chciał być taki, jak on. W Toruniu skończył mu się kontrakt, ale dał się ostatecznie przekonać do pozostania w zespole, mimo że rozmowy prowadził z nim sam Tomek.

Świątkiewicz tak tłumaczy chęć odejścia do Bydgoszczy po świetnym sezonie w 1993 roku:

W Toruniu obiecano mi złote góry. Praktycznie wszystko. A „czary mary” prezesa Rogalskiego skończyły się niczym. Miałem o nic się nie martwić, tylko jeździć. Uwierzyłem w zapewnienia wiceprezesa Rogalskiego, a po kilku latach okazało się, że zostałem z niczym, praktycznie w samych majtkach. Dla mnie to było wielkie wyzwanie – skromny, prosty, 16-letni chłopak ze wsi nagle miał się przeprowadzić sam do dużego miasta. To trochę tak, jakby ktoś z Torunia miał się przenieść do Nowego Jorku. Zgodziłem się pod jednym warunkiem – klub miał pomóc mi znaleźć mieszkanie, bym mógł sprowadzić rodziców i siostrę i nie być sam. Tego mieszkania nigdy nie otrzymałem…

A tak Świątkiewicz tłumaczy dlaczego mimo niespełnionej obietnicy przez Torunian pozostał w Apatorze:

– Po sezonie 1993, w którym zdobyłem indywidualne wicemistrzostwo Polski, skończył mi się kontrakt. Nie ukrywam, chciałem odejść do Polonii Bydgoszcz, by uczyć się jeździć u boku Tomasza Golloba. Całe życie on był dla mnie wzorem. Chciałem go naśladować, dogonić, czy nawet przegonić. Uważam, że dzisiaj, po tylu latach można powiedzieć, że się nie myliłem, co do oceny tego zawodnika. Ale do Polonii nie przeszedłem. Mimo że przez trzy lata toruński klub „migał się” z załatwieniem mieszkania dałem wiarę obietnicom, że dostanę pożyczkę. Miałem odłożone 15 tysięcy złotych, Apator miał mi dać 20-25 tysięcy, a potem zabierać 80 procent moich zarobków. Zgodziłem się na taki układ. Pokazano mi już mieszkanie, 56 m, trzy pokoje, dostałem nawet klucze i wpłaciłem zaliczkę ze swoich pieniędzy. Pokazałem je rodzicom. Tylko popełniłem błąd – nie podpisałem aktu notarialnego, a czas naglił i musiałem podpisać kontrakt. To był gwóźdź do trumny. Potem, jak dostałem ponaglenie do zapłaty reszty, poszedłem do klubu po obiecaną pożyczkę. Dowiedziałem się… że jej jednak nie dostanę. Wszyscy zawodnicy po treningach czy meczach wracali do swoich domów, do rodzin, a ja do klubowego hoteliku, do pustego pokoju. Nie miałem do kogo się odezwać. Pokoik wyglądał jak cela więzienna – łóżko, szafa i małe okienko, wysoko, pod sufitem. Świata przez nie widziałem. Oszukano mnie w Toruniu, ale musiałem tutaj zostać. Chciałem zakończyć karierę, zaprowadziłem motocykl pod siedzibę klubu, tam go zostawiłem, spakowałem się i wróciłem do domu. Wówczas znów miałem kilka delegacji. Wróciłem do Torunia. Raz działacze mówili, że skończę przy gnoju, albo straszono mnie powołaniem do wojska czy wielkimi karami finansowymi za odmowę startów. A ja, zamiast mieć jaja i te papiery wyrzucić do kosza, wsiadałem na motocykl i jeździłem.


Miłe złego początki

Mimo tak udanego 1993 roku, Świątkiewicz w następnym sezonie, nie był rozpieszczany przez klub:

– W sezonie 1993 zdobyłem pięć medali MP, Puchar Polski, zostałem powołany do kadry Polski, zająłem trzecie miejsce w plebiscycie „Tygodnika Żużlowego” na najpopularniejszego polskiego zawodnika, jednocześnie wybrano mnie najsympatyczniejszym żużlowcem. Nie docierało do mnie rok później, że nie dogadałem się z klubem i miałbym nie dawać z siebie wszystkiego. A o historii mojego konfliktu z klubem można byłoby napisać książkę. Choć nie wszyscy działacze byli przeciwko mnie. Pamiętam, jak dyrektor Włodzimierz Liczmański chodził po klubie i prosił o jakieś pieniądze dla mnie, żebym miał z czego żyć. Chodził z pomieszczenia do pomieszczenia. Wstyd mi było, jak słyszałem odpowiedzi „a skąd mamy wziąć”. Pan Włodek wracał i mówił: „nie martw się Tomek, coś wymyślimy”. Kilka razy wyłożył nawet swoje prywatne pieniądze. Zresztą cała ta moja kariera się tak układała i kleiła jak koszula do tyłka. Z dzisiejszej perspektywy czasu jak na to patrzę, to zmarnowałem swoją życiową szansę.


Kontuzja, która złamała więcej niż kość

Wszystko runęło w 1995 roku. W czasie przedsezonowego sparingu w Częstochowie doszło do fatalnego wypadku – otwarte, wieloodłamowe złamanie uda i zwichnięty bark.

– Pamiętam wszystko doskonale, bo nie straciłem przytomności. Jak mnie wieziono w karetce do szpitala to już wiedziałem, że to koniec sezonu. No cóż, młody byłem i głupi. Doświadczeni zawodnicy się oszczędzali, tor był ciężki, ale dopiero po moim wypadku działacze podjęli decyzję, że nie ma sensu w takich warunkach jeździć. A jeśli chodzi o sam wypadek to pamiętam, że dwa pierwsze wyścigi wygrałem, a w trzecim jechałem za Sebastianem Ułamkiem. Na wejściu w łuk trochę go obróciło, skontrowałem mocno motocykl, ale zahaczyłem o tylne koło motocykla częstochowianina. Spadłem na tor, wpadł na mnie motor, a potem jeszcze przejechali po mnie Krzysiu Kuczwalski i Martin Jirout. Skończyło się na otwartym, wieloodłamowym złamaniu kości udowej z przemieszczeniem i zwichnięciem lewego barku. W szpitalu nie było akurat odpowiedniego chirurga, ściągano go z innego miasta i operację zrobiono dopiero w nocy.

Sezon 1995 spędził na rehabilitacji. Gdy wrócił, nie był już tym samym zawodnikiem. Brak wsparcia ze strony klubu, słaby sprzęt i problemy osobiste sprawiły, że żużel przestał dawać mu radość.

Jeździłem na jednej jawie, którą zajeżdżałem na treningach i zawodach. Klub zabrał mi ją, gdy kończyłem karierę. Zostałem z niczym, praktycznie w samych majtkach – opowiadał z goryczą.


Cień wielkiego talentu

W 1996 roku Apator zdobył srebro DMP, ale dla Świątkiewicza był to już ostatni sezon w klubie. Potem próbował wrócić do Gniezna, lecz ostatecznie nie znalazł miejsca w składzie.

Wyszedłem z klubu, popłakałem się i skończyłem karierę. Miałem 22 lata i 11 medali mistrzostw Polski. Żaden trener, żaden klub nie podał mi ręki. A przecież mogłem się odbudować – mówił po latach.

Swiątkiewicz żałuje, że urodził się ciut za wcześnie:

– Może gdybym później zaczął karierę, to chociaż byli inni działacze, bo ci, na których trafiłem, to byli jeszcze działacze z czasów komuny. Dziś profesjonalni działacze nie odpuściliby tak łatwo takiego zawodnika. A tak – skończyłem karierę tak, że zamiast zarobić pieniądze i ściągnąć rodzinę do Torunia, wróciłem jak ten syn marnotrawny do rodziców, bez niczego, do rodzinnej wioski pod Janowcem z pustymi podszewkami.


Po żużlu – życie na własnych zasadach

Po zakończeniu kariery zajął się handlem samochodami. Pracował najpierw dla innych, później rozkręcił własny biznes. Na żużel nie chciał patrzeć.

Pojechałem raz na mecz do Torunia z dziećmi. Chciałem im pokazać stadion, na którym jeździłem. Ale już go nie było – trwała budowa marketu. Pokazałem im tylko okno pokoiku, w którym spałem. Wróciłem z pękniętym sercem – wspominał.


Żużlowy los bywa okrutny

Historia Tomasza Świątkiewicza to przykład, jak cienka granica dzieli sukces od zapomnienia. Talent, charakter, serce do walki – wszystko to miał. Zabrakło tylko odrobiny szczęścia i ludzkiego wsparcia.

Nie żałuję, że byłem żużlowcem. Ale żałuję, że nikt nie podał mi ręki, gdy najbardziej tego potrzebowałem. Wtedy byłem młody, głupi i sam. A mogłem jeszcze coś osiągnąć.

Zdjęcie: publiczny Fb Apator Toruń historia. Na zdjęciu stoją od lewej: Sławomir Derdziński, Peter Nahlin, Krzysztof Kuczwalski, Jacek Krzyżaniak, Per Jonsson i Jerzy Kniaź. W dolnym rzędzie: Mirosław Kowalik, Robert Sawina i Tomasz Świątkiewicz