Żużel od dziesięcioleci uchodzi za jedną z najbardziej niebezpiecznych dyscyplin sportu. Upadki, złamania i długie rehabilitacje są wpisane w codzienność zawodników, a historia tego sportu zna dziesiątki przypadków, gdy stawka była tak wysoka, że żużlowcy decydowali się wracać na tor mimo poważnych urazów. Dziś jednak dyskusja nabiera zupełnie nowego wymiaru. Rozwój medycyny sportowej, profesjonalizacja klubów oraz ogromne pieniądze związane z PGE Ekstraligą sprawiają, że coraz częściej pojawia się pytanie, gdzie przebiega granica pomiędzy świadomym ryzykiem podejmowanym przez zawodnika a odpowiedzialnością lekarzy wydających zgodę na start.

Po ostatnich wydarzeniach Przemysław Sierakowski nie ukrywa swojego oburzenia. Dziennikarz zwrócił uwagę na kolejne przypadki zawodników dopuszczanych do rywalizacji mimo świeżych kontuzji lub niewyleczonych urazów. W jego opinii dochodzi do sytuacji, w których lekarze klubowi zbyt łatwo podpisują zgodę na start, narażając zdrowie zawodników. To mocny głos w dyskusji, która od kilku tygodni coraz częściej przewija się w środowisku żużlowym.

Problem nie jest jednak nowy. Wręcz przeciwnie – historia indywidualnych mistrzostw świata pokazuje, że przez dziesięciolecia największe gwiazdy światowego speedwaya wielokrotnie ryzykowały zdrowiem, aby wystartować w najważniejszych zawodach sezonu. W czasach, gdy o mistrzostwie świata decydował jeden finał, rezygnacja ze startu oznaczała utratę życiowej szansy. Wielu zawodników wybierało więc jazdę mimo złamań, ogromnego bólu czy świeżo zagojonych ran.

Jednym z najbardziej legendarnych przykładów pozostaje Ronnie Moore. Przed finałem Indywidualnych Mistrzostw Świata w 1954 roku Nowozelandczyk złamał lewą nogę. Lekarze nie dawali mu praktycznie żadnych szans na występ, jednak tuż przed zawodami rozcięto gips, kończynę usztywniono specjalnym aparatem, a Moore stanął pod taśmą. Ryzyko opłaciło się sportowo – zdobył pierwszy w karierze tytuł mistrza świata i przeszedł do historii dyscypliny. Dopiero po zakończeniu zawodów organizm przypomniał mu o odniesionym urazie.

Jak sam wspominał po latach:

Złoty medal sprawił, że zapomniałem o bólu w złamanej nodze. Później jednak do góry zaczęli mnie podrzucać moi rywale z toru i wszystko się zmieniło.

Jeszcze bardziej dramatyczna była historia Petera Collinsa, jednego z najwybitniejszych brytyjskich żużlowców. Mistrz świata z 1976 roku kilka dni przed finałem IMŚ 1977 w szwedzkim Göteborgu uległ bardzo poważnemu wypadkowi podczas zawodów w Belle Vue. Skutki były dramatyczne – złamana kość strzałkowa oraz głęboko rozcięty mięsień nogi. Collins przebywał w szpitalu niemal do samego dnia finału.

Brytyjczyka wypisano ze szpitala dopiero w piątek rano – dokładnie w dniu rozegrania finału mistrzostw świata. Koledzy z Belle Vue wynajęli prywatny samolot, którym poleciał do Szwecji. Zawodnik miał nogę w gipsie, a przed zawodami obchód toru odbywał… na noszach. Pomimo niewyobrażalnego bólu zdobył srebrny medal.

Po latach Collins wspominał tamte wydarzenia:

Ten wypadek to była masakra, na kilka dni przed finałem mistrzostw świata w Szwecji. Wyszedłem ze szpitala dopiero w piątek rano, czyli w dzień zawodów. Koledzy z Belle Vue wynajęli prywatny samolot, którym polecieliśmy do Szwecji. Noga bolała jak cholera, a nie mogłem wziąć zbyt wiele leków przeciwbólowych, ponieważ było to zakazane przed zawodami. Miałem gips na nodze, więc obchód i inspekcję toru wykonałem na noszach. Finalnie skończyłem drugi i wówczas byłem zły na siebie, że nie udało się wygrać. Jednak teraz, gdy wracam do tego momentu wspomnieniami, to chyba nie było źle. Wystartowałem ze złamaną, bolącą nogą, na której miałem w sumie 350 szwów. Choć z drugiej strony wiem, że można było tamte zawody wygrać i na koncie mieć o jeden tytuł więcej.

Także współczesny cykl Grand Prix zna podobne historie. Jason Doyle, mistrz świata z 2017 roku, przez znaczną część sezonu jeździł z dwiema pękniętymi kośćmi śródstopia. Australijczyk nie zdecydował się na natychmiastowe leczenie operacyjne, ponieważ walczył o najcenniejszy tytuł w światowym żużlu. Dopiero po zakończeniu sezonu zgodził się na pełne leczenie i unieruchomienie stopy.

Po zdobyciu mistrzostwa świata napisał:

Nareszcie mogę spokojnie powiedzieć, że zakończył się okres modelowania mojej stopy. Teraz czas na zimowy odpoczynek. Wiem jedno – było warto.

Właśnie dlatego dzisiejsza dyskusja jest tak złożona. Z jednej strony historia żużla pełna jest przykładów zawodników, którzy świadomie ryzykowali zdrowiem dla walki o największe trofea. Z drugiej – współczesny sport dysponuje znacznie większą wiedzą medyczną, nowoczesną diagnostyką i procedurami bezpieczeństwa, dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy podobne decyzje powinny być nadal akceptowane.

Dodajmy jeszcze jeden istotny fakt. Inwalida – co w sportach motorowych brzmi bardzo dziwnie – jakim jest Sam Ermolenko, mimo jednej krótszej nogi świetnie jeździł na żużlu. Amerykanin w 1993 roku został indywidualnym mistrzem świata.

Na tym tle wyjątkowo mocno wybrzmiewa opublikowany w mediach społecznościowych wpis Przemysława Sierakowskiego, który w ostrych słowach skrytykował praktykę dopuszczania do startów zawodników wracających po świeżych urazach.

Przemo Sierak
LISTA HAŃBY ŻUŻLOWEJ „MEDYCYNY KLUBOWEJ”

Tylko ostatnie dni: Janusz Kołodziej Unia Leszno z usztywnionym barkiem – zdolny. Frederik Lindgren ORLEN OIL Motor Lublin „wkładany” na motocykl z łóżkiem w boksie – zdolny. Artiom Łaguta WTS Sparta Wrocław z „pocerowaną” ręką – zdolny. A było, jest i będzie ich więcej.

Pośród braci felczerskiej objawiła się nowa specjalizacja. Klubowy lekarz orzecznik medycyny żużlowej doktor Piotr Potrzebny-Pieniążek. To obecnie najbardziej poszukiwany „specjalista”… . Jedynie doktor Rozsądek klepie biedę i udaje (z konieczności) Judyma.

Hipokrates przewraca się w grobie. Co ze słynnym: „Po pierwsze – nie szkodzić”?

A tyle się mówi o bezpieczeństwie… . Brawo Wy!