Początki jego kariery przypadają na drugą połowę lat 90-ych ubiegłego wieku. Wówczas narodziły się speedrowerowe rozgrywki ligowe w Polsce. W 1995 r. poznaliśmy pierwszego drużynowego mistrza Polski. W Zielonej Górze Paweł Kokot – bo o nim mowa – rozpoczyna swoją, trwającą do dziś, długoletnią karierę.

Zapraszamy na pierwszą części wywiadu z Pawłem Kokotem.

Na wirażu: Jak się zaczęła twoja przygoda ze speedrowerem?
Paweł Kokot: Szalony początek lat 90. Mały Paweł na Slalomie. Taka ciekawostka. Startowałem albo z krawężnika albo z dużej. Tam były ławki podstawki pod stopy. Bardziej „profesjonalnie” ’96. Kochałem to i kocham do dzisiaj choć dzisiaj na innych nieco zasadach.

Nw: Czy zanim zacząłeś kręcić pierwsze kółka na rowerach BMX czy Wigry po zielonogórskich osiedlach marzyłeś – jak wielu chłopaków z Zielonej Góry – o karierze żużlowca?
PK: Mój motocykl żużlowy zgasiła moja mama mówiąc stanowcze NIE. Jestem za to wdzięczny, bo pewnie dziś bym nie żył lub jeździł na wózku.

Nw: Czy w tym trudnym dla wszystkich roku udało się zorganizować jubileuszowy turniej jak przed 5 laty z okazji 20 lat Pana startów?
PK: Niestety turniej został przełożony na 2021. Wspólnie z Arturem Bujnowskim zrobimy „Testimonial. PK& AB zapraszają”. Zapraszamy prawilnych zawodników już dzisiaj. Spotkamy się Panowie. Pojedziemy coś. Słowo Kokosa i Bujona.

Nw: Który swój sukces uważasz za największy w karierze?
PK: Wicemistrz pierwszej ligi gr. Zachodniej – 2020 HARPAGAN Zielona Góra.

Nw: Na pewno podczas tak długiej kariery przeżyłeś wiele ciekawych historii. Czy są jakieś dwa trzy wydarzenia, które szczególnie utkwiły tobie w pamięci i które chciałbyś przedstawić czytelnikom?
PK: Jest ich całe mnóstwo, ale czy warto o nich mówić? Myłem nogi tam gdzie nie wolno, jeździłem na zawody tak jak nie wolno, uczestniczyłem w zawodach tak jak nie wolno. Akurat trzy J

Nw: Czy czujesz się spełniony jako sportowiec czy czujesz, że mógłbyś osiągnąć więcej?
PK: Powiem nieskromnie, że jestem niespełniony. Zielona Góra to wylęgarnia niespełnionych talentów. Kuźnia, która z różnych względów nie wybijała najwyższych sportowych nominałów. Zdecydowanie jestem jednym z nich. Czasem mi przykro, ale cóż dziś mam prawie 40 lat i wiem, że to co odeszło już nie wróci. Szkoda, bo w ZKS była cała plejada talentów, która zgasła nim zaczęła świecić pełnym blaskiem… zawsze się starałem, ale często miałem kłody pod nogami. Nie czas na rozpamiętywanie, ale tak było.

Nw: Z kim najlepiej startowało się tobie w parze ? Czy to jest twój wieloletni przyjaciel Artur Bujnowski?
PK: No Bujon muszę napisać, bo potem będzie gadane. Jednak jazda w parze a Arturem to coś więcej. Jak staję pod taśmą z tym gościem. Nawet ostatnio w Lesznie 2020. Oddam serce za tego człowieka, ale wiadomo musi być dla mnie czwórka na mecie… A ogólnie? Mariusz Widz, kiedyś mogliśmy naprawdę dużo. Marian miał zmysł fightera, kochałem go na torze. Choć nigdy nie byłem szablonowym gościem jeżdżącym parą. Może nie umiałem, a może nie chciałem? Nie wiem.

Nw: Skąd wzięły się twoje przydomki – Kojo, Kokos, a ostatnio „Człowiek skała”?
PK: Kojo, Kokos – nazwisko. Człowiek skała mocno przesadzone. Często rozmywałem się jak skała, ale wapienna. Tak było mi pisane.

Nw: Czy oprócz Artura Bujnowskiego na torze ścigają się twoi koledzy z początków kariery?
PK: Z Zielonej Góry Krzysiu Stocik. Wspaniały duch. Poznaliśmy się w 94 roku. On Defenders Francuska ja Moskity. Wieczni rywale, ale wieczni przyjaciele. Potem nikt w ZG… O Polsce nie mówię, bo pewnie kogoś pominę, a nie chcę. Jest ich nieco. Cegła Toruń, Martinez Wrocław, Włodar Czewa, Kozi Pawko Gniezno, Mario Gniezno. Szychalski biega z gwizdkiem albo z grejpfrutem, ale to jest dobry wariat. Łania – IMP Król. Kiereja sędzia, Mario Małecki, którego przygniotła bramka. Dużo weteranów  Michał Kastrau, Łukasz Kokott, Marcin Puk. W 97 98 jak zaczynałem mało jednak tych ludzi już. Ostatnio w Lesznie po 23 latach stanąłem pod taśmą z Jackiem Wleklikiem i Krzysiem Mądrzakiem.. To są piękne chwile. Lata uciekają, a my wciąż w tym trwamy.

Nw: Czy odniosłeś jakieś cięższe kontuzje w swojej karierze?
PK: Na szczęście nie było źle. Otarcia. Jakieś stłuczenia. Najcięższe trzy wypadki: Rybnik 2002 –podpisałem pismo, że jadę na własne żądanie. Uraz brzucha i szpital po zawodach, ale tylko wewnętrzne obicia. Poniec 2003 IPP – zderzenia ze słupkiem taśmy, kilka dni mnie bolała głowa. Wrocław 2004 Memoriał Kuby – upadek z mojej winy, ale bardzo się poobijałem. Karetka, szpital, a potem melanż z Arturem Bujnowskim w Akademiku. Tak było.

Nw: Czy masz aktualnie jakichś sponsorów, którzy tobie pomagają?
PK: Dziś nie ma nikogo kto pamięta o starym dinozaurze z ZG. Kiedyś było kilku, Pan Janusz Radiator, Pan Rysiek Aqua Dog, Pan Norbert Magik Komputery. Oni pomagali w mojej „karierze”. Dzięki!