PGE Ekstraliga szczyci się mianem najlepszej żużlowej ligi świata. I słusznie – poziom sportowy, nazwiska, oprawa medialna oraz zainteresowanie kibiców pozostają imponujące. Coraz częściej jednak pojawia się pytanie, które dla wielu fanów staje się niewygodne, ale konieczne: czy polski żużel sam nie zabija własnego widowiska?

Nie chodzi o regulaminy. Nie chodzi o sprzęt. Nie chodzi nawet o poziom zawodników. Chodzi o tory przygotowywane „pod swoich”. Oczywiście – wszystko zgodnie z przepisami. Formalnie nikt niczego nie łamie.

Ale czy naprawdę o taki speedway chodzi?


Toruń pokazał, jak powinien wyglądać nowoczesny żużel

Piątkowe otwarcie 5. kolejki PGE Ekstraligi przyniosło dwa zupełnie różne obrazy tej samej dyscypliny.

Najpierw Toruń.

Tor szeroki, z wieloma ścieżkami, pozwalający zarówno na jazdę przy krawężniku, jak i po zewnętrznej. Możliwość budowania ataku. Szukania prędkości. Obrony pozycji. Wiele możliwości ataków, Były przemyślane manewry, była walka łokieć w łokieć, były odpowiedzi na dystansie. To był żużel, który chce się oglądać.

Taki, po którym nawet jeśli wynik jest jednostronny, kibic nie czuje straty czasu. To widowisko, które może przyciągnąć nowych fanów. To reklama dyscypliny.


Grudziądz? Znów beton i jeden krawężnik

Kilka godzin później kibice zobaczyli zupełnie inny obraz.

Bayersystem GKM Grudziądz – Fogo Unia Leszno. Mecz ważny dla obu drużyn. Stawka ogromna.

Dla obu ekip to rywalizacja o coś więcej niż dwa ligowe punkty. I właśnie dlatego po raz kolejny pojawił się ten sam schemat stosowany na wąskim torze w Grudziądzu. Tor twardy. Ubity na beton. Przyczepny tylko w jednym miejscu.

Liczył się wyłącznie:

  • start,
  • pierwszy łuk,
  • dopadnięcie do krawężnika,
  • obrona linii jazdy.

A potem? Potem już niewiele można było zrobić. Nawet szybszy zawodnik często pozostawał bezradny. Nie było miejsca.

Nie było alternatywnej ścieżki. Nie było przestrzeni do walki. Był tylko beton. I kalkulacja.


Robert Kościecha i „wynik za wszelką cenę”

Nie jest tajemnicą, że w Grudziądzu tor ma swoją specyfikę. To obiekt wąski. Techniczny. Wymagający.

Ale można go przygotować na różne sposoby. Można stworzyć nawierzchnię sprzyjającą ściganiu. Można też przygotować tor tak, by maksymalnie wykorzystać atuty własnej drużyny. I właśnie to – zdaniem wielu kibiców i ekspertów – dzieje się tam regularnie.

Robert Kościecha, z charakterystycznym spokojem i rozbrajającym uśmiechem, robi swoje.

Efekt? Dobry wynik drużyny – pokonana najpierw Sparta a teraz Unia. Zadowolony prezes. Usatysfakcjonowani miejscowi kibice.

Ale czy zadowolony jest żużel? I przeciętny kibic speedwaya?


„Paluchostrada” w Gorzowie – już o tym pisaliśmy

To nie pierwszy taki przypadek. Na naszych łamach opisywaliśmy już „Paluchostradę” w Gorzowie. Tam również tor został przygotowany tak, by premiować jeden schemat jazdy: start. Pierwszy łuk. Krawężnik. Obrona pozycji.

Betard Sparta Wrocław męczyła się wtedy ze Stalą i wygrała dopiero w ostatnim biegu. Mijanek? Gigantyczna liczba… aż trzy.

Jak na PGE Ekstraligę to liczba wręcz symboliczna.


A jednak można inaczej. Olimpijski pokazał klasę

Najlepszy kontrast dało niedawno przygotowanie toru na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu podczas meczu Betard Sparty z Fogo Unią Leszno. Tor został przygotowany do ścigania. Nie pod dobry wynik (za wszelką cenę) zawodników gospodarzy. Nie pod „swoich”. Pod widowisko. Efekt? Padł rekord PGE Ekstraligi w liczbie mijanek. 37 wyprzedzeń. w jednym meczy ligowym.

Trzydzieści siedem. To pokazuje jedno: można. Nie trzeba betonować. Nie trzeba zabijać tego sportu.


Przemo Sierak mówi wprost

Na ten problem zwrócił uwagę również Przemo Sierak, znany kibicom z felietonów publikowanych także na naszych łamach.

Na swoim profilu na Facebooku napisał:

„Obejrzałem dwa spotkania inaugurujące 5 rundę Ekstraligi. W Toruniu tor do walki na całej szerokości. Mnóstwo ścieżek i możliwości. Kunszt. Finezja. Fantazja. Przemyślane ataki i skuteczne obrony. Chciało się oglądać, a czas upłynął niepostrzeżenie. Wynik meczu pozostał drugorzędnym doznaniem.

„Chwilę” później tradycyjnie zabetonowany Grudziądz. Wynik wysunął się na pierwszy plan. Tutaj deficyt mijanek. Jak wyjechali spod linek, tak nie bardzo mogli cokolwiek z tym „szczęściem” zrobić. Nawet ewidentnie szybszy zawodnik nie miał miejsca ani możliwości by się pościgać. Widać w punktach poszczególnych rajderów.

Mnie ten pierwszy mecz urzekł. Zapewne kogoś, kto pierwszy raz oglądał szlakę takoż mógł zafascynować i zachęcić, by wrócił przed ekran, a z czasem posmakował stadionu na żywo.

Ten drugi… . Dla koneserów, tak to określę…”

To bardzo trafna diagnoza. Bo właśnie o to chodzi. Nie każdy kibic jest „koneserem” – nastawionym na katowanie przez piętnaście biegów jazdą „gęsiego” – bo po starcie liczy się tylko krawężnik. Nie każdy chce „analizować”, tylko to kto lepiej trafił w start.

Większość chce po prostu zobaczyć walkę na dystansie – na całej długości i szerokości toru – nie tylko na pierwszym łuku zaraz po starcie.


Sukces przykryje wszystko?

Prawda jest brutalna. Jeśli klub osiągnie wynik… jeśli będzie medal… jeśli będzie sukces… mało kto po kilku latach będzie pamiętał, jaki był tor. Nikt nie będzie wspominał, że widowisko było słabe. W tabeli zostaną punkty. W gablocie może pojawić się trofeum.

Ale gdzieś po drodze można zgubić coś znacznie ważniejszego. Duszę tej dyscypliny.

Bo żużel bez walki na dystansie staje się przewidywalny. A przewidywalność zabija emocje. A brak emocji zabija zainteresowanie – to po prostu nuda wiejąca z toru. A bez zainteresowania kibiców nawet najlepsza liga świata może kiedyś zacząć gasnąć.

I właśnie dlatego warto dziś pytać głośno: czy wynik za wszelką cenę naprawdę jest wart tego, by odbierać kibicom piękno speedwaya i oglądanie wielu mijanek podczas pojedynczych biegów meczów PGE Ekstraligi?