Miał być kolejny wielki wieczór Macieja Janowskiego w reprezentacyjnych barwach. Były emocje, pełne trybuny i ogromne oczekiwania wobec biało-czerwonych. Finał Drużynowego Pucharu Świata na PGE Narodowym w Warszawie zakończył się jednak dla kapitana Betard Sparty Wrocław znacznie szybciej, niż sam z pewnością zakładał.

Polacy wywalczyli brązowy medal, ale Janowski nie odegrał tym razem takiej roli, jakiej można było oczekiwać po zawodniku znajdującym się w znakomitej formie. 35-latek pojawił się na torze zaledwie dwa razy. W dwóch startach zgromadził dwa punkty, a później pozostało mu obserwowanie rywalizacji z perspektywy parku maszyn.

Dla zawodnika, który w tym sezonie potwierdza swoją wysoką dyspozycję i niedawno po raz czwarty w karierze sięgnął po tytuł Indywidualnego Mistrza Polski, taki scenariusz z pewnością nie był wymarzony.

Dwa wyścigi i koniec startów

Janowski nie szukał jednak wymówek. Po zawodach spokojnie opowiedział o tym, jak wyglądała walka o właściwe ustawienia motocykla oraz dlaczego jego udział w finale zakończył się już po drugiej serii.

Kluczowe znaczenie miały zarówno pola startowe, jak i próby kolejnych zmian. W pierwszym wyścigu reprezentant Polski ruszał z pierwszego pola, które jego zdaniem nie dawało dużych możliwości. W kolejnym znalazł się na torze z czwartego pola, lecz po starcie został wywieziony szerzej i stracił na tym swoją pozycję.

Janowski podkreślił jednocześnie, że decyzje dotyczące jego dalszych występów należały do trenera. Zawodnik nie zamierzał podważać wyborów szkoleniowca, lecz podporządkował się ustaleniom zespołu.

„Cały czas wdrażaliśmy jakieś zmiany. W pierwszym biegu startowałem z pierwszego pola, które nie dawało zbyt wielu szans. W drugim biegu stanąłem na polu czwartym i dałem się wywieźć za daleko i trochę na tym straciłem. Na bieżąco robiliśmy zmiany, jednak decyzja trenera była taka. Wiadomo, że chciał dla drużyny jak najlepiej i my również go w tym wspieraliśmy. Nie ma takiej sytuacji, że podnoszę rękę i mówię, że ,,już nie chcę jechać’’ albo ,,dlaczego nie jadę’’. Tak zdecydował trener i my się z tym zgadzamy”

To właśnie w tych słowach najlepiej widać podejście Janowskiego do reprezentacyjnej rywalizacji. Nawet gdy sam zawodnik nie może kontynuować zawodów, najważniejsze pozostaje dobro całej drużyny.

Trudny wieczór mimo znakomitego sezonu

Występ na PGE Narodowym można było przewidzieć, patrząc na tegoroczne wyniki Janowskiego. Kapitan Betard Sparty Wrocław znajduje się bowiem w bardzo dobrej dyspozycji. Jednym z najważniejszych potwierdzeń jego formy był niedawny trzeci w karierze tytuł Indywidualnego Mistrza Polski.

Nic dziwnego, że jego udział w reprezentacji Polski podczas najważniejszej drużynowej imprezy sezonu wydawał się niemal oczywisty. Janowski doskonale zna ciężar takich zawodów i odpowiedzialność, która spoczywa na zawodniku występującym przed polską publicznością.

Trzy lata wcześniej we Wrocławiu był zresztą jednym z bohaterów reprezentacji. W decydującym wyścigu Drużynowego Pucharu Świata stoczył heroiczną walkę, a jego jazda przypieczętowała złoty medal dla Polski. Tym razem historia potoczyła się inaczej.

Janowski dostał tylko dwie szanse. Zdobył dwa punkty i na dalszą część finału musiał się pogodzić z rolą obserwatora.

Sam zawodnik podkreślał, że kiedy otrzymuje od trenera sygnał do walki, jego zadaniem jest zrobić wszystko, co znajduje się w jego możliwościach.

„Mam swoje zadanie i wiem, co mam zrobić. To nie jest pierwszy Puchar Świata ani pierwsza ważna impreza, w której brałem udział. Jeżeli trener wysyła mnie do walki, to daję z siebie wszystko, ale podczas tych zawodów nie mogłem zrobić więcej”

To był wieczór, w którym indywidualny wynik Janowskiego zdecydowanie nie odzwierciedlał jego formy z całego sezonu. Żużel na PGE Narodowym po raz kolejny okazał się jednak wymagającym wyzwaniem.

Warszawa znów nieodczarowana

Finał miał wyjątkową oprawę. Na trybunach PGE Narodowego pojawiło się około 50 tysięcy kibiców. Taka publiczność stworzyła atmosferę godną najważniejszej imprezy sezonu, a reprezentanci Polski mogli liczyć na potężne wsparcie z trybun.

Biało-czerwoni zakończyli zawody na trzecim miejscu. Podium jest sukcesem, ale w Warszawie apetyt zawsze sięga wyżej. Polska nadal nie zdołała wygrać zawodów na PGE Narodowym, a co za tym idzie, w stolicy wciąż nie zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego po zwycięstwie polskiej drużyny, czy też polskiego zawodnika.

Janowski zwrócił uwagę przede wszystkim na kibiców. Ich wsparcie po raz kolejny było jednym z najważniejszych elementów warszawskiego widowiska. Kapitan Sparty żałował jednak, że ogromnej energii płynącej z trybun nie udało się zamienić w złoty medal.

„Kibice nigdy nas nie zawodzą. Zawsze czujemy od nich ogromne wsparcie. Szkoda, że nie udało się odczarować tego pięknego stadionu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie ku temu okazja”

Brąz zamiast złota

Polacy stanęli więc na trzecim stopniu podium, a Janowski kończył wieczór z dwoma punktami i świadomością, że tym razem nie mógł odegrać takiej roli, jak podczas pamiętnego finału we Wrocławiu w 2023 roku.

Dla kapitana Betard Sparty był to przede wszystkim trudny indywidualnie występ podczas imprezy, w której oczekiwania wobec reprezentantów Polski zawsze są ogromne. Tegoroczny sezon pokazuje jednak, że jego dyspozycja jest znacznie lepsza niż sugerowałby sam rezultat z PGE Narodowego.

Warszawa ponownie postawiła przed polskimi żużlowcami trudne zadanie. Biało-czerwoni tym razem wywalczyli brąz, a Janowski musiał pogodzić się z rolą zawodnika, który przez większą część finału wspierał kolegów już spoza toru.

Pozostało więc jedno marzenie: kolejna okazja, by wypełniony po brzegi PGE Narodowy nie tylko ponownie przyjął żużlową reprezentację, ale wreszcie stał się miejscem polskiego zwycięstwa.

Źródło wypowiedzi: ekstraliga.pl
Zdjęcie: publiczny Fb Macieja Janowskiego