Zapraszamy do przeczytania ostatniej już części wywiadu z zawodnikiem Harpagana Zielona Góra Krystianem Górniaczykiem,

Na wirażu: Wróćmy jeszcze do sezonu 2010. W Zielonej Górze mieliście wówczas „dream team”. Z Szawera wspólnie z tobą  do ZKS przyszli Marcin Szymański, Maciej Ganczarek. Co się stało, ze mając tak silny skład, który sprawdzał się wcześniej w innym miejscu, nie zdobyliście wówczas tytułu DMP? Czy była duża presja na wywalczenie tytułu DMP? Nawet Paweł Kokot większość czasu spędzał wówczas na ławce rezerwowych.
            Krystian Górniaczyk:Tak, to był mój powrót do Zielonej Góry, który obiecałem. Obiecałem, że wrócę, gdy tylko powstanie tor i jak tylko wypełnię kontrakt w drużynie z Leszna. Tak też zrobiłem. Negocjacje trwały jednak sporo. Pojawił się gdzieś problem z finansami, ale to pomiędzy klubami, nie ze mną. Kasa tu nie grała roli w moim przypadku. Po prostu jej nie chciałem, jej nie było za ten transfer. Żeby ułatwić to wszystko zrezygnowałem z tego, aby to klub zapewnił mi sprzęt do jazdy. W Lesznie przy rozstaniu podgrzała się atmosfera. Odejść razem ze mną miało jeszcze trzech zawodników. Marcin, Maciej, Radek. Filar tego klubu. Nie powiem, dość mocno naciskałem, aby tak się stało, miałem gdzieś z tyłu głowy, że mamy okazję spełnić swoje kolejne cele. Zdobyć medal Drużynowych Mistrzostw Polski. Był plan, że zrobimy „dream team”. Ale to nie był warunek, abym wrócił. Decyzja jednak została podjęta przez zarząd. Kilka osób było za, jednak większość chyba przeciw. Stwierdzono, że klub stać na cztery takie transfery. Zapłaty regulaminowe między klubami, plus armia wrocławska. Wiem, że jakieś warunki były uzgadniane, ale mimo, że bardzo dobrze znam się z chłopakami, do dziś mam kontakt niemal codziennie z Maćkiem Ganczarkiem (pozdrawiam Maćko) to nigdy nie znałem szczegółów ich umów i wymagań, nie pytałem o to. Co do składu, to naprawdę ciężko było o mocniejszy klub, na papierze. Czołowa trójka kraju w składzie, lider i kapitan ZKS-u Krzysiu Piskorski, nie odstający nikomu z powyższych Marcin Pawłowski, do tego ja na pozycji juniorskiej. Nie przesadzę, jak powiem, że ciężko było znaleźć mocniejszy skład porównując pozycje za pozycję pod dany numer. Paweł był chyba przeciwny takiemu rozwiązaniu. Miał rację. Rozumiałem wychowanków, bo to oznaczało, że automatycznie trzech z nich schodzi na numery rezerwowe. Doprowadziło to do złego zakończenia. Nie zdobyliśmy medalu, nie skończyliśmy nawet sezonu. Pierwszy posypałem się ja, mający już kotwice w kościach i jakieś ustrojstwa w barku po operacji na początku 2010 roku, zrywam wiązadła w kolanie, pojawiają się problemy, zabiegi, wypadłem z projektu. Chwilę później było gorzej, przegrany mecz, pierwszy walkower, brak wyjazdu na mecz, budżet jednak tego nie zniósł. Atmosfera słaba, morale wychowanków zdewastowane, słaby rok, zdecydowanie. Paweł, jak i wielu wychowanków, spędzało czas na ławce, to prawda. Nie powinno tak być, patrząc z perspektywy czasu. Z drugiej strony, przecież liderzy ZKS wywalczyli wtedy historyczny złoty medal Klubowych Mistrzostw Europy. Mądry Polak po szkodzie.

Nw:  Jakim człowiekiem jest Krzysztof Zakrzewski? Jak z perspektywy lat oceniasz jego pracę i zaangażowanie dla ZKS?
            KG: W mojej opinii, należałoby przytoczyć słynny cytat Grzegorza Walaska, którym to określił pewnego zawodnika żużlowego. Myślę, że to nie jest czas i miejsce jednak na dłuższą wypowiedź.

Nw: W 2017 wspólnie z innymi kolegami z toru min. Pawłem Kokotem, Arturem Bujnowskim wystartowałeś w rozgrywkach 1 Ligi Okręgu Zachodniego w drużynie Harpagan Zielona Góra? Dlaczego nie w ZKS? Co było powodem „rozłamu” w zielonogórskim speedrowerze?
            KG: Nie było rozłamu, bo nie było dwóch klubów. Był Zielonogórski Klub Speedrowerowy. Kuźnia talentów, bardzo dobrych zawodników. Niestety polityka w tym klubie i atmosfera była i nadal jest beznadziejna. Prowadzenie klubu mocno kontrowersyjne.  Wyprzedawanie niejednokrotnie klubowych rzeczy, części to jakiś żart. Może nie żart, a dramat. Jak można tak żerować na dzieciakach, dla których często ten klub, tor jest całym światem. Konsekwentnie to samo się dzieję od początków tego klubu. A to wszystko za sprawą jednej persony. Jest to bardzo przykre, bo z perspektywy czasu patrząc na inne kluby w Polsce, każdy funkcjonuje, każdy ma zawodników, którzy jeżdżą po kilkanaście lat. Proszę wymienić mi chociaż jednego aktywnego zawodnika w ZKSie, który rozpoczął swoją karierę dalej niż pięć lat temu. Rok w rok, doszczętnie są niszczone marzenia, przede wszystkim potencjał. Zawodnicy, z którymi rozpoczynałem przygodę, zawodnicy, którzy dołączali do nas. Gdzie są ? Każdy jeden miał dość brania w tym udziału i skończył karierę/przygodę. Każdy jeden, bo przecież nie ma nikogo. Ci, którym zniszczono marzenia, ale nie obrzydzono pasji są aktualnie w Harpaganie. I tu znowu kolejny raz takich chłopaków, w tym mnie, ratuje Paweł Kokot zakładając właśnie ten klub, tworząc ten projekt. Wyciągnął rękę w 2010 roku, chowając uraz i to, że sam też był kopany w tyłek i niejednokrotnie okradany z marzeń. W 2015 roku, w podziękowaniu za wyciągnięcie statku spod wody, dostał zaszczytnego sms-a, w którym to dowiedział się, że właśnie przestał być prezesem. Czy to jest poważne zachowanie? Przecież kierują tym dorośli ludzie. Tak właściwie to jeden człowiek… Szkoda tylko tych młodych chłopaków aktualnie jeżdżących w klubie. Wyciągnęliśmy dłoń, zainicjowaliśmy spotkanie, była rozmowa. Odrzucono propozycję i niejako spalono mosty. Szkoda, bo to przecież o dobre imię tego samego miasta walczymy.

Krystian Górniaczyk, Radosław Handke

Nw: Czy twój powrót na tor świadczy o tym, że lepiej jest się ścigać na torze, niż prowadzić drużynę?
            KG: Mój powrót świadczy o tym, że po tylu latach, to wszystko wróciło. Głód jazdy, pasja, chęć rywalizacji, nadzieja na zabawę, ale i na wynik. Wszystko przez jeden spontaniczny wyjazd. Wszystko przez chłopaków, starą gwardie, dziadów z pasją. To jest kolejny raz kiedy wracam, a przecież ten ultra maraton miał być ostatnim wydarzeniem sportowym. Jednak rozkochałem się w tym na nowo. Mam też jeszcze jeden cel, jedno marzenie, które kiedyś wyznałem.  „Zdobyć medal Drużynowych Mistrzostw Polski z Zielona Górą”. Jak nie ZKS, to Harpagan. A może połączymy kiedyś siły? To wszystko powoduje, że wracam. Mam wspaniałą rodzinę, wspierającą, piękną żonę, cudowną, błyskotliwą córkę, za chwilę urodzi nam się druga córka, w której już jesteśmy zakochani. Podoba mi się moje życie. Ale jak się okazuję, muszę mieć też pasje. Cieszę się, że mimo wszystko rodzina to rozumie. Dziękuje im za to. Podobno życie bez pasji to nie życie. Nie kręci mnie malowanie obrazów, sklejanie modeli samolotów, więc muszę mieć sport. Tak więc wracam, kolejny raz do Zielonej Góry. Mam nadzieję, że do trzech razy sztuka i tym razem kontuzja mi nie pokrzyżuje planów. Co do samego prowadzenia drużyny, to powiem, że też odnajduję się w takiej wersji. Aktualnie prowadzę kilka osób indywidualnie, może nie w speedrowerze, ale prowadzę treningi, rozpisuje treningi, pomagam osiągnąć cele. Są efekty, jest zadowolenie ze strony podopiecznych, także chyba jest okej. Lubię pracować z ludźmi, lubię trochę pomyśleć, pokombinować, ułożyć jakąś taktykę, coś rozegrać. Także rola trenera mi odpowiadała i nie zamykam się na taką opcję w przyszłości.

Nw: Czy z perspektywy lat patrząc na swoją karierę uważasz, że mając taki talent mógłbyś osiągnąć jeszcze więcej, czy może poprowadziłbyś swoją karierę zupełnie inaczej?
            KG: Staram się nie rozważać tego w tej kategorii, ponieważ robiłem wszystko co mogłem, najlepiej jak potrafiłem, aby być najlepszym. Talent. Wiele osób uważa, że to ogromny talent. Fakt, miałem predyspozycję do dobrych wyników sportowych. Łatwo powiedzieć, że ktoś, kto ma talent to ma łatwo. Mało kto wie ile godzin poświęciłem na doskonalenie formy. Mam na myśli te wszystkie godziny, po treningach, w domu, w piwnicy. Mało  kto wie, że był etap kiedy trenowałem blisko 300 dni w roku, kiedy byłem w najwyższej formie w speedrowerze. Mało osób wie też to, że przed wylotem do Australii, skuwałem lód i śnieg ze ścieżki rowerowej, żeby móc trenować starty przy minus 11 stopniach. To są moje przykłady. Ale każdy z zawodników, w jakiejkolwiek dziedzinie, każdy jego sukces na pewno jest pokryty tytaniczną pracą, sam talent to nie wszystko. Ogólnie czuję się spełniony. Osiągnąłem to co zamierzałem, a nawet więcej. Wiadomo, zawsze jest niedosyt. Tutaj poza jednymi zawodami, kiedy odebrano mi szansę w Mistrzostwach Europy Juniorów… nie będę tego rozwijał. Tak naprawdę mogę mieć tylko żal o zdrowie, bo tylko to i wyłącznie to pokonało mnie i zabrało szanse, okazję do kontynuowania całej tej przygody. Byłem już powoli zmęczony powrotami do sprawności, kontuzją, walką, rehabilitacją, kolejną nadzieją. Kiedy już minąłem te ciężkie chwile, stawałem pod taśmą, zawody, zaczynałem się cieszyć z tego, że się udało. I nagle znowu. Raz, drugi można znieść, ale wola walki kiedyś się kończy i zaciera się gdzieś ten cel i sens kolejnej żmudnej pracy do powrotu. Co tu dużo mówić, wyniszczył mnie dość mocno sport, w tamtym okresie, to trzy czwarte swojego życia tak naprawdę ciągle coś trenowałem. Musiało się to odbić przy takiej intensywności. Odpocząłem trochę, odbiłem to sobie. Nie powiem standardowej regułki będącej teraz na topie, że wracam silniejszy. Bo ciężko będzie o powtórkę formy z tamtych czasów, ale na pewno nie chce być tylko statystą.

Nw: Skąd ksywa „Krypol”? Czy jej pochodzenie jest takie proste jak w przypadku Kokosa
            KG: Najpewniej od imienia. Nie ma tutaj zawiłej genezy. Tak też twierdzą Ci, którzy pierwsi mnie tak nazwali.

Nw: W tym roku startowałeś w drużynie Harpagana, która zdobyła wicemistrzostwo 1 Ligi Okręgu Zachodniego. Jakie masz sportowe plany na rok 2021?
            KG: Wystartowaliśmy w tym roku po raz drugi jako Harpagan Zielona Góra. Moje sportowe plany na przyszły sezon zmieniają się niemal codziennie. Bardzo dużo decyzji do podjęcia, jeszcze więcej pracy przy realizacji tych pomysłów. Także plan jest taki, aby to co zamierzam i to co zamierzamy jako Harpagan po prostu wypaliło. Nie mam oczekiwań co do formy, ani tym bardziej sukcesów. Chcę jeździć. Jak będzie pasował termin, będę starał się startować. W 2021 stawiam na rozjeżdżenie się, zaliczenie kilku większych imprez i przede wszystkim dobrą zabawę ze swoją „ekipą”. Jeszcze miesiąc temu mówiliśmy, że zbierzemy się spontanicznie na jeden weekend, odjedziemy mecz, albo od razu dwa, a zaszliśmy z planami i działaniem dużo, dużo dalej. Czas pokaże jak daleko i z jakim skutkiem. Przede wszystkim, aby być zdrowym!

Nw: Czy speedrowerowe starty traktujesz już teraz czysto hobbistycznie?
            Patrząc w tej chwili realnie na to w jakim jestem miejscu z formą i objeżdżeniem to inaczej nie powinienem myśleć. Traktować to tylko jako hobby, bez ciśnienia i oczekiwań. Za chwilę będę miał 29 lat, dwójkę dzieci. Mam pracę, dom, drugą pracę. Wiadomo, że ze speedrowera na życie nie zarobię, a dołożę i to nie mało. Jeżeli uda się wpisać w „terminarz życia rodzinnego i obowiązków” takie pozycję jak trening, trening, mecz, wyjazd, trening, to na pewno będę mógł potraktować to poważniej. To nie jest tak, że chcę tylko usiąść na rower i jakoś to będzie. Bardziej myślę o tym, żeby nie rzucać deklaracji i nie wymagać od siebie wielkich rzeczy, bo mogę się szybko spalić. Podsumowując, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jak będzie zdrowie i czas, to pojawię się w okolicach podium jakiegoś finału. I mam nadzieję, że nie będzie to tylko finał osiedlowy.

Nw: Dziękuję za rozmowę i życzę, z sukcesami, realizacji twoich pasji.
            KG: Przede wszystkim dziękuję za zainteresowanie moją osobą. Dziękuję za bardzo dobre pytania, które pozwoliły mi odtworzyć w pamięci całą moją przygodę i niejednokrotnie przy tym wzruszyć.
Pozdrawiam wszystkich ujętych w mojej rozmowie. Życzę wszystkim, aby pasja nigdy się nie kończyła.
Aktywnym zawodnikom mówię do zobaczenia.
W Zielonej Tylko Harpagan.
Hej.