W pierwszej części Krystian Górniaczyk opowiadał o początkach swojej sportowej kariery, o swoich pasjach. Teraz będzie jeszcze ciekawiej. Zapraszamy na drugą część wywiadu.

Na wirażu: Skoro już o IMP rozmawiamy. W 2007 r. byłeś najmłodszym uczestnikiem IMP w Lesznie. Wówczas swój czwarty tytuł IMP zdobył Marcin Szymański. Z ZKS startowało was pięciu. Do finałowej 16 awansowałeś wraz z Krzysztofem Piskorskim, kapitanem ZKS. Wówczas sportzgóra.pl pisał o tobie: „Mimo, że młody zielonogórzanin zajął szesnastą pozycję, to dwa wywalczone punkty, a także postawa na torze pokazały, że dystans do znacznie bardziej doświadczonych zawodników nie jest aż tak duży jak mogło by się wydawać”. Czy ty też tak pamiętasz tamte finały? 
            Krystian Górniaczyk: Pamiętam, pamiętam. Pojechaliśmy pod Leszno nad jezioro. Jeden z kolegów miał urodziny. Było bardzo ciekawie, szczególnie, że obok nas byli koledzy ze Śląska Świętochłowice. Kamil i Krzysiek. Było świętowanie urodzin. Oczywiście. „ale ja nie” 🙂 miałem wtedy piętnaście lat. Pomińmy to może. Spaliśmy w busie klubowym, bo nie dogadaliśmy się z naszym trenerem. Było fajnie, stary klimat wyjazdów. Rano odbywały się półfinały Mistrzostw Polski. Jechałem w pierwszym półfinale z Krzyśkiem i Marcinem z ZKS-u. Samo to, że tam mogłem wystartować było super. Wygrałem pierwszy bieg w półfinale. W drugim z kolei, na dystansie wywalczyłem dwa punkty. W trzecim przechytrzyłem bardziej doświadczonego rywala. Dwa kolejne biegi gdzie dowiozłem punkty i awansowałem do Finału Mistrzostw Polski. Byłem najmłodszym uczestnikiem tego finału. Na tamtą chwilę chyba nigdy wcześniej młodszego nie było. Wtedy powiedziałem, że przyjechałem tam, bo chciałem obejrzeć w końcu finał. Wiedziałem, że jest mega poziom i super ściganie. Samo to, że byłem w finale, nasyciło mnie na tyle, że startowałem i jechałem przyglądając się jak reszta się ściga. Spełniłem wtedy swoje marzenie, którym było obejrzeć taki finał, a to, że w nim brałem już udział to była niespodzianka i nawet nie zdążyłem o takim czymś zamarzyć a już to miałem. 

Na: W barwach zielonogórskiej drużyny występowałeś przez trzy sezony – w latach 2005 – 2007. W latach 2008 – 2009 przez dwa sezony byłeś zawodnikiem Szawera Leszno. Jako młody zawodnik zdecydowałeś się zmienić otoczenie. Co było powodem twojej decyzji o zmianie barw klubowych? 
            KG: Za nic nie zmieniłbym Zielonej Góry, gdyby nie fakt, że tylko to tak naprawdę dawało mi szansę i nadzieję na rozwój. Po pierwsze, wtedy nie było transferowania zawodników na prawo i lewo. Kluby jeździły raczej wychowankami. Wyjątkiem był właśnie m.in Szawer Leszno. Po drugie to przywiązanie, lokalne. Od zawsze kocham to miasto. Jednak w 2007 klub żużlowy wyburzał nasz tor, co spowodowało kompletny jego brak. Budowa nowego toru, a raczej jego plany dopiero powstawały. Wiadomo było więc, że sezon 2008 będzie bez toru. Był „dziki tor” na jednym z boisk, ale powstał po moim przejściu już. Poza tym i tak, nie był na tyle profesjonalny, aby zrobić na nim formę na medale. Mimo tego, że była wizja słabego sezonu pod kątem treningowym i meczowym, to przez chwilę nawet nie brałem pod uwagę zmiany klubu. Nie ma to nie ma, jedziemy na tym co będzie. Jakoś nie przeszkadzało mi do tej pory ściganie się po lasach. W ten sposób myślałem, zapewne moi koledzy też. Nadszedł ostatni dzień grudnia, Sylwester. Siedziałem przy komputerze, gadu-gadu jeszcze wtedy funkcjonowało i napisał do mnie p. Euzebiusz Szudra, z Szawera Leszno. Historia ciekawa, w której to do czasu spotkania w Lesznie, uważałem, że ktoś mnie ciągle wkręca. Parę tygodni walczyłem ze sobą co mam zrobić. Zrobiłem tabelkę z plusami i minusami. Były trzy kluby, bo jeszcze w międzyczasie pojawiła się jedna opcja. Za Zielona Górą był jeden czy dwa plusy, bo blisko i bo Zielona Góra. Tam było więcej. Nie żałuję decyzji, ponieważ to co przeżyłem w klubie z Leszna, to na jaki poziom tam wskoczyłem, to jakie zawody odjechałem, jak bardzo prestiżowe mecze i turnieje były wygrywane tylko wyszło mi na dobre. Głęboka woda, nawet bardzo. Ale miałem od kogo się uczyć, dużo obserwowałem. Wyjazd do Australii mocno mnie odblokował, otworzyłem się trochę bardziej. Bardzo dobre dwa lata w klubie, zwieńczone Mistrzostwem Świata. 

Nw: Jako 14 latek w pewnym momencie „odpaliłeś” i zacząłeś wyróżniać się wśród swoich rówieśników. Co było powodem twojej przewagi nad innymi zawodnikami? Zastosowałeś jakieś specjalistyczne treningi?
           KG: Coś w tym jest. Rzeczywiście tak było. Kręciłem kółka na torze, raz z przodu, raz z tyłu. Było dobrze, ale… tylko dobrze. Zresztą… ani ja, ani nikt inny nie oczekiwał, że będzie wtedy lepiej, nie sądziłem że może być lepiej. Nadeszły wakacje, pojechałem na dość długo do ojca nad morze. Chyba miesiąc tam byłem. Warunki idealne, plaża, pogoda, woda. Pobiegałem, nabrałem siły, pojadłem, zatęskniłem za rowerem. Wtedy nie było stosowania suplementów, ekstremalnych treningów specjalistycznych, czy innych dopingów czy kto tam co bierze. Czysty, dobry trening. Nie było założenia, że musze odpalić. Po prostu spędzałem aktywnie wakacje. Wróciłem do Zielonej Góry. Pojechałem na trening, rower pod tyłek, parę kółek luźno, kilka lekkich startów i zaczęliśmy już konkretne biegi. Wtedy każdy z nas zauważył postęp. Ja sam czułem się dziwnie, bo nie spodziewałem takiej różnicy. Szybciej kręciłem tymi pedałami, stałem się bardziej fizyczny, ze startu wychodziłem dużo lepiej. Z treningu na trening było to bardziej widać. Ojciec przywiózł mi siłownie do mojego garażu, miałem wolnobieg na zmianę, na cięższe przełożenie, na którym jeździłem cały czas, między meczami. Sporo czasu spędziłem też na zrobieniu roweru. Rozkręcałem, skręcałem. Rodzice bardzo pomogli mi w skompletowaniu wielu nowych części, miałem bardzo porządny sprzęt. Wszystko dobrze się zazębiało. Przyszedł czas na ligę, w tym przypadku wyjazd na Śląsk. Dwa mecze. Świętochłowice i Krosno. Walczyliśmy o wygrane i o bonus. Skład okrojony, pamiętam, że wypadł Paweł Kokot, nie było Artura Bujnowskiego, Maćka Hlebika. Zdobyłem 14 punktów (3,3,3,3,2) Na tamtą chwile ja w całej karierze ligowej tyle nie zdobyłem. Wygrywałem  z liderami Śląska, Kamilem Bielicą czy Markiem Pronobisem. Mecz przegrany, chyba z bonusem na szczęście. Na drugi dzień mecz w Krośnie, tam powtórka, wraz z Krzysiem Piskorskim byłem liderem ZKS-u. Chyba 11 punktów. Tu już punktacji nie pamiętam, ale nawierzchnia w kolanie do dzisiaj przypomina, jaki dzwon na prowadzeniu miałem. Szczoteczką do zębów tego nie wyczyściłem. Wtedy już byłem pewien, że to nie minie tak szybko, że to nie przypadek, wskoczyłem na wyższy poziom. Potwierdziły to dwa kolejne mecze u nas. Z Ostrowem robiąc 14 punktów, pokonując Marcina Kołatę czy Piotrka Jamroszczyka, którzy wtedy wygrywali większość zawodów. Przeciwko ekipie z Żołędowa, w którym przywiozłem też dwucyfrowy wynik.
Podsumowałem sezon zdobyciem Mistrzostwa Polski Kadetów, z kompletem punktów. 

Nw: Wielu czołowych zawodników z Marcinem Szymańskim i Maćkiem Ganczarkiem na czele twierdziło, że masz ataki „numer jeden na świecie”. Preferowałeś więc ofensywny styl jazdy. Co sprawiło, że jeździłeś bardzo odważnie i miałeś ciekawy styl jazdy? Podpatrywałeś jakiś zawodników ówcześnie startujących, czy było to tylko wypracowane przez ciebie na treningach?
            KG: Speedrowera nauczył mnie Lars, jak wspominałem. On też jeździł ofensywnie, więc automatycznie takiej jazdy byłem uczony. Żużlowymi idolami byli Nicki Pedersen i Tomasz Gollob. Chyba dodawać więcej nie muszę. Jeszcze za czasów wyścigów na osiedlowym rondzie pamiętam lekkie spięcie z Larsem, który zresztą symbolicznie, ale spoliczkował w geście pretensji, że za ostro pojechałem i mogliśmy porządnie się zawinąć na jednym z łuków. Gdzieś mu tam się wcisnąłem pod łokieć. Nie było miękkiej gry. Faule też były, nie raz ktoś celowo kogoś pakował w płot, czy też w maskę stojącego samochodu przy rondzie. Ilość przyjętych i rozdanych „nóżek” jest ogromna. Od zawsze szukałem kontaktu. Raz przypłaciłem taki atak kołnierzem ortopedycznym na blisko pół roku. To był 2009, jeden z treningów. Wtedy Lars wchodził Chrisowi na dzidę, mi coś strzeliło do głowy, żeby wejść pod nich obu. Upadliśmy wszyscy 😀 Zdarzyły się zbyt mocne i agresywne ataki, po których wylatywałem z niejednego wyścigu. Szczególnie w pamięci utkwił ten, po którym oponent trafił do szpitala. Nie było to moim zamiarem, oboje jechaliśmy na siebie, ktoś musiał upaść. Ja nie wystawiłem łokcia, tylko bark i dlatego wyszło jak wyszło.
            Wiele razy słyszałem w prywatnych rozmowach od innych zawodników, czy też działaczy, że mam fajny styl jazdy. Mam gdzieś w domu nawet wydrukowany fragment z pewnego forum. Jest to wpis po tym jak sędzia dwukrotnie wykluczył mnie z zawodów, gdzie już miałem uzbierane (4,4,3 i otwartą drogę do finału). Dopowiem tylko, że sędzia przyznał się do błędu w pierwszym wykluczeniu i celowości w drugim wykluczeniu.
Znalazłem ten wpis nawet w sieci. Oto on:
„W Ostrowie miałam okazję oglądać i w duszy oceniać jazdę wszystkich juniorów (wyłączając „dzikie karty”). Bardzo serdecznie chciałabym pogratulować „Krypolowi” Górniaczykowi – wg mnie zasłużyłeś na miejsce w finale, a nawet na podium, Twoja jazda na eliminacjach była obłędna! Dla takich zawodników jak Ty po prostu warto przychodzić na tor.„

            To bardzo miłe, szczególnie czytając to teraz, dwanaście lat od tego wydarzenia. Lubiłem ofensywny styl jazdy, sprawiało mi to frajdę. Swoją drogą, jak miałem jechać, skoro nie byłem pierwszy, a przecież o to chyba w tym wszystkim chodzi.

Odpowiadając konkretnie na zadane pytanie. Bardzo cieszy fakt, że tak klasowi zawodnicy uznają moje „dzidy”, bo to o nich mowa. Marcin i Maciej byli moimi speedrowerowymi idolami. Kilka lat później byliśmy kolegami z drużyny. Więc tak naprawdę cały czas miałem od kogo się uczyć. Kiedy pierwszy raz chłopaki mi to powiedzieli, a miałem chyba jeszcze 16 lat, może już 17, to chyba bardziej to mnie „jarało” niż wygrany losowy mecz. Traktowałem to jako pewnego rodzaju wyróżnienie.

Fakt, ten atak szkoliłem długo, wykonałem go dziesiątki, setki razy na treningach, na zawodach. Często prosiłem któregoś z kolegów o symulacje wyścigu, na mniejszej prędkości. Nierzadko ustawiałem sobie słupki na torze, czy miejscu, w którym trenowałem. Musiałem się zmieścić „w polu”. Ustawiałem różne schematy, „nożyce” też musiałem potrafić wykonać. Ale miałem swój ulubiony, dlatego szukałem idealnego momentu, w którym ten atak powinienem wykonać. Jeźdźców bez głowy nie brakuje i kończą z wykluczeniami czy gipsem, albo zwyczajnie ze skasowanym rowerem. Ja nie atakowałem na każdym łuku, czekałem na moment, aż przeciwnik da znać, że już się męczy, wtedy widziałem czy ja jeszcze mogę przyśpieszyć, czy też już tych sił nie mam. Druga sprawa, to uśpienie gościa, często dwa, nawet trzy okrążenia pokazywania się po zewnętrznej. Trzecia sprawa to dystans. Zbyt blisko na kole, będzie czujny i zacznie wozić. Za daleko z tyłu, to nie zmieszczę ataku. I najważniejsze – ten moment, kiedy, on odwraca się szukając mnie po zewnętrznej. Ja tam oczywiście nadal jestem. On, przekonany, że jest bezpieczny, wraca wzrokiem przed siebie. Dokładnie w tym samym czasie, zaczynam atak. Sekundę później, spotykamy się na szczycie łuku, bark w bark, z tym, że to On jest już po zewnętrznej. Po wszystkim zerkam kontrolnie w prawo, czy nadal jest na torze. Nie wiem czy powinienem to opisywać bardziej szczegółowo, jeszcze zaraz ktoś zacznie robić to lepiej 🙂 Być może właśnie rozebranie ataku na czynniki, zdecydowało, że był tak efektywny.. Żeby zrobić to dobrze, nie wystarczyło tylko zamknąć oczu.

Nw: Po tytule w 2006 r zdobyłeś jeszcze IMP kadetów w 2007r również w Zielonej Górze. Potem było jeszcze wicemistrzostwo Polski Juniorów i klubowe mistrzostwo świata – oba te sukcesy w 2009 r już w barwach Szawera Leszno. Który z tytułów wywalczonych na torze uważasz za swój największy? Który z nich było najtrudniej wywalczyć? A do którego podchodzisz z największym sentymentem? A może jest jakieś inne osiągnięcie, które cenisz sobie najbardziej?
            KG: Tu musiałbym się dłużej zastanowić. Jest kilka równie ważnych, zaczynając od pierwszego Mistrzostwa Polski Młodzików, były to moje drugie zawody w życiu, 1,5 miesiąca od debiutu w zawodach. To samo tyczy się Mistrzostw Polski Kadetów, tu też udało się wywalczyć tytuł. Rok po roku można powiedzieć – to są te, które mają dla mnie największy sentyment.
Na pewno najbardziej prestiżowe to zdobycie Mistrzostwa Świata w Australii, z racji rangi zawodów. Bardzo ciężki miesiąc tam spędziłem, byłem jedynym Polskim juniorem, dookoła starsi koledzy z kadry i nie tylko. Mnóstwo nowych ludzi, ja miałem tam 17 lat niecałe.
Chyba znalazłem swój numer 1. Największym sukcesem uważam wynik, który zrobiłem w 2008 roku w zawodach parowych. Zdobyłem wtedy 47 punktów na 48 możliwych, dwanaście startów, najściślejsza czołówka zawodników, wielu faworytów. Byłem tego dnia naprawdę mocny, zamykałem ze startu największych rywali, na trasie robiliśmy co się tylko da, odbijanie pozycji, pilnowanie, kalkulacje, jak w amoku. Piękny dzień, to było w Gnieźnie. Pamiętam. Tak, to był mój numer jeden. Dodam jeszcze tylko, że tu nie zdobyliśmy złota, zajęliśmy drugie miejsce. W tym dniu miałem jedną z lepszych swoich dyspozycji. Na równi z poprzednim mogę też uplasować Indywidualne Mistrzostwa Europy Juniorów w 2008 rozgrywane w Ostrowie Wielkopolskim. Po zdobyciu tytułów mistrzowskich w kraju, kolejnym celem były Mistrzostwa Europy i na koniec Mistrzostwa Świata. Bardzo ciężko trenowałem przed tymi zawodami. Myślę, że wtedy miałem najwyższą formę w swoim życiu. (4,4,3,w,w) – nie wiem czy i jak to skomentować dalej. Dwukrotnie zostałem niesłusznie wykluczony. Bardzo długo przeżywałem te zawody. Wynik nie był najlepszy, ale przez formę jaką przygotowałem na tamte zawody, muszę je sklasyfikować tak wysoko.
Finał Mistrzostw Polski w 2007 roku, do którego wszedłem jako piętnastolatek, też powinienem brać pod uwagę w tym zestawieniu. Wszystkie mistrzostwa zdobyte w 2006, 2007 też powinny być wysoko, przecież wygrywałem je z kompletem punktów. Być może ten największy sukces dopiero przede mną i wtedy nie będę miał problemu z klasyfikacją ?

Nw: Z Szawerem Leszno zostałeś DMP. Oprócz tego miałeś inne sukcesy w młodzieżowym speedrowerze. Co sprawiło, że po powrocie do Zielonej Góry w 2010 r, jeszcze tylko raz pojawiłeś się na torze w 2011 r i nagle zniknąłeś ze speedrowera?
            KG: Dokładnie, z leszczyńskim zespołem zdobyłem wiele tytułów, m.in. Drużynowe Mistrzostwo Polski, Drużynowe Mistrzostwo Polski Juniorów, Drużynowy Puchar Polski Juniorów, Klubowe Mistrzostwo Świata.  Co sprawiło, że zniknąłem ? Zdrowie, a raczej jego brak. W pewnym momencie stałem się człowiekiem szklanką. Nałożyło się wiele mikro urazów, kilka poważniejszych upadków, uszkodzenia wynikające z poprzednich lat. Wszystko się odkładało i po kolei trzeba było się naprawiać. Teraz, w 2020 roku, mam w sobie śruby, blachy, kotwice w barku, przeszczep alogenny i inne ustrojstwa w kolanie, które było naprawiane trzykrotnie. Zwyczajnie zmęczyło mnie psychicznie wracanie po kontuzji. Ile można. Pół roku dochodzisz do podstawowej sprawności, kolejne miesiące poprawiasz formę, kiedy już przychodzi mecz, zawody, wypadasz znowu. Ponownie, zabieg, rehabilitacja, robienie formy. Nie chciało mi się już po prostu.

Nw: Co porabiał Krystian Górniaczyk jak nie startował w zawodach speedrowerowych? Nie brakowało tobie regularnych startów, treningów?
            KG: Sporo ciekawych rzeczy – wiele miesięcy spędzonych w tym czasie w łóżku domowym, czy też szpitalnym, nie biorąc pod uwagę kolejnych kilkunastu miesięcy na rehabilitacjach. Żarcik, ale tak też było. Byłem w tym czasie za granicą, trochę ponad dwa lata. Wróciłem do kraju, spróbowałem wznowić jazdę, byłem trenerem chłopaków w ZKSie. Wziąłem udział dwukrotnie w projektach Harpagan w 2017 i 2020 roku. Systematycznie trenowałem, jednak przytrafił się pech w połowie 2017 roku i skręciłem kolano… na chodniku, zrywając wiązadła krzyżowe. Na szczęście przeszedłem wtedy też ostatni zabieg rekonstrukcji wiązadeł, wszczepiono mi już nie moje „materiały” i powoli wracałem do sprawności. Rok 2019 był już bardziej intensywny, sporo biegałem w błocie z przeszkodami, 2020 podobnie, do czasu, powiedzmy „pandemii”. Rozkręciłem się na dobre, trenując przez pięć miesięcy po 5-6 razy w tygodniu, biegałem, choć tego nienawidzę. Miałem nawet osobistego trenera, który wiedział na kiedy i na co ma mnie przygotować. Świat jednak się trochę zatrzymał, co wykorzystałem niestety jako dobrą wymówkę do pauzy w treningach. Podkochałem się trochę w konsoli, sporo wieczorów/nocy z padem w rękach. Pojadłem trochę za dużo przy okazji. Można powiedzieć, że się rozleniwiłem. Typowo prywatnie to jednak był to czas dużych zmian, kluczowych decyzji, miałem na to sporo czasu i wiele rzeczy było do poprawy. Urodziła nam się córka Julia, oszalałem na jej punkcie. Oczko w głowie. Po dziesięciu latach wspólnych wzięliśmy ślub z Kariną. Czekamy na drugą córkę. Zmieniłem dość mocno życie codzienne, większość czasu spędzam w domu, lub w rodzinnym gronie, sporo się uczyłem, zrobiłem wiele szkoleń, kursów. Robiłem to na co nie miałem wcześniej czasu, pieniędzy lub zwyczajnie okazji. Spełniałem się w sytuacjach codziennych. Wyeliminowałem wiele złych nawyków, przyzwyczajeń, a nawet uzależnień. O speedrowerze, szczerze mówiąc nawet chciałem celowo zapomnieć. Na początku nie radziłem sobie z tym, że to koniec, ale czas leczy rany i oto jest plan.

Nw: Podczas swojej kariery miałeś okazję startować z człowiekiem-legendą speedrowera w Zielonej Górze z Pawłem Kokotem. Jakim był kolegą na torze? Czy jakoś wspierał młodszych zawodników wchodzących do składu?
            KG: Z Pawłem to było tak, że najpierw się go bałem, przychodząc na pierwsze treningi. Teraz jest tak, że konsultujemy wiele ruchów związanych z tym sportem, albo planujemy wycieczki w góry.  Szukam w pamięci wspólnych biegów w parze, przychodzi mi do głowy aktualnie ten bieg całkiem niedawno.  W Lesznie, mecz ligi okręgowej. Jechałem z czwartego pola, Paweł z drugiego. Wyszedłem spod taśmy słabiej niż zawodnik z trzeciego pola, jednak już na wyjściu z łuku byłem przed nim. Wiadomo jak był rozegrany ten start i jak dużą robotę zrobił w pierwszym łuku wtedy Kokos. Więc tutaj był dobrym kolegą. Pamiętam też wyścigi właśnie z lat 2004, 2005, lubuska liga speedrowera. Nasze drużyny walczyły o tytuł. Właśnie tam dostałem pierwszą nóżkę, na którą czekałem, wiedząc, że jeżeli na starcie będę blisko Pawła, to ją wyłapie. Dojeżdżam do łuku, Paweł zamyka, cyk. Wiadomo co było. Miałem chyba dwanaście lat. Wstałem, zero pretensji, plastikowy uśmieszek i do boksu. Były jeszcze zawody rok później. Też decydujące. Tam były dantejskie sceny. Kto był ten wie. Paweł na pewno też je pamięta. Ja wtedy stałem, przestraszony w parkingu i przyglądałem się „walce wieczoru”. Bałem się, że mi też się oberwie, bo to drużyna, w której jeździłem wtedy wygrała. Teraz śmieję się za każdym razem z tego dnia. Zresztą, wszyscy się śmiejemy jak to wspominamy. Kojo to równy gość, można mu poświęcić kilka stron takich opowieści.
Samo to, że ratował klub, był jego prezesem, a tak naprawdę człowiekiem orkiestrą. Sam, jeden został na tonącym statku. Prawdziwy kapitan. Nie zszedł z niego, a wprowadził klub w najlepsze lata w jego historii. Nie mam tu na myśli sukcesów, choć tych też nie brakowało, chłopaki kosili medale. Mam tu na myśli atmosferę jaka panowała, zaplecze, plany, organizacje zawodów. Każdy, kto jeździł trochę w tym sporcie, wie jak od zawsze było w Zielonej Górze, każdy wie jak jest. Ale były takie lata, kiedy to ZKS był na językach, ale w końcu pozytywnie. Nie za sprawą dwóch, trzech lubianych zawodników, a jako cały klub. W wielu miastach było słychać „No, Kokos zrobił to, Kokos załatwił to, w końcu to wygląda”. Tak było. To, że klub wtedy funkcjonował, to że chłopaki mieli gdzie jeździć i mieli w tym wsparcie i atmosferę do tego to Pawła zasługa.  Był dla nich jak ojciec, wielu zawodników to potwierdzi. Nie był dla nich tylko na torze, na treningu czy zawodach. Pisał, rozmawiał z nimi podczas dnia. Codziennie. Chłopaki naprawdę mieli dobrze wtedy. Srebrny medal od Prezydenta Miasta, powinien być zdecydowanie złoty, za to poświęcenie, które tylko On tak naprawdę zna. W dużej mierze, dlatego też zgodziłem się, zobligowałem do prowadzenia drużyny w 2016 roku. Niestety już Pawła w klubie nie było. Było  mydlenie oczu przez tego co zawsze. Dałem się nabrać. Miało być inaczej, ale też mi zależało.  Po sezonie, wynikowo bardzo udanym, odszedłem z klubu, za mną zdeklarowali to też zawodnicy. Klub znowu spadał w dół. Z tamtego czasu nie ma już nikogo w zespole. A praktycznie każdy z nas wtedy miał już jakiś tytuł mistrzowski w kolekcji.

Na torze w Zielonej Górze: Paweł Kokot, Marcin Pawłowski, Krystian Górniaczyk

Nw: Paweł Kokot w latach 2010-2015 był trenerem ZKS-u. W 2016 r ty przejąłeś po nim opiekę nad speedrowerzystami ZKS. Tylko jeden sezon prowadziłeś tę drużynę. Jako trener zdobyłes DMP kadetów, trzecie miejsce DMP juniorów, oraz wiele innych młodzieżowych sukcesów. Co sprawiło, że po roku pracy zrezygnowałeś z prowadzenia drużyny ZKS?
            Wróciłem ponownie do Zielonej  Góry. Pod koniec 2013 roku wyjechałem do pracy za granice. Tam uznałem, że już jest po  wszystkim.  Wróciłem do kraju pod koniec 2015 roku. W okresie zimowym na początku następnego roku od słowa do słowa, poprzez rozmowy m.in. z Pawłem i zarządem klubu, doszliśmy do porozumienia. Chciałem wrócić jako zawodnik, ale też jako trener. Po pierwszych rozmowach z Panem Waldemarem Zellem byłem optymistą. Miałem opracować pomysł na sezon, spisać co będzie niezbędne do funkcjonowania tego wszystkiego. Poza wyposażeniem w narzędzia i wolną ręką co do formuły treningów i doboru składu nie chciałem nic. Był jeszcze jeden warunek, zawodnicy, tym bardziej ja, nie chciałem pewnej osoby podczas treningów. Dostałem zapewnienie, że tak będzie. Było tak przez pewien czas. Rower sam złożyłem dla siebie. Spędziłem sporo czasu układając plan treningowy, rozpisując nawet zawodników na kartkach, ich mocne strony, słabe, wiek itd. Generalnie mam tak, że jeżeli się czegoś podejmuję to robię to na tyle ile potrafię, angażuję się na sto procent. Tak było i tym razem. Rozpoczęliśmy współpracę. Podpisałem kontrakt. Niestety z funkcji zawodnika kolejny raz wykluczyła mnie kontuzja. Zerwałem wiązadła krzyżowe… na krzywym chodniku. Wypełniałem jednak obowiązek trenerski według ustaleń. Zawodnicy  zadowoleni, sukces za sukcesem. W tym roku zdobyliśmy naprawdę sporo medali ? Było kilka złotych.  Formuła nowych treningów przypadła do gustu zawodnikom. Było to coś innego niż jazda na dwa okrążenia czy trzy, na pół gwizdka. Tak jak wyglądało to i wygląda nadal pod okiem aktualnego „prezesa, trenera, toromistrza” klubu.  Skoro już wspominam prezesa, to właśnie przez jego osobę, przez jego działania odszedłem z klubu, tak jak odszedł Paweł, tak jak odchodzili przez lata zawodnicy. O tyle, o ile drugi  Pan z zarządzających  wspierał moje działania, tak niższy z zarządu torpedował je na każdym kroku. Szczegółów nie chciałbym wyjawiać, ale były spięcia, a nawet po jednym z treningów pan K. chciał wzywać policję. Doprowadziłem do wyjazdu 6 czy 7 chłopaków na Mistrzostwa Europy Juniorów do angielskiego Poole. Chłopaki byli na każdych zawodach, ze zrobionym sprzętem. Przecież to o nich chodziło. Dostałem za to po uszach. Szkoda drążyć. Cyrk, w którym nie chciałem już brać udziału. Z klubu poodchodzili zawodnicy, którzy stanowili trzon tej drużyny. Klub istnieje. I chyba tylko tyle dobrego. Choć trzeba będzie kiedyś głośno to wszystko powiedzieć, to jednak, nie ten czas i miejsce, aby robić to tu i teraz.

Zapraszamy na trzecią cześć wywiadu z Krystianem już wkrótce…