Zapraszamy na pierwszą część wywiadu z Krystianem Górniaczykiem, zawodnikiem Harpagana Zielona Góra. Dowiemy się o sportowych pasjach naszego bohatera, ale też o początkach jego speedrowerowej kariery.

Na wirażu: Lubisz adrenalinę?
Krystian Górniaczyk: Zdecydowanie. Powiedziałbym nawet, że jestem od niej uzależniony. Od zawsze szukam wrażeń, dzięki którym przyśpiesza bicie serca.  Choć nie tylko sportowa adrenalina mnie kręci, to właśnie taka jest najlepsza i ciężko jest mi bez niej się odnaleźć. Kolejny raz się o tym przekonuję.

Nw: Ostatnio bierzesz udział w biegach z przeszkodami Runmageddon.  Jest to spore wyzwanie dla każdego uczestnika. Czy to jest twoja nowa pasja?
KG: Tak, to prawda, wciągnęły mnie biegi OCR, bo tu o nich mowa. Zaczęło się od obejrzenia jednego filmiku, nawet nie pamiętam gdzie. Była to chyba jakaś zapowiedź, lub podsumowanie Runmageddonu. Byłem pod wrażeniem. Zacząłem szukać informacji na ten temat, oglądałem kolejne filmiki, relacje, zdjęcia. Dosłownie w tym samym tygodniu dowiedziałem się, że teść przebiegł swój pierwszy Runmageddon. Widząc jego zadowolenie od razu zapaliła mi się lampka, że czas spróbować. Był plan na debiut. Miałem zdążyć przed zabiegiem rekonstrukcji wiązadeł. Po operacji miało już nie być sportu, tylko jeden bieg, bo zdrowie najważniejsze… Aktualnie mam ukończonych ponad dwadzieścia biegów z przeszkodami, różne dystanse, różne formuły. Pochłonęło mnie to na tyle, że na swojej działce razem z żoną zbudowaliśmy tor z przeszkodami. Ludzie siedzieli w pomidorach a ja wisiałem na jakiś kółkach, kulkach czy linach, dwa metry nad nimi. Trochę było przy tym śmiechu. Trenowaliśmy, kombinowaliśmy nad techniką pokonywania tych przeszkód, układanie treningu biegowego, siłowego zresztą też, po to żeby ukończyć bieg trochę szybciej niż poprzedni i przejść więcej przeszkód bez karnych zadań czy rund. Szkoliłem się z przeróżnych materiałów, teoria, wykłady. Miałem plan na to wszystko. Zrobiłem licencję trenera personalnego, ukończyłem kurs dietetyki i suplementacji w sporcie, wyszkoliłem się pod kątem biegów przeszkodowych, zostając Instruktorem OCR Polska. Na dodatek żona zaangażowana nie mniej niż ja, która zdobyła podwójnego weterana w 2019 roku (trzeba ukończyć trzy biegi na dystansie 6,12,21km) Ona zrobiła to dwukrotnie w jeden rok. Córka, która też ma blisko dziesięć ukończonych biegów, wygrała nawet w Poznaniu w serii dla dziewczynek. Założyliśmy razem z dwoma jeszcze kolegami symboliczną drużynę, która funkcjonuje do dziś. Chcąc tego czy nie, temat OCR był w domu. Żyłem tym. Szukałem w tym nowych wyzwań. 

Nw: Niedawno w Bieszczadach ukończyłeś ultra maraton (44 km i 140 przeszkód). Jest to piekielny wysiłek. Czy byłeś przygotowany na tak ogromny wysiłek, czy w chwilach słabości na trasie nie myślałeś, żeby „rzucić to wszystko w cholerę” i zejść z trasy? Co ciebie motywowało do ukończenia tego ultra maratonu?
            KG: Tu historia jest dość ciekawa i zawiła. Nie wiem czy wyjawię każdy jej szczegół, ale trochę mogę opowiedzieć. Do pokonania dystansu ultra podchodziłem w 2019 roku, niestety nie było mi dane go ukończyć, ponieważ tak pogruchotałem kostkę, że nie było opcji nawet marszem ukończyć tego biegu. Usiadłem, zwiesiłem głowę i powiedziałem tylko pod nosem „pobite gary”.
W tym roku nie planowałem tego dystansu na poważnie. Około dwa tygodnie przed tym biegiem, powiedziałem sobie, żonie, nawet publicznie, że czas zawiesić buty na kołku i dać sobie spokój. Czas na rodzinę. Akurat wtedy odhaczyłem ostatni swój cel na biegi OCR. Także dalszy ciąg braku treningów, normalnego życia, podjadanie i te sprawy. Tydzień przed tą imprezą (pamiętam czas, bo przygotowywałem mojego kolegę, który jako mój podopieczny jechał tam walczyć na dystansie 21km.) coś mi kazało przeanalizować kilka spraw. Wtedy doszedłem do wniosku, że nie mam jeszcze tego dystansu. Ale pomyślałem o tym na chłodno w pracy, mówię sobie „chłopie, zapomnij, 106 kilo wagi, pół roku bez ruchu, wydolność minus sto, odpada”. Ale, właśnie to sprawiło, że postanowiłem pobiec. W moment nastawiłem się, bo tylko głowa mogła to załatwić. Żona pozwoliła, nikt więcej nie wie. Poza podopiecznym i drugim kumplem, którego poprosiłem, żeby pojechał ze mną, aby mnie pozbierać w razie potrzeby i  nie pozwolił mi za nic zejść z tej trasy. Byłem pewien, że jeżeli to uzgodnimy, to on pobiegnie nawet połowę trasy obok, żebym nie zszedł. Po części tak było. Problem zaczął się na 17tym kilometrze, zeskakując ze ścianki chyba trzy metrowej, poczułem dziwnie swoje kolano, poczułem ból, ale nie zastanawiałem się i zacząłem biec dalej. Niewiele jednak później, ból się nasilał, czułem już mniejszą stabilność. Tu skrócę opowieść do 33ego kilometra. Wtedy usiadłem, z oponą na ramieniu, w połowie podbiegu pod stok, górę, cokolwiek to było. Wyciągnąłem telefon z plecaka i napisałem żonie, że schodzę z trasy. Szybka motywacja w odpowiedzi, krótka gadka z samym sobą i się zebrałem jednak dalej. Czy to był bieg, ciężko nazwać, ale powoli do przodu. Robiło się już szaro, około 10 godzin biegu za mną. Czułem, że jestem bliżej mety, ale że też jestem w ciemnej d…. Nagle widzę, biegnie jakiś chłop, pod prąd, białe buty, biała koszulka, czarne spodnie, po piszczele w błocie. To był właśnie ten człowiek, który miał mi nie pozwolić zejść z trasy. Żona napisała mu, że chcę zejść, to przybiegł. Dostałem też motywującego smsa od Kokosa, w niemal tej samej chwili, od żony „kto jak nie Ty” i psychika podleczona (był już taki kryzys, że szedłem chwilę z telefonem). Adrian Mokras, to o nim mowa, też znakomity speedrowerowiec. Kilometr dalej, drugi z kolegów, Łukasz. Darł się nade mną, że już blisko. Czy jakby ich nie było tam, to ukończyłbym ? Nie wiem, nie powiem tak, nie powiem nie.
Ciemno już, czołówka na głowie, widzę ze dwa metry przed sobą, znowu jakieś podbiegi, ścianki, liny, czołganie, podbiegi. Ostatni kilometr, półtora już byłem odłączony. Znam przebieg tego odcinka z ich opowieści i coś tam świta kawałkami. Odcięło mnie jak nigdy wcześniej. 11 godzin bez kilku minut, 44 kilometry, 140 przeszkód, medal na szyje, usiadłem i schowałem głowę w koszulkę. Wtedy dotarło chyba. Nie będę umniejszał zniszczenia fizycznego i psychicznego jakiego tam zaznałem. Tak naprawdę po to tam pojechałem, bez przygotowania, na najcięższe dotąd swoje wyzwanie. Pojechałem tam po to, żeby coś sobie jeszcze udowodnić. Pojechałem tam, bo szukałem czegoś co mnie złamie. Było bardzo blisko. Z mojej perspektywy, wyglądało to na walkę o życie, ciężkie warunki, przeżycia. Podkreślę, że mnóstwo zawodników ukończyło ten bieg zdecydowanie szybciej, bardzo wielu, na drugi dzień nawet o nim pewnie zapomniało. Ba, było kilku robocopów, którzy przebiegli to w niecałe 6 godzin. Tak więc nie ma porównania do ich osiągnięć. Niesamowicie doceniam i szanuję. Tych, którzy podjęli rękawice, ale nie ukończyli biegów oczywiście też. Ja byłem gdzieś tam w ogonie stawki. Co dalej z OCR ? Z wyzwaniami ? Tak jak wyżej napisałem, szukałem czegoś co mnie złamie. Prawie, a jednak ukończyłem. Chyba kiedyś poszukam jeszcze czegoś, może nie w biegach z przeszkodami, może triatlon ? Tam jest coś kuszącego, jak w filmie „Najlepszy”. Swoją drogą, dobry film, polecam. Poniosło mnie, możemy skrócić 🙂

Nw: To wróćmy do lat końca lat 90-ych XXw. Trudno było dostać się do ekipy Słowackiego?
            KG: Bardzo ujęło mnie to pytanie, na chwilę przeniosłem się w tamten czas. Tam się wszystko zaczęło, było pięknie. Na tym osiedlu się wychowywałem. Mam kolegów, przyjaciół po dziś dzień właśnie stamtąd. Tam na rowerze ścigał się każdy, od starszych kolegów, z którymi to zacząłem się ścigać dookoła drzew na mojej ulicy w wieku 5 lat, po rówieśników na tuningowanych bmx-ach. Oklejane rowery, kołpaki, „reklamy” „sponsorów”, wiadomo jak było. Każdy z nas był choć na chwilę Huszczą, Dudkiem, Szymkowiakiem czy Kurmańskim. Ci, którzy byli starsi o kilka, kilkanaście nawet lat nazwali mnie Huszcza, więc dla nich nawet do dziś mam właśnie taką powiedzmy ksywkę. Co do konkretnego ścigania w osiedlowych meczach, turniejach, to było kilka ekip. Od jeżdżenia turniejów przed domem, po znany w całym mieście tor na rondzie. Tak, ścigaliśmy się na rondzie, na środku osiedla. Asfalt, pierwszy łuk z ujemnym profilem, na drugim łuku owiany sławą piasek przy krawężniku, na którym leżał chyba każdy kto tam jechał na prędkości. W promieniu kilometra było z pięć torów. Z tego osiedla wychowało się bardzo wielu, utytułowanych zawodników Zielonej Góry. Począwszy od Marcina Pawłowskiego, popularny „Lars”, (to jemu zawdzięczam cała przygodę ze speedrowerem, pierwsze sukcesy, wiedzę, to On był pierwszym moim wzorem do naśladowania w tym sporcie, był też i nadal jest przyjacielem). Razem byliśmy na zgrupowaniu kadry, Marcin wielokrotnie plasował się w finałach dużych imprez. Sięgał też po złoto Klubowych Mistrzostw Europy.  Lider Słowackiego. Michał Zieliński, vicemistrzostwo Polski wywalczył w 2009 roku, plasował się często za młodych lat w finałach ważnych zawodów. Pamiętam jego wyścig w odległym Krośnie, kiedy to na moim rowerze wykonał „nożyce” i zdobył jeden z decydujących punktów w meczu, to był 2007 rok. Kamil Merena, bardzo utalentowany, predyspozycje, wrodzona siła, wiele sukcesów. Damian Pelaczyk, co prawda troszkę dalej od Słowackiego, ale trenował swojego czasu ze mną właśnie tam. Te treningi wraz z treningami Pawła Kokota dały mu tyle, że sięgał po medale rangi mistrzowskiej na arenie krajowej, ale też zdobył przecież vice Mistrzostwo Świata Juniorów. Przemek Baranowski, zdobył Mistrzostwo Zielonej Góry, bodajże w 2009 roku. Był też Norbert Borek, Daniel Baranowski, Seba Ratajczak, Damian Mielcarek, Milan Kubczyński, mógłbym tak wymieniać długo. Była też mocna ekipa na osiedlu, ale jechaliśmy przeciwko sobie. Michał, Adrian, Wojtek, Marcin, Śp. Krzysiek. Sięgając do starszych to są to bracia Adam i Śp. Paweł Michalak, Damian, Tomek, też byli konkretnymi zawodnikami. Chyba każdy, kogo znam na tym osiedlu miał epizod w speedrowerze. 


Nw: Pochodzisz z Zielonej Góry, gdzie żużel jest traktowany niemal jak religia. Dlaczego speedrower a nie speedway?
            KG: Dokładnie, żużel jest tu niemal religią. Od małego, po dziś dzień. Po życia kres.
Dlaczego speedrower a nie żużel. Tu choć można się rozpisać, to odpowiem akurat krótko.
Oczywiście byłem na rozmowie z ówczesnym trenerem, jeździłem już wtedy na speedrowerze. Myślałem, że mi to pomoże trochę przejść rekrutację. Niestety, według trenera byłem już zbyt wysoki, zbyt masywny i nie dostałem szansy na testy, co dopiero mówić o motorze itd. Poza tym, mama by mi nie pozwoliła nawet. Speedrower ukrywałem na początku, co dopiero żużel. Patrząc teraz na to, po przygodzie ze speedrowerem, to nie żałuję, że nie zostałem żużlowcem. Fantazja na rowerze może skończy się otarciem, zbiciem, ewentualnie złamaniem. Żużel – tu jest trochę większe ryzyko. Dlatego też świadomie nie robię prawa jazdy na motor. 


Nw: Piłka nożna zajmowała ważne miejsce w twoim życiu. W jakim klubie występowałeś? Czy miałeś piłkarskie sukcesy? I co zdecydowało, że wybrałeś ściganie rowerami po torze, a nie piłkę nożną?
            KG: Piłka nożna. Ile ja się nakręciłem, naściemniałem, żeby w nią grać. W piłkę kopał każdy, tak jak jeździł na rowerze. Na osiedlu było wielu dobrych grajków, naprawdę dobrych. Dlatego codziennie był dobry trening. Na jednym z  międzyszkolnych turniejów piłkarskich, całkiem dobrze mi poszło. Trener Stanisław Gąsior, bardzo szanowany trener,  powiedział ze będzie powstawała akurat klasa piłkarska w gimnazjum, żebym się zapisał. Przez całe wakacje urabiałem rodziców, głownie mamę, aby pozwoliła mi zapisać się do tej klasy. Ale nie mogłem bo piłka nożna. To powiedziałem, ze to będzie jednak klasa ogólno sportowa, nie tylko piłkarska. Do dziś nie mam pojęcia jak to przeszło, ale przeszło. Na pierwszym zebraniu chciała mnie już wypisać z tej klasy. Ale jakoś ubłagałem. Mimo wszystko, była to krótka przygoda. Rozegrałem kilka meczów w UKP, w kadrze wojewódzkiej, rotacje do starszego rocznika, dwukrotnie byłem z drużyną w Danii na międzynarodowych turniejach, gdzie dostałem raz nagrodę zawodnika meczu. Było ciekawie, koledzy w drużynie szkolnej i klubowej byli niesamowicie utalentowani, wygrywało się co tylko można. Dostałem tez powołanie na mecz z drużyną z Niemiec. Dowiedziałem się o tym dwa dni przed meczem. Całe te dwa dni spędziłem z piłką na boisku i kopałem w bramkę, biegałem, jak w amoku. Dobrze wyszło, strzeliłem wtedy gola na 2:1 chwilę przed końcem meczu, który ostatecznie wygraliśmy. Kilkanaście dni później zostałem Mistrzem Polski na speedrowerze. Skończyłem z piłką. Wtedy też udzieliłem swojego pierwszego wywiadu i na pytanie podobne, do zadanego dziś, odpowiedziałem coś na zasadzie „piłka nożna to sport drużynowy, speedrower to sport, w którym łatwiej o sukces indywidualny”. Od zawsze byłem trochę indywidualistą. 


Nw: Sport w twoim życiu jest praktycznie od zawsze. Od kiedy tak na poważnie zająłeś się sportem i jakie jeszcze dyscypliny sportu uprawiałeś poza już wymienionymi?
            KG: Pierwszy trening karate odbyłem jak miałem pięć lat. Szary dresik z królem lwem na klacie… 14 lat trenowałem. Na początku wiadomo, jak to dziecko, chodziłem bo chodziłem. Później był czas na wygłupy z kolegami, za które narobiłem się tysiące karnych pompek i innych przysiadów. Z wiekiem zacząłem traktować to poważnie, jak na ten sport przystało. Zrozumiałem co tak naprawdę trenuję, czułem też, że ten sport kształtuje mój charakter, uczy dyscypliny. Bardzo wiele temu zawdzięczam. Dziękuję za to rodzicom, obydwoje chcieli żebym trenował, szczególnie mama, która zawoziła mnie na treningi z uporem maniaka. Bardzo pilnowała, żebym nie opuszczał treningów, bo czasami nie miałem ochoty. Zapewniała mi wszystko czego potrzebowałem do rozwoju. Tu poznałem prawie 20 lat temu swoją aktualną żonę. Kawał pięknej przygody. Co jeszcze trenowałem… łatwiej będzie czego nie trenowałem. Z poważniejszych przygód to też inne sztuki walki, koszykówka, siatkówka, tu trenowałem w klubach, krótko, ale jednak. Do tego szkolne zajawki – szermierka, lekkoatletyka, piłka ręczna, pływanie. Wtedy chyba większość dzieciaków łapała wszystkiego czego się da.


Nw: Pamiętasz swój pierwszy tytuł IMP? W Zielonej Górze, u siebie w domu, w 2006r zdobyłeś tytuł IMP młodzików do lat 14. Wygrałeś z kompletem punktów. Wówczas była jeszcze punktacja – jak w żużlu 3,2,1,0. Czy ta wygrana przyszła tobie łatwo?
            KG: Pamiętam te zawody, pamiętam każdy bieg, niemal każdy metr tego turnieju. Miesiąc wcześniej pojechałem pierwszy raz w zawodach indywidualnych rozgrywanych w Poniecu, a tu nagle Mistrzostwa Polski. Byłem podekscytowany. Jak tylko poznałem stawkę, to analizowałem każdy możliwy scenariusz w domu. Zapisałem mnóstwo programów, nie przesadzę jak powiem, że ok pięćdziesięciu. Mnóstwo symulacji, każdy z każdego pola, czy tego zawodnika jestem w stanie zamknąć, czy nie. Jak będzie na trasie. Co jeżeli będzie baraż.  A co w przypadku, jak nie będę miał go po lewej stronie, tylko po prawej. Presji nie było, no bo jak? Miesiąc wcześniej się dopiero pokazałem. Aczkolwiek starsi mówili, że jest duża szansa, bo już znali poziom większości przeciwników. Wygrałem te zawody z kompletem punktów, to prawda. Wynik może i mówi, że było łatwo. Styl, a właściwie przewaga, w żadnym momencie nie zostawiła wątpliwości. Ale nie sądzę, że było łatwo. Czułem to trochę inaczej. Dlaczego tak było, nie wiem. Osobiście nie czułem ani przewagi, ani luzu podczas zawodów. 110 % skupienia, maksimum siły i chłodna głowa od początku do końca. Miałem kolegów w parkingu, Marcin Pawłowski, Tomek Wilk, Krzysiu Piskorski, chłopaki zadbali o to, żebym tylko wsiadł i pojechał. Myślę, że mogę te zawody zaliczyć do tych momentów, w których czułem się narzędziem w rękach Boga. Świadomy, ale jednak nie do końca. Czułem się trochę inaczej, podobnie czułem się w kilku innych momentach w sportowych wydarzeniach. Nie potrafię tego uczucia wytłumaczyć. Wyjątkowe uczucie, wyjątkowe wspomnienie.

Nw: Złoto w IMP młodzików było pierwszym złotym medalem ZKS-u w speedrowerze. Duże nadzieje pokładano w klubie, jeśli chodzi o twoją osobę? Portal sport.zgora.pl tak pisał o tobie po kolejnym zwycięstwie w zawodach młodzieżowych: „W tych zawodach Krystian Górniaczyk również okazał się bezkonkurencyjny zwyciężając w kategorii do czternastu, ale również i do piętnastu lat. Tym samym potwierdzając, że w Zielonej Górze mamy do czynienia z nieprzeciętnym talentem i nadzieją na przyszłość.” Jak ty to postrzegałeś wówczas?
            KG: Fakt zdobycia pierwszego złota w historii dla Zielonej Góry oczywiście cieszy bardzo, tego już mi nikt nie zabierze. Czy pokładano nadzieję? Chyba nie. Nikt o tym nie mówił, nie kojarzę wybiegania w przyszłość. Moje zapały, plany i zachowanie mocno studził, Marcin Pawłowski. W dużej mierze, wydaje mi się, że to właśnie On nauczył mnie znieść wygraną, z godnością, bez sodówki i gwiazdorstwa. Tu anegdotka. Pamiętam sytuację, w ośrodku na Śląsku po jednym meczu, w którym zrobiłem 14 pkt. na starą punktację. Co było zresztą abstrakcją dla każdego z nas. Cieszyłem się z wyniku, ale myślałem bardziej o tym, żeby powtórzyć występ na drugi dzień w następnym meczu. Wtedy zupełnie nieświadomie, niechcący, jednym zdaniem jakby wyśmiałem kolegę. Powiedziałem „a ten zadowolony, bo zrobił ćwierć dzidy i zahamował”.  Oczywiście nie miałem takiego zamiaru, ani nawet o tym nie pomyślałem wtedy. Już po wyjaśnieniu, On sam też tego nie odczuł. Lars wtedy powiedział, że to było niegodne mistrza. Krótka uwaga i śmialiśmy się dalej, rozmawialiśmy całą drużyną. Te słowa pamiętałem zawsze po wygranych meczach, kolejnych mistrzostwach, aż do teraz. W tamtym okresie osobiście zbyt wiele nie planowałem, cieszyłem się jazdą, żyłem tym. Sytuacja w klubie była jaka była, więc brałem to co było i cieszyłem się faktem, że wskakuję na bardziej znaczący poziom. Nigdy nie odczułem presji w Zielonej Górze. W późniejszym etapie, kiedy zmieniłem klub, już było inaczej. 

Zdjęcia: archiwum Krystiana Górniaczyka