Żużel: Od miliona do trzystu tysięcy, czyli rewolucyjna troska prezesów o budżety klubów
Czy w PGE Ekstralidze właśnie zbliżamy się do epokowego przełomu? Prezesi klubów zebrali się, by przemyśleć swoją strategię wydatkową, i oto świat żużlowy stanął na skraju rewolucji. Zamiast milionów za podpis, zawodnicy mieliby otrzymywać zaledwie 300 tysięcy złotych na przygotowanie do sezonu. Oto pomysł, który z pewnością zmieniłby układ sił w lidze. Ale czy to aby na pewno krok w dobrym kierunku?
Złota era wypłat za nic
Włókniarz Częstochowa już po zakończeniu sezonu wyłączył większość swojego budżetu, wypłacając spore kwoty swoim gwiazdom, a jakże – na przygotowania do minionego właśnie seoznu. Tymczasem inni prezesi, widząc rosnące długi, zaczęli zastanawiać się nad sensownością obecnego systemu. Bo po co płacić zawodnikowi milion złotych za podpis, skoro jego forma sportowa może nagle zniknąć, niczym motor po sezonie na aukcji?
Od kilku lat w lidze brakuje przepisów, które karałyby zawodników za spadki w rankingu, a pieniądze na przygotowanie do sezonu stawały się raczej prezentem, niż inwestycją. Klubom zaczęło to przeszkadzać dopiero teraz, kiedy wyraźnie zauważyły, że ich budżety mogłyby służyć czemuś więcej niż tylko finansowaniu nowego kampera dla gwiazdy.
Standardy w świecie niestandardowym
Pomysł, który obiegł świat PGE Ekstraligi, brzmi jak sen księgowego: każdy zawodnik dostawałby na przygotowanie do sezonu stałe 300 tysięcy złotych, a reszta wynagrodzenia zależałaby od liczby zdobytych punktów. Prezesi widzą w tym szansę na racjonalniejsze zarządzanie finansami: „Płacimy za usługi, a nie za obietnice” – mówi jeden z nich. Prosty rachunek ma uspokoić ich nerwy, szczególnie gdy kontuzjowany zawodnik zamiast generować koszty, nagle znika z listy wydatków.
Rewolucja na papierze
Czyżby? Nowy system może być jedynie pozorną zmianą. Stawki za punkt mają bowiem znacznie wzrosnć, co w efekcie może oznaczać, że zawodnicy nadal zarobią swoje miliony, ale będzie to mniej widoczne w rubrykach „przygotowanie do sezonu”. Różnica polega na tym, że teraz prezesi będą mieli mniejszy ból głowy na początku roku, a większy, gdy nadejdzie czas rozliczania wyników.
Zawodnicy na cenzurowanym
Nie wszyscy są jednak zadowoleni. „Mamy inwestować złote tysiące we własny sprzęt, mechaników i opony, a potem liczyć na cud w trakcie sezonu?” – pytają zawodnicy. Wielu z nich wychodziło na plus już dzięki samej kwocie za przygotowanie do sezonu, a teraz musieliby ryzykować, że ich forma i sprzęt pozwolą im zdobyć odpowiedni dochód w punktach.
Ekonomiczne Eldorado czy nowe problemy?
Zamiast walki z horrendalnymi zarobkami, nowy system może stworzyć kolejne pole do nadużyć. Prezesi chcą, by kwota za podpis nie była wliczana do procesu licencyjnego. To otwiera drzwi do sytuacji, w której kluby mogłyby przez lata nie wypłacać obiecanych pieniędzy, obciążając zawodników ryzykiem. W teorii – oszczędność. W praktyce – zawodnicy musieliby kalkulować, czy gra jest warta świeczki.
Koszty, koszty, wszędzie koszty
Aby zmniejszyć wydatki, komisja techniczna dostała dodatkowe zadanie: szukać tańszych opon, serwisów i ograniczeń liczby silników na sezon. Problem w tym, że na koniec koszty zawsze spadają na zawodników. A świat żużla bez odpowiednio wyposażonych gwiazd staje się bardziej loterią niż sportem.
Złudne oszczędności
Chociaż zmiany brzmią obiecująco, to przypominają raczej żart niż poważny plan reformy. Prezesi chcą oszczędzać, ale nie kosztem wyniku sportowego. Zawodnicy chcą stabilności, ale nie kosztem ryzyka. Może pora przestać marzyć o rewolucji i zaczną szukać rozwiązań, które będą miały sens dla obu stron?
Na razie żużel w Polsce pozostaje w stanie zawieszenia między ideą a rzeczywistością. Jedno jest pewne: dyskusje na temat finansów dopiero się rozpoczynają, a humorystyczne wizje mogą stać się codziennością.
Źródło: sportowefakty.wp.pl






