Rękawiczka, która rozpaliła kibiców
Piątkowy mecz 2. kolejki PGE Ekstraligi (19 kwietnia br.) w Gorzowie Wielkopolskim przejdzie do historii nie tylko ze względu na wynik, ale i wydarzenia, które rozegrały się już po ostatnim biegu. Betard Sparta Wrocław pokonała Gezet Stal Gorzów 46:44, lecz zamiast mówić wyłącznie o sporcie, środowisko żużlowe żyło incydentem, który na szczęście doczekał się pozytywnego zakończenia.
Mecz pełen emocji, ale bez ścigania
Spotkanie od początku było niezwykle wyrównane i trzymało w napięciu do ostatnich metrów. Problem w tym, że emocje wynikały głównie z wyniku, a nie z widowiska na torze. Ten został przygotowany w sposób, który praktycznie wykluczył walkę na dystansie.
Przez 15 biegów kibice zobaczyli zaledwie trzy mijanki, a o wszystkim decydował start i jazda przy krawężniku. Kto wygrał moment startowy i zamknął wewnętrzną część toru, ten najczęściej dowoził zwycięstwo do mety.
Kowalski bohaterem wieczoru
W tych warunkach kluczową rolę odegrał refleks spod taśmy. Najlepiej wykorzystał to Bartłomiej Kowalski, który wyrósł na bohatera spotkania.
Najpierw wygrał niezwykle ważny bieg 13, a w decydującej gonitwie dnia pokonał jednego z liderów gospodarzy, Andersa Thomsena. Startując z czwartego pola żużlowiec Sparty, popisał się kapitalnym wyjściem spod taśmy – błyskawicznie dojechał do krawężnika zamykając wszystkich rywali i nie oddał prowadzenia aż do mety.
To właśnie jego jazda zapewniła Sparcie zwycięstwo.
Radość bez bohatera… tylko przez chwilę
Po zakończeniu meczu zawodnicy Sparty – w siedmioosobowym składzie – udali się pod sektor gości, by podziękować kibicom. Brakowało jedynie Kowalskiego, który w tym czasie udzielał wywiadów w mix zonie.
Gdy drużyna zakończyła celebrację i zaczęła wracać do parku maszyn, bohater spotkania postanowił zrobić coś więcej. Wyraźnie szczęśliwy, podbiegł sam do sektora gości.
Przeskoczył dmuchaną bandę i podszedł do ogrodzenia, chcąc podzielić się emocjami z kibicami. Wydawało się, że chodzi o autografy lub krótką rozmowę.
Moment, który nie powinien się wydarzyć
Wtedy doszło do sytuacji, która wywołała ogromne oburzenie wśród kibiców Sparty..
Jedna z kobiet znajdujących się w sektorze gości zerwała Kowalskiemu z ręki rękawicę.
Nie była to przypadkowa część sprzętu. Dla zawodnika miała szczególne znaczenie – była jego talizmanem, przynoszącym szczęście. Nic więc dziwnego, że nie chciał jej oddać.
Zaskoczony i wyraźnie zniesmaczony całą sytuacją, Kowalski chwilę później sam zdjął drugą rękawicę. Odchodząc w stronę parku maszyn, rzucił ją w inną część sektora gości, kończąc w ten sposób tę nieprzyjemną sytuację.
Burza wśród kibiców
Zdarzenie błyskawicznie obiegło media społecznościowe i wywołało falę krytyki. Kibice Sparty nie mieli wątpliwości – granica została przekroczona.
Dyskusja była gorąca, a zachowanie kobiety powszechnie uznano za niedopuszczalne. Podkreślano brak szacunku dla zawodnika i jego pracy, a także naruszenie podstawowych zasad kibicowania. Nie brakowało głosów mówiących wprost, iz była to zwykła kradzież.
Niespodziewany happy end
Gdy wydawało się, że sprawa zakończy się jedynie niesmakiem i kontrowersją, pojawił się nieoczekiwany zwrot akcji.
Na facebookowym profilu Spartan pojawił się krótki, ale wymowny komunikat:
„Dla wszystkich fanów dramy rękawiczkowej: tak – mamy je, i tak – Bartek o tym wie :)”
To oznacza jedno – rękawiczki wróciły do właściciela, a cała historia doczekała się szczęśliwego zakończenia.
Lekcja dla wszystkich
Choć finał tej historii jest pozytywny, sam incydent pozostawia ważne pytania. Żużel od lat słynie z wyjątkowej relacji między zawodnikami a kibicami – bliskiej, opartej na emocjach i wzajemnym szacunku.
Takie sytuacje jak ta po meczu w Gorzowie, nie powinny mieć miejsca.
Bo nawet w największej euforii po zwycięstwie istnieją granice, których przekraczać nie wolno. A w Gorzowie – choć na chwilę – zostały one naruszone. Na szczęście tym razem wszystko zakończyło się dobrze.
Zdjęcie: Maciej Trubisz








