Grzegorz Malinowski urodził się 20 czerwca 1959 r w Kożuchowie. Jest wychowankiem Falubazu Zielona Góra. Sport żużlowy uprawiał w latach 1979–1992, reprezentując barwy klubów: Falubaz Zielona Góra (1979–1985) oraz Spartę Wrocław (1986–1992).

Jest dwukrotnym medalistą drużynowych mistrzostw Polski: złoty (1985) oraz brązowy (1984). W swojej kolekcji ma również złoty medal młodzieżowych drużynowych mistrzostw Polski (1980). Wszystkie te trofea zdobył w barwach Falubazu. Jest finalistą indywidualnych mistrzostw Polski w Lublinie w 1990 r. Zajął wówczas dziesiąte miejsce.

Po startach w swoim macierzystym klubie w 1986 przechodzi do czerwonej latarni drugiej ligi Sparty Wrocław. W końcówce lat 80 ubiegłego stulecia stał się liderem Sparty, w której to wraz z Henrykiem Piekarskim stanowił w głównej mierze o sile odradzającego się po ciężkim okresie zespołu. Jak sam twierdzi, żużel dał mu w życiu wiele dobrego i dużo mu zawdzięcza, a w docenieniu odniesionych sukcesów pomaga fakt zapoznania się również z „ciemną” stroną tej dyscypliny – kontuzjami, brakiem przychylności ze strony rodzimego klubu… Obecnie były zawodnik, uczestnik finału indywidualnych mistrzostw Polski w 1990 roku, mieszka we Wrocławiu, a ci, którzy często po naszym mieście podróżują taksówkami – być może sympatycznego „Malinę” spotkają za kierownicą. Serdecznie zapraszam do lektury historyczno – żużlowych wspomnień Grzegorza Malinowskiego.

Poniżej pierwsza część wspomnień popularnego Maliny sprzed „wrocławskiego okresu” jego kariery:

Bałem się grać w piłkę więc… zostałem żużlowcem

Dlaczego akurat żużel…? Po prostu była taka sytuacja, że chciałem się zająć czymkolwiek. Na początku marzyło mi się zostać kolarzem, następnie, gdy w 1974 roku odbywały się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej to chciałem być piłkarzem i nawet wcielałem ten plan w życie uczęszczając na treningi do Zastalu. Chodziłem tam po szkole, więc praktycznie cały dzień byłem poza domem, prawie wiecznie głodny, a trzeba było się jeszcze zdobyć na wysiłek fizyczny. Gdy w końcu pojawiałem się wieczorem w domu, to już praktycznie słaniałem się na nogach ze zmęczenia i po prostu między innymi z tego powodu wycofałem się z dalszych treningów, stchórzyłem, nie dałem rady… To wszystko wytworzyło pewne piętno, poprzez które czułem się przegrany, jak ten przysłowiowy „cienki Bolek”. W tym czasie bardzo interesowałem się i lubiłem jeździć motocyklami. Niestety, w czasach gdy byłem chłopcem ciężko było o własny motorower, stąd frajdę sprawiała możliwość poprowadzenia maszyn starszych kolegów. Osobiście w tych czasach dużo jeździłem na rowerze, zajmowałem się również składaniem rowerów, co było takim moim małym hobby. Następnie przerodziło się to również w majsterkowanie przy motocyklach i silnikach, co bardzo mnie kręciło. I to chyba właśnie z tej wielkiej pasji do motocykli, o której wiedziała cała moja rodzina, pewnego dnia siostra pokazała mi ogłoszenie w prasie zachęcające młodych chłopaków do wstąpienia do szkółki żużlowej. Jednak wtedy ja tego całego żużla to się niesłychanie bałem, jak mi o tym wspomniała, to aż zaniemówiłem (śmiech). W końcu się zdecydowałem i zapisałem do szkółki, w czym pomogła mi niejako sfałszowana legitymacja szkolna nieco zaniżająca mój wiek. Z jednej strony dokument ten umożliwił mi podjęcie treningów w szkółce, z drugiej zaś trafiłem przez niego do wojska, które zahamowało mi możliwość rozwoju na żużlowym owalu.

Kiedy w prasie pojawiło się wspomniane już ogłoszenie, klub szukał chłopaków z rocznika 61, czyli siedemnastolatków, a ja w tym czasie miałem już na karku lat dziewiętnaście… Postanowiłem jednak łatwo się nie poddawać i poprosić szkolną sekretarkę o wydanie legitymacji zaniżającej mój wiek, co jest mi niezbędne tylko i wyłącznie do rozpoczęcia treningów na żużlu. „Legalnie” nie miałem już szans, gdyż byłem dużo za stary (śmiech). Pochodzę z małej wsi (Jeleniów koło Zielonej Góry – dop.) przez co mimo dorosłego wieku w dalszym ciągu byłem bardziej dziecinny aniżeli moi rówieśnicy wywodzący się z miasta. Na szczęście wspomniana sekretarka również pochodziła z jakiejś bardzo małej miejscowości, przez co chyba w pewnym sensie rozumiała mój problem i postanowiła mi pomóc go rozwiązać wystawiając mi ten dokument. Oferowałem nawet jakiś drobny upominek w zamian, ale ona kategorycznie odmówiła jego przyjęcia. Tak więc dzięki uprzejmości tej pani i otrzymanej „lewej” legitymacji mogłem starać się o przyjęcie do szkółki, zresztą, jak później się miało okazać, z całego przyjętego naboru ostatecznie zostałem tylko ja, więc coś na rzeczy było (śmiech).

Jak już rozpocząłem treningi to nieskromnie mówiąc byłem chyba najlepszy ze wszystkich chłopaków, w czym z pewnością pomagało mi wcześniejsze obycie z motocyklami. Po torze szalałem, na łuku jeździłem wyłamanym motocyklem, na co nie wszyscy się mogli odważyć. Po treningu przychodził do nas Ludwik Jaskulski i wskazywał kolejnych kandydatów, którym dziękował za dalszy udział w zajęciach i więcej mieli się już nie pokazywać. Mnie natomiast często chwalił i wiedziałem już wtedy, że raczej przy tym żużlu pozostanę… Swoją drogą te swoistego rodzaju eliminacje po każdym treningu były mocno stresujące, gdyż wykluczona z dalszych zajęć osoba nawet nie ośmieliłaby się prosić o jeszcze jedną szansę. To nie było tak, jak później u mnie w szkółce, gdzie młodzi mogli próbować ile tylko mieli sił i chęci… I tak w ten oto sposób dotrwałem do samego końca i następnie ukoronowaniem tych treningów było zdanie licencji na pełnoprawnego zawodnika. Pamiętam, że w szkółce pojawiłem się na jesieni, ale w związku z prowadzonymi wiosną następnego roku pracami remontowymi na stadionie poważne jazdy rozpoczęły się dopiero w okolicach wakacji, a samą licencję zdałem we wrześniu i zdążyłem jeszcze wystartować wraz z Alfredem Krzystyniakiem, bratem – bliźniakiem Janka, w kilku młodzieżowych, towarzyskich turniejach. Alfred uczęszczał ze mną do jednej klasy w szkole, gdyż w pewnym czasie miał problemy z nauką i nie zdał, a Janek był rok od nas wyżej. Muszę powiedzieć, iż w miarę udany początek kariery z pewnością zawdzięczam Tadziowi Tumiłowiczowi, który w tym czasie mocno we mnie wierzył i to dzięki niemu mogłem liczyć na bardzo dobre motocykle. A było to niezmiernie istotne…

Poważne ściganie przyszło wraz z początkiem roku 1980, kiedy mieliśmy zainaugurować sezon meczem ze Spartą Wrocław, ale on został przełożony i pierwsze zawody odjechaliśmy z Polonią Bydgoszcz. Pamiętam, że w pierwszym starcie wraz z Filipiakiem wygraliśmy 5:1, a w drugim lub trzecim występie miałem małe starcie z Markiem Ziarnikiem po tym, jak pojechałem dość ostro. Przycisnąłem go do płotu na wyjściu z łuku, a mi tak podbiło motocykl, iż pół prostej przejechałem na jednym kole i w taki mniej więcej sposób zaprzyjaźniłem się z Markiem. Od tej pory, na każdych zawodach, na których się spotkaliśmy zawsze ze sobą rozmawialiśmy (śmiech). W tym debiutanckim meczu zdobyłem bodajże pięć punktów w trzech startach, co nie było chyba wynikiem, którego musiałbym się wstydzić. W kolejnym pojedynku już ze Spartą zdobyłem punktów sześć, a jechałem już czterokrotnie. Z tego spotkania pamiętam również wygraną 5:1 w pierwszym starcie oraz zawalenie drugiego wyścigu, kiedy to jechała bardzo mocna rezerwa taktyczna wrocławian – Heniu Jasek i Robert Słaboń, liderzy Sparty. Ogólnie początki miałem bardzo udane, zwłaszcza dość dobre mecze trafiały mi się na swoim torze, trochę gorzej było z tym na wyjeździe, na co z pewnością wpływ miało brak doświadczenia oraz nikłe objeżdżenie. Starałem się to nadrabiać brawurą i nierzadko szedłem po torze jak taran (śmiech). Świętej pamięci Tadziu Tumiłowicz nieraz komentował moje występy w stylu „ziemio, rozstąp się, Malinowski jedzie…” (śmiech).

Jeżeli chodzi o edukację, to uczęszczałem do pięcioletniego technikum pomimo tego, iż miałem już ukończoną szkołę zawodową. Niestety, nie było w pobliżu żadnego technikum trzyletniego, do którego mógłbym spokojnie chodzić. Jedyne pocieszenie było takie, iż ową szkołę rozpocząłem od drugiej klasy po tym, jak dyrektor pozytywnie rozpatrzył moje podanie. Jednak wraz ze zdaniem licencji narobiłem sobie sporo zaległości w zajęciach lekcyjnych i szykowały mi się dwie poprawki, których nie zaliczyłem i praktycznie przestałem uczęszczać do szkoły. Korzystając z faktu, iż informacja jeszcze się nie rozniosła, wziąłem z sekretariatu zaświadczenie o pobieraniu nauki i zaniosłem je do wojskowej komendy celem odroczenia służby. Z „papierkiem” nie było problemu, gdyż sekretarka często mnie widywała w budynku szkoły i napisała mi, iż będę uczęszczał do trzeciej klasy, a naukę zakończę za trzy lata. Dopiero później dowiedziałem się, iż wzięli mnie niemal na siłę do wojska, gdyż byłem uważany za człowieka niedobrego (śmiech). Na dodatek, gdy wyszła na jaw sprawa z legitymacją to dostałem przydział do Sulechowa do artylerii. Ale było kilka osób, które mnie żałowały i bardzo starały się umożliwić mi starty na żużlu.

Niestety dla mnie, w tych czasach Zielona Góra była miastem bardzo komunistycznym i trzeba było mieć naprawdę solidne oparcie, aby cokolwiek załatwić. Nie wspominając o tym, ile sił i zachodu to kosztowało… Sądzę, iż w tym samym okresie, ale np. we Wrocławiu z podobną sprawą nie byłoby najmniejszego problemu, tutaj jednak każdy przed władzą stawał na baczność i martwił się przede wszystkim o siebie (śmiech). Niektórym, np. Huszczy czy Olszakowi takowe zwolnienia załatwić się udało, ale z tego co wiem to i z tym były bardzo duże problemy. Ze mną to już nie przeszło, chociaż próbowaliśmy wielu metod, np. wpisywano mnie jako jedynego żywiciela rodziny, itp. I w ten oto sposób niemal dwa lata przesiedziałem w wojsku , po czym 15 czerwca 1982 roku wyszedłem do cywila. Straciłem przez armię praktycznie najważniejszy czas w żużlowym rozwoju, miałem przestój w szkoleniu, nie zdobywałem doświadczenia… Była to bardzo długa przerwa jeżeli chodzi o rozbrat z żużlem, sądzę jednak, iż wojsko w życiu bardzo mi się przydało i nie wspominam go źle. Zebrałem w nim dużo życiowych doświadczeń, bardzo mnie wzmocniło psychicznie i dużo w nim zrozumiałem. Bo mimo, że byłem wtenczas już dość wiekowy, to jak już wcześniej wspominałem, chyba nadal zachowywałem się jak takie trochę większe dziecko (śmiech).

Po wyjściu w 1982 roku z wojska ponownie zacząłem startować w zawodach młodzieżowych, w 1983 złapałem dość dobrą formę, a w 1984 roku na torze czułem się bardzo wybornie mimo, iż nie było już w klubie mojej dobrej duszy z początków kariery – Stasia Sochackiego, tylko trenerką zajął się Czernicki lub Grabowski, dokładnie nie pamiętam który z nich… Na długo w pamięci zapadła mi pewna sytuacja z prezesem Wojciechowskim, któremu bardzo nie podobały się moje długie włosy, które zapuściłem w wojsku. Powiedział, że jak zrobię z nimi porządek, to będę otrzymywał kolejne szanse na starty w drużynie. Wtenczas zaprotestowałem i wprost zapytałem, czy ważniejsze są moje włosy, czy też prezentowane na torze umiejętności… Ale oczywiście z jego punktu widzenia takie zachowanie było bardzo naganne, stawiany byłem w roli buntownika, co dla mnie osobiście było następnie bardzo zgubne. Wielu kibiców z Zielonej Góry, których spotykałem na codzień doradzało, aby obciąć włosy i występować w drużynie. Mówili, że wiedzą dlaczego nie ma mnie w składzie i domagali się zmiany wizerunku i startowania w meczach. W trakcie różnych zgrupowań, gdy spotykałem się twarzą w twarz z prezesem to on nie podejmował ze mną rozmowy, bo poczuł się mocno urażony moim zachowaniem, taki niby wielki wódz został mocno dotknięty przez zwykłego szeregowego (śmiech). Mniej istotne było to, jak zawodnicy prezentowali się na torze, ważne było to, kto jest lojalny i posłuszny. Mam wrażenie, że kto stał w szeregu i za bardzo się z niego nie wychylał, to miał zielone światło do osiągnięcia sukcesów sportowych. Pamiętam, że w 1985 dostałem nagle szansę po bardzo długiej przerwie pokazania się, czego nie wytrzymałem psychicznie i po prostu się spaliłem. Na domiar złego złamałem jeszcze rękę, a w 1986 roku przeszedłem do Sparty Wrocław, z czym wiązałem duże nadzieje…

c.d.n.

Wywiad i zdjęcia pochodzą ze strony www.sparta.wroclaw.pl