Adam Skórnicki zawsze był postacią, obok której nie dało się przejść obojętnie. Jako zawodnik dodawał żużlowi kolorytu – stylem jazdy, zachowaniem i osobowością. Jako trener i menedżer pozostał wierny jednej zasadzie: mówić wprost, nawet jeśli prawda jest niewygodna. Dziś, kiedy patrzy na żużel z dystansu, jego głos wybrzmiewa mocno i wyraźnie – nie jako głos frustrata, ale człowieka, który ten sport zna od podszewki.

Indywidualny mistrz Polski z 2008 roku, złoty medalista mistrzostw Europy par, były trener i menedżer – Skórnicki widział żużel z każdej możliwej perspektywy. I właśnie dlatego jego opinie o bezpieczeństwie, pieniądzach i zarządzaniu ligą trudno zbyć wzruszeniem ramion.

„Ktoś musi się mocno trzepnąć w głowę” – o bezpieczeństwie bez sentymentów

Gdy rozmowa schodzi na temat bezpieczeństwa, Skórnicki nie próbuje nikogo uspokajać. Wręcz przeciwnie – punktuje systemowe błędy, które jego zdaniem są ignorowane od lat.

„Jeśli ktoś myśli, że upadek zaczyna się tam, gdzie zawodnik uderza w bandę, to musi się mocno trzepnąć w głowę” — mówi bez wahania.

Były mistrz Polski jasno wskazuje, że problem nie leży wyłącznie w bandach czy ich konstrukcji, ale znacznie głębiej – w projektowaniu torów i filozofii ich użytkowania.

„Szybkie, długie tory, dwa metry szerokości na wejściu w wiraż i czterech zawodników jadących równo. Motocykl ma 194 centymetry. Gdzie ten drugi ma się zmieścić?” — pyta retorycznie.

I natychmiast dopowiada to, co w jego opinii jest sednem sprawy:

„Problemem nie są bandy. Problemem są ludzie, którzy nie potrafią myśleć systemowo.”

Skórnicki zwraca uwagę również na chaos organizacyjny związany z infrastrukturą stadionową. Jego zdaniem kluby często nie mają realnego wpływu na kwestie techniczne, bo odpowiadają za nie miejskie ośrodki sportu.

„Ludzie z MOSiR-u nie wiedzą, jak montować bandy. Widzą sprzączki — ‘samiec do samiczki’, spięło się, jedziemy dalej” — ironizuje.

Rozwiązanie? Proste, choć – jak sam przyznaje – wymagające woli działania.

„Według niego wystarczyłoby kilka wyspecjalizowanych ekip objeżdżających ligi i robiących wszystko według jednego standardu. Tylko do tego trzeba chęci. A nie faktur i pozorów działania.”

Pieniądze, które napędzają strach

Równie bezpośrednio Skórnicki wypowiada się o finansach w polskim żużlu. O coraz wyższych kontraktach, presji wyników i panicznym lęku przed spadkiem z Ekstraligi.

„To źródełko w końcu wyschnie” — ostrzega.

W jego ocenie milionowe kwoty za podpis zostały całkowicie oderwane od realiów sportowych.

„Milion za podpis? Może Zmarzlik. I długo, długo nikt” — ocenia jednoznacznie.

Dlaczego więc kluby boją się degradacji bardziej niż czegokolwiek innego?

„Bo są kontrakty telewizyjne. Pieniądze. I to napędza strach” — tłumaczy.
„Strach, który przekłada się na decyzje sportowe, brak odwagi i ciągłe gaszenie pożarów zamiast długofalowej wizji.”

To diagnoza człowieka, który sam brał udział w zarządzaniu klubami i doskonale zna mechanizmy działające za kulisami.

PR ważniejszy niż praca

Skórnicki nie unika również gorzkich refleksji na temat pracy menedżerskiej w polskim żużlu. Wskazuje na dominację wizerunku nad realną oceną efektów.

„Możesz robić dobrą robotę, ale ktoś ci powie: ‘pan ma słaby PR, musimy pana zwolnić’” — opowiada.

I dodaje zdanie, które w jego ustach brzmi jak życiowe credo:

„Dla ludzi, którzy nie mają pojęcia, czym jest sport, nie warto pracować.”

Polityczny epizod i wyciągnięta lekcja

Na moment wraca też do swojej krótkiej przygody z polityką. W 2014 roku bez powodzenia startował do Sejmiku Województwa Wielkopolskiego z listy komitetu „Teraz Wielkopolska”.

„To był błąd. Cieszę się, że go popełniłem i mam nadzieję, że już go nie powtórzę” — kwituje krótko.

Bez tłumaczeń, bez prób usprawiedliwiania się. Jak zawsze – wprost.

Żużel dziś: za dużo presji, za mało radości

Zapytany o współczesny żużel, Skórnicki nie kryje dystansu wobec realiów, w jakich funkcjonują obecni zawodnicy.

„Nie zazdroszczę obecnym zawodnikom. Jest za dużo regulaminów, paragrafów i presji. Za mało radości” — mówi.

Nieprzypadkowo wskazuje na powroty do ligi brytyjskiej, gdzie wciąż liczy się swoboda i zaufanie.

„Nic dziwnego, że wielu — jak Maciej Janowski — wraca do Anglii, by tę radość odzyskać.”

Czy sam jeszcze wróci do żużla poza Polską?

„Kusiło i nadal kusi” — przyznaje.
„Bo tam wciąż obowiązuje zasada, która w Polsce dawno się zatarła: zaufanie do ludzi.”

Diagnoza bez złości, ale z troski

Na koniec Skórnicki formułuje myśl, która wybrzmiewa jak ostrzeżenie, ale i refleksja człowieka, któremu na żużlu po prostu zależy.

„Sport się nie skończy. Skończy się dopiero wtedy, gdy przestanie opłacać się tym, którzy dziś na nim żyją.”

To nie głos rozczarowania. To głos doświadczenia. I właśnie dlatego warto go słuchać.