Są w polskim żużlu postaci, które nie podlegają dyskusji. Nie dlatego, że mają nieomylność wypisaną w CV, ale dlatego, że zapracowały na szacunek całym swoim życiem – torem, poświęceniem, bólem, sukcesami i wreszcie cierpieniem. Tomasz Gollob to nie tylko mistrz świata. To człowiek, który był żywą pochodnią nadziei w czasach, gdy Polska dopiero przecierała oczy po transformacji ustrojowej, a nasze kluby i zawodnicy nie mieli startu do zachodnich potentatów. To on, jako pierwszy Polak, wygrał turniej Grand Prix we Wrocławiu w 1995 roku, torując drogę całemu pokoleniu zawodników, którzy dziś święcą tryumfy.

Dlatego z absolutnym oburzeniem trzeba odnotować to, co wydarzyło się podczas programu Kolegium Żużlowe w Canal+, jaki miał miejsce na początku czerwca br. Oto jeden z widzów, niejaki „pan Radosław”, postanowił „przyłożyć” Tomaszowi Gollobowi w sposób napastliwy i bezczelny. Zapytał, czy ekspert w ogóle przygotowuje się do transmisji, wypominając przekręcone nazwiska i błędne nazwy drużyn. Szanowny panie – naprawdę? To jest pański sposób rozmowy z żywą legendą polskiego sportu?

To tak, jakby zarzucać Ryszardowi Kapuścińskiemu literówki albo atakować Krzysztofa Pendereckiego, że nutę postawił o milimetr za wysoko. W świecie, w którym tak łatwo zapomina się o autorytetach, gesty takie jak ten są nie tylko nieeleganckie – one są po prostu moralnie ohydne.

Gollob nie musi udowadniać niczego

Owszem, Tomasz Gollob nie jest profesjonalnym spikerem, nie kończył dziennikarstwa ani fonetyki. Ale nikt nie zaprasza go do studia, by wymieniał daty jak encyklopedia. On ma opowiadać o żużlu tak, jak widzi go człowiek, który tysiące razy dotykał deflektora, zapinał kevlar, ryzykował życie i walczył na torach od Zielonej Góry po Adelaide. Ma dzielić się doświadczeniem, którego nikt poza nielicznymi nie jest w stanie zrozumieć.

Czy zdarzają się przejęzyczenia? Tak. I co z tego? Czy Gollob nie mówi z pasją? Nie analizuje niuansów? Nie uczy nas tego sportu od środka? Ma prawo się pomylić. Ba, ma prawo czasem mówić nieco chaotycznie – bo walczy z ograniczeniami, których doświadczył po dramatycznym wypadku. Przypomnijmy: Tomasz Gollob od 2017 roku porusza się na wózku inwalidzkim. A mimo to, z niebywałą godnością, siłą i charyzmą zasiada przed kamerą, by nadal być częścią świata, który kocha.

Niektórym nie święci są świętością

Nie sposób przejść obojętnie wobec mentalności, jaką reprezentuje „pan Radosław”. Ten telefon to symbol czegoś większego – zanikającego w społeczeństwie szacunku do autorytetów, do osób starszych, do tych, którzy w swoim życiu naprawdę coś osiągnęli. To postawa typowa dla internetowego trolla, któremu ekran daje iluzję równości i pozwala wyżywać swoje frustracje na ludziach wielkich.

Czy Tomasz Gollob zasłużył na krytykę? Owszem – jak każdy. Ale nie w takiej formie. Bo tu nie chodziło o konstruktywny komentarz, tylko o tanią próbę upokorzenia człowieka, który w swoim życiu przeżył więcej, niż większość z nas kiedykolwiek będzie musiała.

Na szczęście Tomasz Gollob nie musi niczego udowadniać.

Na szczęście Tomasz Gollob, jak przystało na mistrza, odpowiedział z klasą. Pokazał dystans, ironię, a jednocześnie nie pozwolił sobie wejść na głowę. I dobrze, bo ktoś musi dziś głośno powiedzieć: nie każdy ma prawo krytykować każdego. Nie każdy ma moralny mandat, by rzucać kamieniem. Zwłaszcza w kogoś, kto poświęcił całe życie dla tej dyscypliny i dziś płaci za to najwyższą cenę.

Oby więcej było takich jak Gollob. A mniej tych, którzy nie rozumieją, co to znaczy szacunek.