Polski żużel od lat opierał się nie tylko na sportowej rywalizacji, ale również na tradycjach, które budowały prestiż najważniejszych imprez. Jedną z nich było przekonanie, że finał Indywidualnych Mistrzostw Polski trafia na tor aktualnego drużynowego mistrza kraju. Dla kibiców był to naturalny element kalendarza, a dla klubu – wyróżnienie będące zwieńczeniem sukcesu osiągniętego w poprzednim sezonie.
W ostatnich latach ten model został jednak porzucony. Decyzje dotyczące wyboru organizatorów finału IMP coraz częściej wywołują pytania o przejrzystość procedur, kryteria wyboru oraz kierunek, w jakim zmierza polski speedway. Czy rzeczywiście chodzi o rozwój dyscypliny, czy raczej o kolejne eksperymenty, które zrywają z wieloletnią tradycją?
Do tej dyskusji odniósł się Przemysław Sierakowski. Na swoim profilu na FB Przemo Sierak opublikował obszerny felieton, w którym nie tylko krytycznie ocenił pomysł odebrania zdobywcy Drużynowego Mistrzostwa Polski prawa do organizacji finału IMP, ale szerzej spojrzał na kondycję całego polskiego i światowego żużla. Autor poruszył kwestie funkcjonowania GKSŻ, Ekstraligi SA i FIM, odniósł się do sposobu podejmowania decyzji przez działaczy oraz wyraził obawy o przyszłość dyscypliny. W jego opinii kolejne reformy nie przynoszą oczekiwanego efektu, a zamiast wzmacniać rangę żużla, prowadzą do stopniowego odchodzenia od sprawdzonych rozwiązań.
Poniżej publikujemy pełną treść felietonu Przemysława Sierakowskiego.
W czasie deszczu dzieci się nudzą. Dlaczego finał IMP przestał być… nagrodą?
Finał(y) IMP nie odbywają się na torze drużynowego mistrza Polski. To kolejny wymysł, przepraszam – pomysł marynarek z PZM, realizowany od kilku sezonów. Co z tego, że ludziska przywykli i pokochali tradycję. Co z tego, że poprzednia próba przeniesienia zawodów do „Warszawki” spaliła na panewce i została solidarnie potępiona w czambuł przez wszystkich żywych. Skoro nudno, deszczyk gdzieniegdzie popada, to trzeba coś wymyślić, bo się strasznie dłuży, a czas biegnie jakby wolniej.
Zasadnicze pytanie, czy raczej wątpliwość brzmi: na jakich zasadach zostają wyłonieni organizatorzy? W zaciszu gabinetów zapadają tajemne ustalenia i zawarte gentlemen’s agreement, a potem dorabia się ideologię do już podjętej decyzji, twierdząc przy tym, że to wyłącznie efekt, nomen omen, konkursu ofert? Albo może „zwrócimy” Wrocławiowi zabraną przed laty batalię? A może zwyczajny, transparentny przetarg, czyli kto da więcej? Wtedy Leszno polegnie, bo do krezusów nie należy, mimo seryjnie zdobywanych laurów.
A może wreszcie zwyczajnie niepotrzebnie i przedwcześnie się burzę, bo to tylko sondaż w praniu. Centrala sprawdza odzew, reakcje i wtedy albo się rakiem wycofa, argumentując, że jeszcze nie dojrzeliśmy i że przecież to był dopiero projekt nie zaś ostateczna i definitywna decyzja, albo pójdzie z pomysłem zburzenia tradycji i nie poszanowania dobrych rozwiązań jak dzik w żołędzie, nie licząc się z nikim i niczym.
Gdybyż to jeszcze jakaś zmiana rozwojowa. Spójrzmy jednak na rodzimy speedway. Które z ostatnio tak radośnie wprowadzanych w pocie czoła poprawek, korekt i innych didaskaliów przyniosły cokolwiek obiektywnie spektakularnego, pozytywnego, czytaj właściwego i rozwojowego? Pomóżcie, bo nie pomnę. Za to poletko do dworowania i sarkazmu regularnie się rozrasta.
No i rzekomo miało być „sprawiedliwiej”. Pytanie: po co? Ten „argument” zdefraudował się w praniu jako pierwszy, zatem nie warto się pastwić.
A ja durny postulowałem, by odłączyć się od FIM, założyć własną federację i zacząć naprawiać światowy żużel. Z tymi ludźmi? Obawiam się, że poprawa nie miałaby szans nastąpić. Czy są więc nowi, doświadczeni a wciąż młodzi, z pomysłami, potrafiący przejąć władzę i zaprowadzić porządek w tej swoistej stajni Augiasza? No i tu zaczynają się schody, przy tym podstawowy fundament przekonania o swej nienaruszalności obecnych marynarek.
To trochę jak niedawno w Rybniku. „Wszyscy” wiedzieli, że w klubie nie dzieje się najlepiej. „Wszyscy” domagali się dymisji prezesa. Ten stanął tedy z otwartą przyłbicą przed tłumem i zakończył pohukiwania krótkim: „Pokażcie lepszego, to odejdę”. Nie mam pojęcia na ile wiarygodna była to deklaracja, ale tego już prezes Mrozek nie musiał potwierdzać, bo też żaden kandydat, dodam poważny kandydat, dotąd się nie objawił. Albo w Łodzi. Imć Witold zapodał – pokażcie wiarygodnego z kasą i dokonaniami, a oddam klub za złotówkę. Też nie musiał.
A tu identycznie. Członkowie GKSŻ i urzędnicy Ekstraligi SA czują się mocni słabością konkurencji, czy wręcz jej brakiem. To niestety brutalna, obiektywna prawda. Taką mamy rzeczywistość. Może więc lepiej niech się nasi rządzący nie biorą za światowy speedway, bo gotowi go pogrzebać jak na swoim podwórku.
Titanic zbliża się do góry lodowej i tylko najwięksi optymiści nie chcą tego zauważyć.
Cały chyba żużlowy świat, choć teraz to już bardziej światek, czeka z nadzieją na poczynania promotora SGP. Trochę na zasadzie cudu (do)mniemanego. Wszyscy wiedzą, że czegoś zrobić się nie da i wtedy przychodzi ten, który o tym nie wie, po czym po prostu dokonuje niemożliwego.
A co jeśli nowy promotor okaże się równie skuteczne jak BSI z Discovery razem wzięte i podobnie kreatywny, zaś banały, frazesy i okrągłe słówka miały tylko dobrze wybrzmieć na przywitanie nowego dla nich, żużlowego świata? Nic nie stoi na przeszkodzie, by promotor cyklu potraktował speedway jak anegdotyczne wyścigi wielbłądów, czy psich zaprzęgów. Są chętni do zabawy, jest oglądalność – bierzemy. Nie przyjęło się? Oddajemy za symbolicznego dolara. Wycisnąć soki i wyrzucić, czy zainwestować i wypromować, przywracając dyscyplinie dawny blask? Tego niestety nie wiem. Pokaże czas.
Niepokoi jedynie brak konkretów ze strony promotora. A prawa do cyklu przejęte. I co? Żadnej kampanii, zero reklamy i promocji. Może być kiepsko z tym oczekiwaniem cudu. Z SGP2 nawet nie wyprodukowali sygnału telewizyjnego. Nie każdą „głupotę” da się położyć na karb „realnych warunków działania i braku możliwości”.
Szkoda byłoby żużla. To fascynujący, emocjonujący sport motocyklowy, uprawiany przez szalonych, odważnych facetów, ku euforycznej uciesze gawiedzi. Tylko co poradzić na tak nieuzasadnione, bezsensowne i szkodliwe postępowanie zarządzających nim na co dzień? Nie znam recepty, choć obserwuję, że niczego dobrego, tym bardziej przełomowego, w najbliższym czasie spodziewać się nie należy. Nie te źródła. Ani w Polsce, za sprawą GKSŻ czy Ekstraligi SA, ani na świecie „dzięki” poczynaniom FIM.
Przyjdzie więc obśmiewać co genialniejsze wymysły, jako ten Stańczyk – zawoalowany w błazeńską maskę, jednak z rozpaczliwą drwiną i uśmiechem przez łzy.
Nadzieja umiera ostatnia, zatem żyję takową, iż owa „rewolucja” z odebraniem zdobywcy DMP organizacji finału IMP zwyczajnie nie została wcielona w życie „na zawsze”. Czy to zasadne przypuszczenie? Oby. Zbyt wiele tradycji zdeptano w żużlu. Szczytem – ograniczenie zawodów międzynarodowych o globalne tytuły do SGP i wprowadzenie kuchennymi drzwiami dziwnego SoN na przemian z DPŚ.
A w domu? Porównajcie liczbę licencjonowanych żużlowców na przestrzeni ostatnich kilku dekad i średnią wieku aktywnych ścigantów. Trzeba jeszcze kogoś przekonywać, czy Sierak to defetysta, którego nie warto brać poważnie, bo tylko histeryzuje na pokaz dla poklasku? Chciałbym być w tej sytuacji jedynie histerykiem…








