Polski żużel przeżywa właśnie sytuację bez precedensu. Wiktor Przyjemski, jeden z największych talentów młodego pokolenia i aktualny zawodnik Orlen Oil Motoru Lublin, w ostatniej chwili wycofał się z udziału w finale Speedway of Nations 2, czyli mistrzostw świata par juniorów. Decyzja o absencji 19-latka wzbudziła ogromne kontrowersje, szczególnie że zaledwie kilka dni wcześniej wziął udział w obu meczach finałowych PGE Ekstraligi przeciwko Apatorowi Toruń.

W miejsce Przyjemskiego w reprezentacji Polski pojawi się 16-letni Maksymilian Pawełczak, który szturmem zdobywa serca kibiców po kapitalnym występie w barażu 1. ligi pomiędzy Abramczyk Polonią Bydgoszcz a Gezet Stalą Gorzów.


Kontuzja kontra finał Ekstraligi

Przyjemski zmaga się z urazem kostki, którego nabawił się jeszcze w trakcie sezonu. Kontuzja wykluczyła go z kilku spotkań ligowych Motoru, ale w wielkim finale pojawił się na torze – choć, jak wskazują eksperci, widać było, że daleko mu do pełnej dyspozycji. Ostatnio przed piątkowym finałem SON2 w Toruniu ze składu polskiej reprezentacji wycofany został Przyjemski, a jego miejsce zajął utalentowany 16-latek Maksymilian Pawełczak.

Na tę niespójność zwraca uwagę Jan Krzystyniak, były reprezentant Polski, komentując bardzo ostro całą sytuację na stronie Przeglądu Sportowego Onet.pl:

Nie ważne, czy Przyjemski sam się wycofał ze startu w SON2, czy jego team, a może selekcjoner Rafał Dobrucki. Jeżeli ma to miejsce ze względów zdrowotnych, to dziwne, że jego stan pozwalał mu na start w finale PGE Ekstraligi tydzień temu i teraz w niedzielę.


„Ledwo siedział na motocyklu”

Zdaniem Krzystyniaka już w pierwszym meczu finałowym z Toruniem można było dostrzec, że Przyjemski jest w kiepskiej formie fizycznej.

Już podczas pierwszego meczu Torunia z Lublinem było to nadto widoczne, że ten zawodnik ledwo siedział na motocyklu.


Coraz częstsze starty z urazami

Ekspert zwraca uwagę, że sezon 2025 obfitował w przypadki zawodników, którzy startowali mimo urazów. Jego zdaniem to niebezpieczny trend, zagrażający nie tylko im samym, ale też rywalom.

Ten temat jest wałkowany cały czas, a w tym sezonie liczba startujących zawodników z różnymi kontuzjami przechodzi najśmielsze oczekiwania. To się robi niebezpieczne. Tyle się o tym mówi, a ci żużlowcy robią dalej to samo. Oni narażają przede wszystkim siebie, ale i kolegów z toru. Osobiście bałbym się startować spod taśmy z Przyjemskim i innymi, którzy nie są w 100 procentach zdrowi. Aż ciśnie się na usta: „Jeżeli podejmujesz taką decyzję, to narażaj siebie, a zostaw nas w spokoju”.


„Co on robił na motocyklu w niedzielę?”

Krzystyniaka szczególnie dziwi fakt, że zaledwie trzy dni po finale Ekstraligi stan Przyjemskiego miał się pogorszyć na tyle, że nie był zdolny do jazdy w SON2.

To jest dla mnie zaskakujące, skoro od ostatniego meczu finałowego minęło trzy dni, a on się coraz gorzej czuje, to co on robił na motocyklu w niedzielę albo tydzień temu w Toruniu. Ta sprawa mocno mnie denerwuje, że do takich sytuacji dochodzi.


„Liczy się tylko wynik”

Były reprezentant Polski nie ma wątpliwości, że u podstaw problemu leży presja wyniku i pieniędzy. Jak zaznacza, o zdrowiu zawodników przypomina się dopiero wtedy, gdy dojdzie do tragedii – jak w przypadku Daniela Kaczmarka czy Taia Woffindena.

Pieniędzmi walą na łeb i na szyję. Liczy się tylko wynik, a o zdrowiu sobie przypomną, jak komuś stanie się prawdziwa krzywda, jak w tym sezonie Danielowi Kaczmarkowi czy Tai’owi Woffindenowi. Nie wiem, w jaki sposób można temu zapobiec.


„Pieczątka w książeczce lekarskiej”

Według Krzystyniaka problemem są też procedury medyczne. Często to właśnie lekarze, pod presją otoczenia, dają zawodnikowi „zielone światło”, choć jego stan zdrowia na to nie pozwala.

Gdyby ktoś wpadł na pomysł kary finansowej dla żużlowców, startujących z kontuzjami, to i tak nikomu włos z głowy by nie spadł ze względu na pieczątkę w książeczce lekarskiej, bo przecież jest zdrowy według lekarza. To nie jest tylko „widzi mi się” doktorów, ale to także presja i nacisk na niego z różnych stron. Taki człowiek z pieczątką bierze potem na siebie całą odpowiedzialność, bo gdyby nie daj Boże doszło do tragedii, to od kogo trzeba zacząć, jak nie od lekarza?


Gdzie leży granica?

Sprawa Przyjemskiego rodzi pytania o granice ryzyka w sporcie żużlowym. Czy ewentualny złoty medal Drużynowych Mistrzostw Polski – którego Motor mógłby nie zdobyć bez młodego bydgoszczanina (choć nawet z Pryzjemskim w składzie Motor nie zdobył mistrzostwa DMP) – jest wart więcej niż zdrowie zawodnika? Czy władze ekstraligi i same kluby powinny mocniej egzekwować przestrzeganie norm medycznych?

Jan Krzystyniak jasno mówi: dopóki liczy się tylko wynik, a nie zdrowie, takie sytuacje będą się powtarzać.

Zdjęcie: Patrycja Knap