Innpro ROW Rybnik nie dokonał sportowego cudu i po raz kolejny jego pobyt w PGE Ekstralidze zakończył się już po jednym sezonie. Beniaminek od początku rozgrywek zmagał się z problemami, które szybko przerodziły się w brak stabilizacji sportowej i organizacyjnej. Jednym z zawodników, którzy nie ukrywają rozczarowania przebiegiem sezonu, jest Nicki Pedersen. Duńczyk w rozmowie z polsatsport.pl wprost wskazał decyzje personalne klubu jako jeden z kluczowych powodów degradacji.
Nadwyżka zawodników zamiast wzmocnienia
Awans ROW-u do PGE Ekstraligi w sezonie 2024 był dla wielu obserwatorów sporym zaskoczeniem. Rybniczanie przystępowali do giełdy transferowej z pozycji zespołu, który miał ograniczone możliwości wyboru i niewielkie pole manewru. Klub zdecydował się jednak na ruch, który w założeniu miał zwiększyć rywalizację, a w praktyce doprowadził do chaosu.
Zakontraktowanie większej liczby seniorów niż wymagał regulamin nie przyniosło oczekiwanego efektu. ROW bezsprzecznie okazał się najsłabszą drużyną w lidze, a atmosfera wokół zespołu z meczu na mecz stawała się coraz trudniejsza.
— Miniony sezon był fatalny jeśli chodzi o jazdę w Rybniku. Nikt nie był zadowolony z tego jak schrzaniliśmy robotę. Trochę klub zepsuł robotę na własne życzenie… — przyznał Nicki Pedersen w rozmowie z polsatsport.pl.
Brak stabilizacji i napięcia w parku maszyn
Pedersen nie ukrywa, że nadmiar zawodników w składzie doprowadził do ciągłej niepewności. Rotacje w zestawieniu, brak jasno określonych ról oraz sytuacja, w której poszczególni żużlowcy nie wiedzieli, czy znajdą się w składzie meczowym, odbijały się na atmosferze w parku maszyn.
W trakcie sezonu dochodziło do nieporozumień między zawodnikami, a emocje udzielały się również działaczom. Duńczyk otwarcie przyznał, że przyjęta strategia personalna nie mogła zakończyć się sukcesem.
— Nie chcę wieszać psów na klubie z Rybnika, ale wszyscy dobrze wiemy, że jeżeli w składzie jest o jednego zawodnika za dużo, to nie jest to sytuacja komfortowa dla żadnego żużlowca. Nie zbudujesz atmosfery jeśli nie wiesz, czy dany zawodnik jest w składzie, czy się w nim nie mieści. To tak nie funkcjonuje. — tłumaczył Pedersen.
„Zawsze ktoś grzał ławkę”
Zdaniem byłego mistrza świata problem można było rozwiązać już na etapie przygotowań do sezonu. Pedersen wskazał, że po sparingach klub mógł podjąć decyzję o wypożyczeniu jednego z zawodników, dając mu szansę na znalezienie innego pracodawcy jeszcze przed startem ligi.
— Ludzie z Rybnika mogli kupić dodatkowego zawodnika i po serii meczów sparingowych podjąć decyzję, któremu z nas dają wolną rękę, aby znaleźć nowe miejsce pracy. Wówczas, na wiosnę to byłoby rozsądne rozwiązanie dla każdego z nas. Zawodnik, który nie przypadłby do gustu, wypadłby ze składu, ale miałby szansę znaleźć nowy angaż. — podkreślił w rozmowie z polsatsport.pl.
Tymczasem w trakcie sezonu sytuacja zmieniała się z kolejki na kolejkę, a poszczególni żużlowcy rotacyjnie wypadający ze składu musieli pogodzić się z rolą rezerwowych.
— A skoro tego nie uczyniono, to zawsze ktoś grzał ławkę: raz był to Gleb Czugunow, innym razem ja, a w końcu Chris Holder. Zawsze ktoś dostał kopniaka i nie jechał w meczu… To nie było sensowne rozwiązanie dla nikogo… — dodał Pedersen.
Trudna przyszłość po spadku
Po degradacji do Metalkas 2. Ekstraligi w minionym sezonie Innpro ROW Rybnik nie był jednym z najbardziej aktywnych klubów na rynku transferowym. Skład, który udało się zbudować, przez wielu obserwatorów oceniany jest jako zespół nastawiony przede wszystkim na walkę o utrzymanie. Choć na papierze są drużyny o słabszym potencjale, w Rybniku na razie głośno nie mówi się o play-off.
Słowa Nickiego Pedersena rzucają dodatkowe światło na kulisy nieudanego sezonu w elicie. Z perspektywy Duńczyka degradacja nie była dziełem przypadku, lecz konsekwencją decyzji, które zamiast pomóc beniaminkowi — pogłębiły jego problemy.






