Betard Sparta Wrocław w efektownym stylu rozpoczęła rywalizację o brązowy medal PGE Ekstraligi. Na Stadionie Olimpijskim gospodarze zdeklasowali Bayersystem GKM Grudziądz 61:29 i są o krok od zapewnienia sobie miejsca na podium. Spotkanie w stolicy Dolnego Śląska obnażyło jednak gigantyczną różnicę klas między obiema drużynami. Po meczu słychać było dwa zupełnie różne tony: pełen rozgoryczenia menedżer grudziądzan Robert Kościecha nie szczędził gorzkich słów pod adresem swoich zawodników, a Dariusz Śledź, szkoleniowiec wrocławian, choć chwalił swoich podopiecznych, przestrzegał przed przedwczesnym świętowaniem.
Robert Kościecha: „Pojechał jeden zawodnik, reszta zawiodła”
Menedżer GKM-u po meczu nie krył frustracji, mówiąc wprost, że jego drużyna zawiodła niemal na całej linii.
— W rundzie zasadniczej nie było tak źle, bo przegraliśmy dwunastoma punktami. Do połowy zawodów trzymaliśmy się dobrze, a nawet w pewnym momencie prowadziliśmy. Nie spodziewałem się takiego pogromu. Pojechał jeden zawodnik — Michael, trochę walczył Kevin i to praktycznie wszystko. To jest wielki sukces dla Grudziądza, że jesteśmy w tej czwórce, ale powinniśmy pokazać więcej woli walki na torze — mówił Kościecha.
Trener nie miał wątpliwości, kto jako jedyny stanął na wysokości zadania.
— Jak ktoś jest dobrym kibicem, to może zobaczyć na kim zawodnicy robią punkty, a potem przychodzą zawodnicy z czołowej czwórki i ile oni robią punktów. Statystyki nie kłamią. Zawodnicy mają wszystko, co chcą. Drugi trening mieliśmy w Ostrowie, nie było tylko Michaela, który miał SEC. Reszta mogła potrenować, ale widać było, że coś nie wyszło — przyznał.
Kościecha podkreślał, że przy tak mizernych zdobyczach swoich zawodników był praktycznie bezradny w kwestii zmian taktycznych.
— Taktycznie robiłem to, co mogłem. Nie miałem więcej zawodników, stąd taki wynik. Przy normalnym funkcjonowaniu i dyspozycji innych zawodników, Jaimon Lidsey po dwóch zerach nie powinien w ogóle jechać, a pojechał cztery biegi. Takie sytuacje się zdarzają. Szkoda, że w Grudziądzu… — stwierdził menedżer.
Na koniec zaznaczył, że mimo niepowodzenia, GKM musi zachować perspektywę i wyciągnąć lekcję na przyszłość.
— Nie dostaliśmy nic za darmo. Nie dostaliśmy „dzikiej karty”, tylko wywalczyliśmy to na torze. Widać, że musimy jeszcze dużo pracować, żeby ten medal zdobyć. Cieszymy się, że co roku jesteśmy wyżej, ale jeszcze dużo pracy przed nami. Ja tak samo się uczę i muszę wyciągać wnioski, aby w przyszłości nie popełniać takich błędów — podsumował.
Dariusz Śledź: „To jeszcze nie medal”
Na drugim biegunie był szkoleniowiec Betard Sparty. Dariusz Śledź nie ukrywał radości z postawy swojego zespołu, ale ostrożnie podchodził do dalszych prognoz.
— Przed spotkaniem byłem bardzo spięty. Bardzo nam zależało, żeby pojechać dobre spotkanie, bo przegraliśmy walkę o finał i gdzieś to ciągle w nas siedziało — takie poczucie, że zawiedliśmy. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to wywalczyć brąz. Bardzo nam wszystkim zależało, żeby to zrobić dla kibiców, sponsorów, dla tego klubu, wszystkich, którzy ciężko pracują, żebyśmy mogli osiągać sukces. To jeszcze nie jest medal, ale mamy solidną zaliczkę. Jedziemy na rewanż do Grudziądza i powalczymy — podkreślał menedżer Sparty.
Śledź zwracał uwagę na mobilizację i determinację swoich podopiecznych.
— Wszyscy byli bardzo mocno zmotywowani. Wszyscy wiedzieli, co się wydarzyło. To było widać na torze, jak bardzo zmotywowani byli zawodnicy, jak twardo walczyli o każdy punkt. To było świetne. Grudziądz nie jest łatwym terenem, dlatego podkreślam, że jesteśmy w połowie drogi, ale zrobiliśmy duży krok w kierunku tego brązu — dodał.
Dwa spojrzenia, jeden mecz
Wrocławianie zrobili ogromny krok w stronę brązowego medalu, ale rewanż zaplanowany na 27 września w Grudziądzu może być dla GKM-u szansą na godne zakończenie udanego sezonu. Po jednej stronie mamy Kościechę, który nie krył bólu i rozczarowania, po drugiej Śledzia, który studził hurraoptymizm i przypominał, że w sporcie „dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”.







