Ireneusz Igielski, szef GKSŻ, postanowił zabłysnąć niczym supernowa w świecie polskiego żużla. Na co dzień postać raczej anonimowa, nieznacząca zbyt wiele w wielkiej machinie speedwaya, nagle postanowił zaistnieć. I zrobił to w sposób spektakularnie kuriozalny – upubliczniając informacje o „samowolnym” opuszczeniu zgrupowania kadry na Malcie, przez Macieja Janowskiego. Oczywiście nie omieszkał pochwalić się tym w obszernym wywiadzie dla SportoweFakty.wp.pl, twierdząc, że był to jego obowiązek.

„Uważam, że moim obowiązkiem było poinformowanie mediów o tym, że Maciej Janowski opuścił zgrupowanie kadry. Kibice mają prawo wiedzieć, co się dzieje”, a także:
„Miałem obowiązek poinformować władze Federacji, jak również media o tym zdarzeniu. Dzień później odbywało się posiedzenie Zarządu Głównego PZM, na którym również ta sprawa musiała zostać poruszona.”
„Od razu przekazałem sprawę do rozpatrzenia przez Polski Związek Motorowy, który błyskawicznie wydał decyzję o karze dla zawodnika” – podkreślił dumnie Igielski. O, jaka gorliwość! Jaka szybkość działania! Gdyby wszelkie sprawy w polskim żużlu były rozwiązywane w takim tempie, to może do dziś nie mielibyśmy problemu z niekończącymi się aferami finansowymi klubów czy dziurawymi torami, na których zawodnicy ryzykują życie. Ale nie – priorytetem stało się pokazowe ukaranie jednego z najbardziej zasłużonych polskich żużlowców.

Tyle że ta opowieść ma drugie dno. O ile z wydaniem Janowskiego w ręce PZM Igielski nie miał problemu, to wykazał się wręcz modelowym „brakiem profesjonalizmu” w informowaniu samego zainteresowanego o jego wyrzuceniu z kadry. Jak ujawnił portal BestSpeedway, Janowski dowiedział się o decyzji… od innego zawodnika. Tak, dobrze czytacie. Zamiast oficjalnego powiadomienia, selekcjoner i jego ekipa woleli poinformować o sprawie media społecznościowe, a zawodnicy dowiedzieli się o decyzji ze smartfonów. Szkoda, że Igielski nie poczuwał się w obowiązku poinformowania Macieja Janowskiego o wykluczeniu go z kadry Polski.

Po treningu rowerowym na Malcie, gdzie odbywało się zgrupowanie, w mediach społecznościowych Żużlowej Reprezentacji Polski pojawił się post informujący o wyrzuceniu Janowskiego z kadry. Ktoś z kolegów pokazał mu ekran i dopiero wtedy Magic dowiedział się, że jego czas w kadrze dobiegł końca. Czy tak wygląda profesjonalizm i szacunek dla zawodnika, który latami walczył dla biało-czerwonych barw?

To nie koniec farsy. Jak donoszą źródła, nawet członkowie sztabu szkoleniowego dowiedzieli się o wykluczeniu Janowskiego z tego samego wpisu na Facebooku. Co więcej, kapitan reprezentacji Bartosz Zmarzlik po całej sytuacji udał się na rozmowę z selekcjonerem, by wyjaśnić sprawę. Zawodnicy niemal jednogłośnie opowiedzieli się po stronie Janowskiego, a atmosfera w kadrze stała się – delikatnie mówiąc – napięta.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ireneusz Igielski, który tak ochoczo popisał się urzędniczą gorliwością, dbając o przestrzeganie regulaminu w przypadku wyjazdu Janowskiego, nagle nie miał w sobie tyle samo zapału, by osobiście przekazać zawodnikowi decyzję o jego wykluczeniu. Bo po co? Lepiej wrzucić post w internet i pozwolić, żeby Janowski dowiedział się od kolegi. Gdzie tu logika? Gdzie jakakolwiek elementarna etyka w zarządzaniu reprezentacją?. Ale przewodniczący GKSŻ nie widzi żadnego problemu, całą winą obarczając zawodnika:
„Nikt nie wspominał mi o telefonie od Janowskiego. Sprawa nie została też wyjaśniona na Malcie, bo w niedzielę z samego rana zawodnik ponownie wyjechał bez słowa z obozu.”

CO miał robić zawodnik, gdy został potraktowany jak mały chłopczyk i nikt z władz PZM nie poinformował go o wyrzuceniu z kadry? Przewodniczący GKSŻ poczuwał obowiązek informacyjny względem mediów czy władz PZM, a wobec zawodnika już nie! Nie chciał by o „:zdarzeniu” na Malcie dowiedziano się z mediów nie związanych z oficjalną stroną reprezentacji Polski, ale już zawodnik o bardzo ważnej decyzji dotyczącej się zbliżającego się sezonu mógł dowiedzieć się z internetu? Jakież to profesjonalne, prawda?

A teraz pozostaje jedno pytanie: czy zawodnicy wytrzymają tę farsę, czy może zdecydują się na bardziej radykalne kroki? Bo jeśli w PZM ktoś sądzi, że Maciej Janowski został z tym wszystkim sam, to może się bardzo zdziwić. W żużlowym środowisku solidarność wśród zawodników to nie puste hasło. A historia uczy, że czasem w obliczu absurdalnych decyzji ci, którzy mają najwięcej do powiedzenia, mogą pokazać czerwoną kartkę tym, którzy zapomnieli, czym jest profesjonalizm i szacunek.

Ireneusz Igielski miał swoje pięć minut. Problem w tym, że zamiast błyszczeć, bardziej się skompromitował.