Dziś rozmawiamy z Markiem Mutorem. Doktorem ścigającym się na speedrowerowym torze, a także najszybszym dyrektorem, wśród tych, których znamy. Dowiemy się min. o tym jak pasja z lat młodzieńczych może rozkwitać w dorosłym życiu. Zapraszamy!

Na wirażu: Pamiętasz pierwszy tor na którym startowałeś i gdzie i kiedy to było?
Marek Mutor: Na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. były tylko i wyłącznie dzikie tory, organizowane gdzie bądź – wokół kępy drzew w parku, na skwerach. Wydaje mi się, że zaczynałem niedaleko mojego domu. Był tam taki placyk, gdzie chłopcy się ścigali. Wciągnęło mnie to bardzo, okazało się, że na wrocławskim Sępolnie jest cała masa chłopaków, którzy „szarżują” jak to się wówczas u nas mówiło. To jeszcze było na długo przed tym, jak wymyślono nazwę speedrower jako nasz odpowiednik anglosaskiego cycle speedway.

Nw: Na jakim rowerze zaczynałeś swoje starty?
MM: Wigry 3. Rama łamała się często. Była spawana i dalej się jechało.

Nw: Pochodzisz z wrocławskiego Sępolna, na którym często słychać warkot motocykli żużlowych i w wielu miejscach czuć spalony metanol. Dlaczego nie żużel?
MM: Żużlem zawsze się interesowałem, jak chyba wszyscy na Sępolnie, ale wyłącznie jako kibic. Nie miałem jednak nigdy aspiracji być zawodnikiem w tej dyscyplinie. Speedrower jest sportem bardziej kolarskim, wymagającym specyficznego, sprinterskiego treningu i to mnie pociągało.

Nw: Czy możesz przypomnieć jak to było z początkami speedrowera, jak chcieliście organizowac Mistrzostwa Świata – a później okazało się, ze w Polsce min. W Rawiczu chłopaki już się ścigają na rowerach?
MM: We Wrocławiu działało na początku ostatniej dekady XX wieku prężne środowisko. Było na tyle dużo zawodników, że można było organizować wiele serii zawodów. O mistrzostwo Wrocławia rywalizowaliśmy w serii zawodów typu grand prix na kilku dzikich torach. Prócz Sępolna pojawiał się ten sport na Krzykach i Nowym Dworze. Mieliśmy wszyscy kontakt i działaliśmy razem. Rzeczywiście padały koncepcje, by zorganizować Mistrzostwa Świata. Trzeba pamiętać, że to były czasy, kiedy nie było internetu, a środki masowego przekazu nie interesowały się takimi niszowymi dyscyplinami. Zatem nie mieliśmy skąd się dowiedzieć, że w wielu innych miastach dzieje się to samo. My sami mieliśmy po kilkanaście lat. Aż tu nagle przeczytałem notkę, bodaj w Tygodniku Żużlowym, że w Rawiczu odbywają się podobne zawody. Było to wielkie, ekscytujące odkrycie dla naszego środowiska. Rawicz nie jest bardzo daleko. Nawiązaliśmy kontakt, wyprawiliśmy się całą delegacją. W domu przyjął nas pan Andrzej Włodarczyk, który doprowadził potem do integracji różnych środowisk i powołania pierwszej speedrowerowej organizacji – Polskiego Towarzystwa Speedrowerowego. Na zjeździe założycielskim Wrocław reprezentowaliśmy ja i Krzysztof Wojciechowski. Nie byliśmy jeszcze pełnoletni, więc formalnie nie byliśmy delegatami, a jedynie obserwatorami. Wyzwaniem dla nas było znalezienie zaplecza organizacyjnego, dorosłych, którzy pomogą nam zorganizować klub. Tak trafiliśmy do Sparty jako sekcja speedroweowa.

Nw: Czy pamiętasz może skład pierwszej speedrowerowej drużyny Sparty?
MM: Na pewno byli Marcin Szymański i Łukasz Nowacki – dwójka wybitnych zawodników, którzy sięgali potem po tytułu w Mistrzostwach Świata, pokonując Australijczyków, Szkotów i Anglików. Poza tym było sporo chłopaków, część z nich dziś wraca do tego sportu. Trudno mi dokładnie odtworzyć ten skład z pamięci. Akurat tak się złożyło, że w 1994 roku, jak wszystko ze speedrowerem zaczęło się u nas na serio, ja zrezygnowałem z kariery sportowej. Wybrałem wówczas harcerstwo.

Nw: W swojej młodości, czego nie ukrywasz, byłeś harcerzem. Dlaczego wybrałeś skauting, a porzuciłeś speedrower?
MM: Harcerzem byłem od dziecka. To też moja wielka przygoda. W 1994 roku byłem mocno zaangażowany zarówno w speedrower jak i w tworzenie katolickiego skautingu we Wrocławiu wyrastającego z ruchu Skautów Europy. Tu i tu redagowałem środowiskowe czasopisma, było dużo spotkań, działań, wyjazdów. Trochę mi się to zaczęło wymykać. Mój drużynowy w harcerstwie, Krzysiek Billewicz, dostrzegł, że zaczynam mieć problemy z godzeniem licznych zobowiązań, a przecież jeszcze dom i szkoła – rzeczy najważniejsze. No i postawił mnie przed decyzją: rób jedną rzecz, ale porządnie. Był moment konkretnej decyzji: moja drużyna harcerska miała jechać do Skoczowa na białą służbę, a w tym samym terminie był ćwierćfinał IMP w speedrowerze, gdzie miałem startować. Wiedziałem, że coś muszę odpuścić. Odpuściłem speedrower. I to była decyzja na serio. Miałem turniej pożegnalny i odszedłem ze środowiska sportowego.  Nie żałuję, bo dzięki harcerskiej formacji wiele osiągnąłem w życiu, ale speedrower zawsze pozostał w mojej głowie jako wielka przygoda.

Nw: Czy miałeś jakieś poważne kontuzje podczas swojej kariery? – pytam o okres z lat młodzieńczych
MM: Przez cały okres nastoletni złamałem raz paliczek w palcu u stopy. Przez ostatnie pół roku miałem dwie całkiem poważne kontuzje nadgarstka. Cóż, wiek robi swoje ….

Nw: Czy przez ten czas dorosłego życia, poruszając się w różnych środowiskach nie zastanawiałeś się nad tym, czy nie warto reaktywować speedrower we Wrocławiu? Tym bardziej, że Wrocławianie, jak np. Marcin Szymański, Maciej Ganczarek, czy Łukasz Nowacki, zdobywali całą masę medali w imprezach o speedrowerowe mistrzostwo świata.
MM: Tak, myślałem o tym. Ale nigdy nie miałem okazji, by się tym zająć. Większą część mojego zawodowego życia intensywnie pracowałem by zbudować instytucję – Centrum Historii Zajezdnia, by prowadzić badania historyczne, pracować nad zagadnieniami pamięci zbiorowej. To znowu była życiowa decyzja, misja. Brakowało we Wrocławiu kogoś z inicjatywą, kto weźmie na siebie ciężar reaktywacji środowiska. W zeszłym roku pojawił się Adrian Kocur. To był zapalnik.

Nw: W jaki sposób dowiedziałeś się o reaktywacji speedrowera we Wrocławiu? Co wtedy pomyślałeś? Poczułeś, że możesz ponownie spróbować?
MM: Bardzo się ucieszyłem. Właściwie od pewnego czasu szukałem sobie sportu do uprawiania, chciałem zadbać o kondycję. Jeździłem sporo w amatorskim kartignu, ale chodziło mi o coś bardziej wysiłkowego. Bieganie strasznie mnie nudzi. Różne dyscypliny sportowe niedostępne z uwagi na pandemię. I wówczas pojawiają się Adraian Kocur i Marcin Szymański. Jakiś kontakt przez media społecznościowe, a potem się potoczyło. Pomyślałem: to jest to.

Nw: Wiem, że długo nie trwało – a ty zdecydowałeś się na zakup roweru. Była frajda z pierwszej jazdy tym nowym sprzętem po torze na Krajewskiego?
MM: Tak, zdecydowałem się od razu. Pomyślałem, jak mi nie będzie szło, to odsprzedam. Ale widzę, że idzie nie najgorzej i zamierzam startować w różnych półamatorskich zawodach.

Start do biegu podczas jednego z turniejów o Grand Prix Wrocławia 2020. Od lewej: Michał Szmaj, Marek Mutor, Witold Strzelec, Łukasz Kocur